„Teraz” znaczy „w czasie pisania tego tekstu”. – Jesteśmy na początku – przestrzega Idayat Hassan, szefowa prestiżowego think tanku z Nigerii, Centre for Democracy and Development (CDD). Ale zakłada, że w państwach afrykańskich, w tym w jej liczącej 200 milionów mieszkańców ojczyźnie, ofiar nie będzie tyle, co w kluczowych krajach Zachodu.

Cena jest wysoka. Prawie cała Afryka utknęła na długie tygodnie w lockdownie, co dla znacznej części rodzin oznacza brak jakiegokolwiek zarobku. W normalnych warunkach – teraz są totalnie nienormalne – ich żywiciele pracują z dnia na dzień, bez żadnej umowy. Przewiozą coś na wózku albo kogoś na motorze, posprzątają dom bogatszemu rodakowi czy podadzą herbatę na ulicznym straganie.

Czy ten bezruch wystarczy do powstrzymania wielkiej afrykańskiej tragedii? A może koronawirus nie upodoba sobie kontynentu, którego mieszkańcy są młodzi i odporni? Nikt tego nie wie.

Można się jeszcze pobawić liczbami. W 41 z 54 państw afrykańskich, które przekazały dane do Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), jest mniej niż 2 tys. sprawnych respiratorów w publicznej służbie zdrowia. Tyle nowych respiratorów zamówił właśnie jeden niemiecki land – Bawaria. A już wcześniej miał ich sporo.

Przez ponad miesiąc zbierałem materiały do tego tekstu. Dzwoniłem, pisałem mejle, przeglądałem lokalne strony internetowe. Dzięki temu przedstawiam raport o koronawirusie w Afryce.

Biali przynieśli

Kiedyś na znajomego wołano tu „Yovo, yovo", czyli biały. Teraz krzyczą na niego „koronawirus", bo to przyszło do Afryki Zachodniej od nas. – Biali przynieśli, jak walentynki – opowiada Polka mieszkająca w Beninie i odcięta z powodu epidemii od swojej firmy w sąsiednim Togo.

Oba kraje są bardzo biedne, w obu liczba stwierdzonych przypadków koronawirusa jest niewielka, oficjalnie zmarło w nich w sumie 11 osób. I w Togo, i w Beninie wprowadzono wiele ograniczeń.

– Ale ostrożnie. Ponad połowa ludzi funkcjonuje, jak tu się mówi, w strefie nieformalnej. To sprzedawcy, mechanicy, rzemieślnicy, krawcy, fryzjerzy, taksówkarze i kierowcy moto taxi, czyli motocyklowych taksówek. Gdy nie mogą pracować, to jest kłopot, bo nie mają z czego żyć – mówi mi Barbara Kwiatek, szefowa fundacji EduAfryka, wspierającej szkoły w Beninie i Togo.

Od siedmiu lat mieszka na pograniczu, po stronie Beninu, który uchodzi za obiecujący przykład demokracji w tym regionie Afryki. Togo to kraj autorytarny z wybranym w lutym na czwartą kadencję prezydentem Faure Gnassingbém na czele.

Barbara Kwiatek: – Togo wprowadziło ograniczenia dla transportu miejskiego, a moto taxi całkowicie zakazano, bo to sprzyja szerzeniu się wirusa, gdy pasażer jest przyklejony do pleców kierowcy. Ten zakaz wywołał protesty; normalnie są tam tłumione. Ale ci sami kierowcy moto taxi, którzy wspierali niedawno w wyborach prezydenta, demonstrowali teraz w tych samych koszulkach z jego wizerunkiem, mówiąc: „My ci pomogliśmy, a nie mamy co jeść, bo nie jeździmy". I rząd wypracował projekt wsparcia.

Motocyklowi taksówkarze otrzymują miesięcznie 20 tys. franków CFA (równowartość ok. 140 zł); za tę sumę są w stanie przebiedować. Reszta sektora nieformalnego – nieco mniej. Program dotyczy ponad 3 z niemal 8 milionów mieszkańców Togo. – To wielki gest. Zapewne pozwoli utrzymać spokój w kraju – dodaje Barbara Kwiatek.

