Można nie kojarzyć go z nazwiska, ale jego twarz zapada w pamięć, zwłaszcza że ze znakomitych występów na drugim planie uczynił swój znak rozpoznawczy. Shea Whigham, bo o nim mowa, grał u największych, na czele z Martinem Scorsesem. Zawsze w tle, nigdy w centrum. Dopiero teraz ten zbliżający się do sześćdziesiątki aktor dostaje swą pierwszą główną rolę. I – jak zwykle zresztą – z zadania wywiązuje się doskonale. Sęk w tym, że „Zaginiona forsa” Jeffreya Reinera, który zjadł zęby na realizacji seriali (choć na koncie ma też kilka pełnometrażówek), to kino co najwyżej średnie.