Szefowa polskiej fundacji EduAfryka od lat krążyła między Beninem i Togo, ale teraz jest to niemożliwe. Togo zamknęło granice, za nią pozostała firma zajmująca się zaopatrzeniem w urządzenia medyczne, której Polka jest współwłaścicielką.

Jeszcze wcześniej w regionie zamknęła się Ghana. Togo, Benin i Ghana mają północną granicę z Burkina Faso, regionalnym epicentrum Covid-19. Tam – w warunkach, które jak by się wydawało, nie powinny sprzyjać wirusowi: temperatura w dzień regularnie jest na poziomie około 40 stopni C – zmarło już 48 osób. Władze zdecydowały się na coś, czego gdzie indziej nie odważono się zrobić: zamknęły wszystkie targi w stolicy Wagadugu.

Targ, jak podkreśla Barbara Kwiatek, jest tym dla Afryki Zachodniej, czym supermarket dla Europy. Zamknięcie targu jest ostatecznością, bo nie ma gdzie zrobić najbardziej podstawowych zakupów.

Policja zabija więcej

Covid-19 zabił mniej Nigeryjczyków niż nigeryjscy mundurowi wprowadzający restrykcje związane z pandemią – ta informacja zrobiła dużą karierę na świecie.

Zgłoszenia o nadużyciach policji i służb bezpieczeństwa w Nigerii zbiera organizacja pozarządowa National Human Rights Commission (NHCR). To jej raport wywołał zainteresowanie. Jest w nim mowa o 18 ofiarach śmiertelnych różnego rodzaju służb – od 30 marca, gdy zaczął się lockdown, do połowy kwietnia. W tym czasie na koronawirusa zmarło 12 osób.

Aż 8 osób z tych 18 zginęło w jednym miejscu. Podczas buntu w więzieniu w ponadmilionowym mieście Kaduna, który na pewno związany był z koronawirusem, ale czy już jednoznacznie z wprowadzaniem lockdownowych restrykcji? To dyskusyjne.

Tony Ojukwu, szef NHCR, napisał mi (porozumiewaliśmy się poprzez komunikator i mejlowo): „ośmiu więźniów straciło życie w wyniku zamieszek, do których doszło, gdy rozeszły się plotki, że mają być wypuszczeni z powodu koronawirusa".

Dziennikarze portalu śledczego Sahara Reporters, redagowanego przez Nigeryjczyków w USA, nie mieli wątpliwości, że strażnicy więzienni celowo zabili przywódców protestu przeciwko warunkom idealnym dla rozprzestrzeniania się zarazy: zatłoczonym celom bez wentylacji.

Podali nazwiska zabitych (osiem) i opisali, jak zginęło pięciu z nich. Nie podczas pacyfikacji buntu. Dzień później. Strażnicy chodzili od celi do celi i wyprowadzali domniemanych prowodyrów. „Hammedowi Abdullahiemu strzelili w brzuch, umarł od razu. Lucky Njoku wykrwawił się od ran zadanych w czasie bicia" – cytował portal swoich informatorów.

Brutalność policji i różnego rodzaju służb, w tym więziennych, nikogo raczej w Nigerii nie zaskakuje.

W internecie krążą filmiki, na których widać, jak pałami dostają protestujący przeciw zakazom związanym z pandemią. – Kobieta wyszła po leki dla chorego dziecka i ją też pobito. Nie trzeba było protestować, by doświadczyć, jak działają służby – mówi Idayat Hassan, szefowa Centre for Democracy and Development.

W końcu głos zabrał prezydent Muhammadu Buhari. W orędziu do narodu zapewnił, że nie będzie tolerował łamania praw człowieka przez służby bezpieczeństwa. – Obiecuję wszystkim Nigeryjczykom: sprawcy odpowiedzą przed wymiarem sprawiedliwości – mówił, podkreślając, że to „pojedyncze incydenty".

Ojodu Berger, satelickie miasto stolicy Nigerii Lagos, uchodzi za jedno z zamożniejszych miejsc w kr

Ojodu Berger, satelickie miasto stolicy Nigerii Lagos, uchodzi za jedno z zamożniejszych miejsc w kraju. Wśród nigeryjskich ofiar epidemii jest, nietypowo, wielu przedstawicieli klasy średniej

AFP

Wielkanoc w telewizji

Wprowadzeniu wojny koronawirus nie przeszkadza. W Libii, gdzie chaos panuje od dziewięciu lat, doszło nawet do znaczącej zmiany na froncie. Generał Chalifa Haftar, panujący nad większością kraju, nie tylko nie zdobył stolicy, Trypolisu, choć już dawno się wydawało, że zaraz tego dokona, ale też zaczął doznawać porażki za porażką. Wojska rządu uznawanego przez ONZ (z czego niewiele wynika) tak mu dopiekły, że wreszcie zaproponował rozejm, tłumacząc to ramadanem, świętym miesiącem muzułmanów. Sytuacja zmieniła się głównie dzięki zwiększonemu militarnemu wsparciu Turcji dla rządu w Trypolisie. Za Haftarem stoi zaś egzotyczna koalicja, w której są Egipt i państwa spoza kontynentu: Zjednoczone Emiraty Arabskie, Rosja, Francja.

Terroryści też nie przerwali działalności. I to ci z tzw. Państwa Islamskiego, którego właściwie miało już nie być. Na przełomie marca i kwietnia zdobyli kluczowe miasta w Cabo Delgado, północnej prowincji Mozambiku. Miesiąc później ISIS przyznało się do zamachu w miejscu oddalonym o 6 tys. kilometrów – na Synaju – gdzie celem byli egipscy żołnierze (kilku zginęło).

W połowie kwietnia egipskie MSW podało zaś, że doszło do strzelaniny w „kryjówce terrorystów" w Kairze. Oficjalne media podkreślały, że grupa szykowała zamach na egipskich chrześcijan, Koptów, w ich Wielkanoc (przypadała 19 kwietnia).

– Komórka ISIS chciała zaatakować kościoły w Kairze. Planowali to już wcześniej, nie przewidzieli, że kościoły będą zamknięte z powodu koronawirusa, nie zauważyli epidemii – mówi mi Said Sadek, politolog z prywatnego Uniwersytetu Nilu w Kairze.

Takiej Wielkanocy jeszcze nie było. – Siedzę w domu sam z żoną. I oglądamy transmisję z nabożeństw z udziałem naszego papieża Tawadrosa [Teodora] z monastyru w pustynnej oazie Wadi Natrun. Trzy koptyjskie kanały telewizyjne to nadają – mówił mi Emad Sobhi, prominentny przedstawiciel mniejszości chrześcijańskiej w Gizie, czteromilionowym mieście przyklejonym do jeszcze większej stolicy, Kairu. Ma 71 lat. Jest znanym lekarzem. Przez trzy tygodnie przed świętami nie oglądał nawet klatki schodowej w swojej kamienicy.

Koptowie, jak wszyscy Egipcjanie, są bardzo rodzinni, cenią sobie spędzanie świąt w dużym gronie. Teraz to było niemożliwe, pozostały rozmowy telefoniczne. Córka dr. Sobhiego, która mieszka 35 kilometrów od rodzinnego domu, po raz pierwszy nie pojawiła się przy wspólnym świątecznym stole.

Całą dobę w wieżowcu

W Kairze mieszka 21 milionów ludzi. Wielu w liczących czasem ponad 30 pięter wieżowcach o piaskowym kolorze. – Kazano nam siedzieć w domach. A te mieszkania są małe, zwłaszcza biednych. Proszę się wczuć w sytuację Egipcjanina, który pracuje w sektorze nieformalnym: ma piątkę dzieci, normalnie rano wychodzi zarobić, żona zajmuje się domem, a dzieci się uczą czy bawią poza nim. Jak kończy pracę, to idzie do kawiarni, siedzi ze znajomymi, wraca, gdy wszyscy już śpią. Teraz musi siedzieć całą dobę z żoną i tą gromadą dzieci, i odczuwa to jako katastrofę, na dodatek nie ma na to wszystko pieniędzy – opowiada politolog Said Sadek.

W małych mieszkaniach w wielkich blokach mieszka zresztą i klasa średnia. Ma raczej trójkę, a nie piątkę dzieci, i żona zazwyczaj pracuje. Jak trudne jest tam życie intymne, opisała Shereen El Feki w reporterskiej książce „Seks i cytadela".

Prof. Sadek pracuje w dobrych warunkach w centrum stolicy, zdalnie. Ma dwie setki studentów, raczej z dobrze sytuowanych kairskich rodzin. Tylko jeden w ogóle słyszał o jakimś przypadku zakażenia wirusem w swoim szeroko pojętym otoczeniu. A w Egipcie jak na Afrykę i tak jest dużo chorych (7 tys., a zmarły już 452 osoby).

– Nie powinniśmy być w tej samej kategorii co subsaharyjska Afryka. Mamy większe dochody, lepszy stan służby zdrowia, a firmy egipskie produkują sprzęt medyczny i farmaceutyczny – przekonuje mnie wykładowca Uniwersytetu Nilu.

Ma sporo racji: arabskie państwa Afryki Północnej, oprócz Egiptu także Tunezja czy Algieria, są w pierwszej dziesiątce krajów o najwyższym PKB na głowę na kontynencie (według siły nabywczej, dane Międzynarodowego Funduszu Walutowego). A opisywane tu Togo i Benin są wśród najbiedniejszych krajów całego świata. Podobnie jak Egipt radzą sobie też Namibia oraz RPA.

W kolejce po paczki

I bez koronawirusa mamy w RPA 26 milionów bezrobotnych. Teraz części zagroził głód. Spodziewamy się więcej rozruchów – mówi urodzony w Polsce lekarz.

Republika Południowej Afryki ma prawie 58 milionów mieszkańców, ale tylko 10,2 miliona z nich jest zatrudnionych. Ściślej rzecz biorąc, było zatrudnionych, zanim pod koniec marca nie wyłączono gospodarki z powodu koronawirusa.

1 maja półtora miliona ludzi po pięciu tygodniach przymusowego siedzenia w domu mogło wrócić do pracy. Kilka dni wcześniej prezydent Cyril Ramaphosa podzielił lockdown na pięć poziomów. Ten najwyższy, totalny, właśnie się zakończył.

– Nie jest jasne, jak to będzie na tym czwartym poziomie. Ale przez ponad miesiąc w mojej okolicy było bardzo cicho, spokojnie i nudno. Bezpieczeństwo zapewniają patrole samochodowe prywatnych firm, które opłacamy. Policja przeniosła się do biednych osiedli murzyńskich. Dochodziło tam do protestów i napadów na sklepy, głównie te z alkoholem i papierosami, których sprzedaż była zakazana, i nadal zresztą jest – opowiada mi Krzysztof Jabrzemski, lekarz trzech specjalności, mający prywatny gabinet w prestiżowej dzielnicy Johannesburga. O protestach i napadach często informowały media zachodnie. Typowy obrazek z czasów zarazy w RPA to żołnierz z gotowym do strzału karabinem patrolujący biedne miasta satelickie albo tłum czekający na paczki z żywnością: od państwa czy też od firm, organizacji charytatywnych, gwiazd rugby.

Dr Jabrzemski urodził się w Warszawie, od czterech dekad mieszka i pracuje w RPA. Przez ostatnie tygodnie praca była głównie zdalna – konsultacji chorej na raka mózgu pacjentce, żonie ważnego adwokata z Kapsztadu, udzielał przez Skype'a.

W RPA zanotowano najwięcej przypadków koronawirusa w całej Afryce (ponad 7,5 tys.). Do ostatniej środy zmarło 148 osób, pod tym względem wyprzedzają ją wspomniany Egipt oraz Algieria (470) i Maroko (182). Jednak przeprowadzono tu bez porównania najwięcej testów. W RPA jest też najwięcej respiratorów. – Z jednej strony szpitale są przygotowane, generalnie wstrzymano operacje poza nagłymi przypadkami ratującymi życie. Z drugiej ze względu na to, że poziom naszej medycyny jest uważany za najwyższy na kontynencie, tysiące cudzoziemców przyjeżdżają i leczą się za symboliczną opłatę w naszych państwowych szpitalach, głównie z HIV/AIDS. Teraz trzeba było na terenach przy tych szpitalach ustawiać wielkie namioty i zwiększać liczbę miejsc na oddziałach – podkreśla Krzysztof Jabrzemski.

Zatęsknią za dyktaturą

Z powodu pandemii prawie wszystko w Sudanie jest zamknięte. Parę setek zarażonych, a miliony nie mogą pracować. Większość Sudańczyków nie ma stałej pensji, utrzymuje się z dniówek. Ci wszyscy kierowcy riksz, kobiety sprzedające jedzenie czy prowadzące jednoosobowe punkty z kawą czy herbatą na ulicy, pracownicy logistyki – oni są ofiarami zamknięcia kraju. Nie ma dla nich żadnego wsparcia od władz, radźcie sobie sami, słyszą – opowiada Adil Abdel Aati, liberalny polityk sudański. Jego zdaniem frustracja jest tak duża, że ludzie niedługo zatęsknią za Omarem Baszirem, obalonym rok temu dyktatorem. Ludzie Baszira ze zdelegalizowanej partii islamistycznej już wyczuwają tę zmianę nastroju i wychodzą z ukrycia.

Mimo lockdownu kilkadziesiąt osób domagało się pod pałacem prezydenckim w Chartumie uwolnienia ze stołecznego więzienia Baszira i innych oficjeli obalonego reżimu. Oczywiście ze względu na koronawirusa, który łatwo szerzy się w zakładach karnych. Tuż przed pandemią wydawało się, że Rada Suwerenna, tymczasowy najwyższy organ władzy, w którym są wojskowi i cywile, może wydać byłego dyktatora międzynarodowemu trybunałowi w Hadze, który pierwszy nakaz jego aresztowania wydał w 2009 roku.

Teraz robi się to coraz mniej prawdopodobne. W Radzie większość i przewodniczącego mają generałowie, którzy przez lata stali przecież u boku Baszira. Pozwolili mu upaść, by uspokoić masy protestujących. Teraz w prasie arabskiej pojawiają się spekulacje, że wojskowi mogą przeprowadzić zamach stanu, do którego restrykcje covidowe świetnie pasują. Masowych protestów, takich jak rok temu, nie należy się obawiać.

Rada Suwerenna miała w ciągu trzech lat i kilku miesięcy od obalenia Baszira doprowadzić Sudańczyków do wolnych wyborów. – Ale nie rozwiązała większości problemów, dolar kosztuje teraz [na wolnym rynku] 150 funtów sudańskich, gdy przejmowała władzę, kosztował 60 – mówi mi mieszkający głównie w Polsce Adil Abdel Aati.

RPA uchodzi za jeden z krajów afrykańskich, które najlepiej radzą sobie z pandemią. Przeprowadzono t

RPA uchodzi za jeden z krajów afrykańskich, które najlepiej radzą sobie z pandemią. Przeprowadzono tu najwięcej testów, jest też najwięcej respiratorów. Na zdjęciu pobieranie próbek do badania na Covid-19 w jednej z ubogich dzielnic Johannesburga

AFP

Izolacja to luksus

W Senegalu wprowadzono stan wyjątkowy, godzinę policyjną (od 20.00 do 6.00) i zakaz zgromadzeń, zamknięto szkoły, restauracje. Odwołano obchody Święta Niepodległości 4 kwietnia. Nie wprowadzono jednak izolacji, bo jest to po prostu niemożliwe – opowiada Anna Haris, która dwie dekady temu wybrała życie w Dakarze i mieszka tam wraz z senegalskim mężem Mansourem i dziećmi.

– Nie można zakazać ludziom pracować, bo inaczej nie mieliby co jeść. Na budowach praca wre, dzięki czemu zajęcie mają i kierowcy dowożący robotników z przedmieść, panie sprzedające na ulicy śniadania i obiady. Izolacja społeczna jest luksusem. Może sobie na nią pozwolić osoba, która ma gwarantowany dochód, własne mieszkanie – dodaje Polka. Gdy rozmawialiśmy, oficjalnie była mowa o dwóch ofiarach śmiertelnych (teraz o dziesięciu). To optymistyczne statystyki: – Ludzie tutaj umierają głównie „na chorobę", nie ma nawet w zwyczaju pytania „na co umarł?". Pogrzeb jest organizowany bardzo szybko, jeszcze tego samego dnia. Zmarły jest chowany bez trumny, składany prosto do ziemi w całunie – podkreśla Anna Haris.

Z drugiej strony Senegalczycy mają jej zdaniem sporą wiedzę o epidemii: – I są przekonani, że ich kraj zostanie oszczędzony. Bardzo wierzą w terapię chlorochiną [lek na malarię]. Wiara ta jest podsycana przez urodzonego w Senegalu francuskiego lekarza Didiera Raoulta, który ją stosuje. Wierzą też, że w wysokich temperaturach wirus zamiera.

Anna Haris ma nadzieję, że zbliżające się gorące lato uchroni Senegalczyków. – Bo jeśli tak się nie stanie, będziemy całkowicie bezbronni. Mamy w tej chwili 30 respiratorów, państwo zamówiło 70 kolejnych – podkreślała.

Senegal ma bardzo dobry PR. To jedyny kraj, który jako przykład dobrego radzenia sobie z epidemią wskazywali mi rozmówcy z innych krajów, Nigeryjka i Sudańczyk. Podobało im się, że Senegal ma własne testy na Covid-19 (jak ciążowe, powiedział Adil Abdel Aati), a także jego wiara w leki przeciwmalaryczne.

Samotność w ramadanie

Nie miałem jeszcze dziesięciu lat, chyba właśnie skończyła się II wojna światowa. I nagle wybuchła epidemia cholery, rozchodziła się po kraju. Trwało to około dwóch miesięcy, została pokonana. Pamiętam, jaki byłem wówczas czujny i ostrożny. Szkół nie zamknięto, inaczej niż teraz. Bardzo dobrze zajmowali się nami nauczyciele i opiekunowie. Byli to zarówno Tunezyjczycy, jak i Francuzi, to się działo jeszcze w czasach kolonialnych – opowiada mi Ahmed Unajes, emerytowany dyplomata (rocznik 1936), który w 2011 roku, tuż po obaleniu dyktatora Zina al-Abidina Ben Alego, był krótko szefem MSZ Tunezji.

Tunezja od czasów rewolucji arabskich sprzed dekady uchodzi za jedyny kraj regionu, w którym nie jest politycznie gorzej niż przed obalaniem dyktatorów. Jest tu najwięcej elementów demokracji, wybory, rząd koalicyjny, w którym są nawet islamiści.

– Chyba nie ma woli politycznej, by nakładać na ludzi ograniczenia, które nie mają nic wspólnego ze zwalczaniem wirusa. Choć zapewne część polityków chciałaby, aby te specjalne reguły obowiązywały jak najdłużej. Ludzie raczej im na to jednak nie pozwolą – mówił mi na początku kwietnia Mesaud Romzani, czołowy tutejszy obrońca praw człowieka, sugerując, że jego rodacy nie boją się protestów.

– Większość Tunezyjczyków jest wściekła, cierpią, to dla nich bardzo trudny czas – martwi się były minister Unajes. On sam ma komfortową sytuację: duży dom z dużym ogrodem w prestiżowym miejscu, Sukrze, mieście satelickim stolicy, Tunisu. I od półtora miesiąca nie opuścił swojej posiadłości. Jest tylko z żoną, wszystko, czego potrzebują, przywożą im kuzyni po wcześniejszej konsultacji przez telefon.

Z nikim się nie spotykają, choć od dwóch tygodni jest ramadan, miesiąc postu, kontemplacji, ale i biesiad. – Po raz pierwszy w długim życiu nie przychodzi do naszego domu dziesięć czy więcej osób na ramadanową kolację, iftar, nie zbiera się cała duża rodzina – podkreśla.

Jego zdaniem znaczna część Tunezyjczyków nie jest w stanie – z powodu warunków, w jakich się znaleźli, w zamknięciu, w tłoku, w biedzie – powstrzymywać się od jedzenia i picia, zgodnie z zasadami islamu, od wschodu do zachodu słońca. Ale, jak dodaje, władze, także duchowne, będą raczej podchodziły do tego z wyrozumiałością.

Trudny ramadan ma teraz ponad pół miliarda afrykańskich muzułmanów.

Zero ofiar

Namibia jeszcze przez pół roku będzie żyła w rygorach stanu wyjątkowego. A w tym dwuipółmilionowym kraju nikt na Covid-19 nie umarł, a naliczono 16 zakażeń – 8 osób jest chorych, a 8 wyzdrowiało.

– Namibijczycy nie są agresywni i generalnie przestrzegają prawa. Stan wyjątkowy nie był konieczny. Jest obecnie politycznie wykorzystywany do wykonywania decyzji bez sprzeciwu i przejrzystości. Opozycja została unieszkodliwiona – podkreśla Frank Steffen, redaktor naczelny dziennika „Allgemeine Zeitung". Gazeta wychodzi po niemiecku, kraj był niegdyś (1884–1915) kolonią o nazwie Niemiecka Afryka Południowo-Zachodnia.

Jego zdaniem przeciętnemu obywatelowi bardziej grozi teraz powolne umieranie z głodu niż koronawirus.

Od ostatniego wtorku zaczęło się odmrażanie Namibii. Umożliwiono podróżowanie między prowincjami. Mogą pracować zakłady krawieckie, fryzjerskie, nie mogą kina, teatry, siłownie. Jak w innych krajach afrykańskich, wielu ludzi trudni się tu handlem nieformalnym, który od 16 marca był ściśle zakazany. Teraz też nie wróci on jeszcze na ulice, ale są targowiska, gdzie będzie możliwy, choć z ograniczeniami. Redaktor „Allgemeine Zeitung" uważa, że koronawirus pokazał, że w Afryce wzrosło ryzyko osuwania się w nacjonalizm pod hasłem „każdy troszczy się o siebie". Kontynentowi będzie trudno pokonać wywołany przez pandemię kryzys gospodarczy, „bo tak często hamuje nas korupcja". – Ale, mam taką nadzieję, Afryka będzie też teraz zmuszona znacznie intensywniej przechodzić digitalizację, co sprawi, że szybciej się zmodernizuje i dołączy do reszty świata – dodaje Frank Steffen.

***

Afryka w porównaniu z Europą to zdrowy ląd. Na razie. Tragicznego rozwoju wydarzeń obawia się pracująca dla ONZ była prezydent Chile. Wskazuje na Sudan, doświadczony wieloma tragediami, a teraz notujący szybki jak na kontynent przyrost zakażeń.

– Sudańczycy mogą doświadczyć niewypowiedzianego cierpienia, bo sudański system opieki zdrowotnej nie poradziłby sobie z epidemią o skali, którą widzieliśmy w innych regionach świata – powiedziała Michelle Bachelet.

Zapewne nie tylko sudański.

Plus Minus

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:
prenumerata.rp.pl/plusminus
tel. 800 12 01 95