Wańkowicz, gdy go poznałam, miał 80 lat i był znanym wielkim pisarzem. Ja miałam 23 lata, pisałam o nim pracę magisterską, po jego śmierci kontynuowałam na jego temat pracę doktorską. Moja znajomość i współpraca z pisarzem trwała dokładnie dwa lata i cztery miesiące. Długo mówiłam o swoim życiu: „przed Wańkowiczem” i „po Wańkowiczu”.

O sprawie, o której chcę napisać, mówił mi kilkakrotnie. Zaskoczyła mnie, ale myślałam, że naznaczony nieuleczalną chorobą ponad 80-letni pisarz patrzył z goryczą na swoje życie. Że był to wynik jego depresji, stanu ducha i stanu zdrowia.

Mówił między innymi o swoim małżeństwie z Zofią z Małagowskich Wańkowiczową, że o wiele więcej by zrobił w życiu, gdyby była „prawdziwym partnerem”. Użył zwrotu, który pojawił się w „Zielu na kraterze”, we fragmencie, gdy oświadczając się, mówił, że będzie „mieć kulę u nogi”. Kiedy Zofia była dorastającą dziewczynką, jej matka Anna Langie popełniła samobójstwo. Ojciec Kazimierz Małagowski ożenił się ponownie, Zofia, najstarsza z rodzeństwa, „matkowała młodszym braciom”. Cztery lata po ślubie Zofii i Melchiora w walkach z Sowietami w 1920 roku zginęli bracia pani Zofii: Kazimierz i Stanisław Małagowscy. Ich śmierć zostawiła w niej ogromną bolesną wyrwę, żal, z którym zmagała się całe życie. Według słów pisarza pogrążyła się w silnej depresji, która się pogłębiała i bywały momenty, że obawiał się, że jego córki będą miały „matkę-samobójczynię”.

[wyimek]Ani Powstanie, ani samodzielność, ani śmierć Krysi nic jej nie nauczyły. Jest to ta sama zmanierowana egotyczna paniusia[/wyimek]

Według jego relacji nie byli dobranym małżeństwem, a także twierdził, że w drugiej połowie lat 20. pani Zofia odeszła od niego do jego wieloletniego przyjaciela Tadeusza Lechnickiego, ojca chrzestnego młodszej córki Marty. Córki Wańkowiczów, Krystyna i Marta, po odejściu matki zostały posłane do ciotki Reginy, siostry pisarza.

Po niecałym roku Zofia Wańkowiczowa wróciła do męża. Małżeństwo zostało sklejone, ale ponoć do końca życia pani Zofii w 1969 roku miało bardzo „trudne momenty”. Wańkowicz wybaczył żonie, jednak nie umiał zapomnieć.

Po wysłuchaniu tej opowieści, kiedy zapytałam o obraz domu i szczęścia utrwalony w „Zielu...”, odpowiedział: - Można pokazać zachód słońca za pomocą tylko jednego koloru. I ja tak pokazałem ten okres, nie pisząc o czarnych momentach. Użyłem przede wszystkim koloru różowego.

[srodtytul]Nie tylko zdrada[/srodtytul]

Nie poznałam pani Zofii, ale znałam jej piękny obraz utrwalony w książkach. Słuchając opowieści pisarza, zdawałam sobie sprawę, że przecież ona miała także swoją wersję wydarzeń, i że teraz nie może jej już przekazać. Powracała do mnie jednak myśl, że pisarz został zdradzony podwójnie, przez żonę i człowieka, z którym łączyła go przyjaźń od lat młodzieńczych, a mimo to potrafił to przezwyciężyć. Przynajmniej w „Zielu na kraterze”, kiedy pisze o Tadeuszu Lechnickim w sposób wolny od wszelkich urazów. Pamiętam jednak, że wtedy myślałam: – Co ja, dwudziestopięcioletnia dziewczyna, wiem o życiu, żeby kogokolwiek oceniać?

Któregoś dnia, bez specjalnej okazji, Wańkowicz wręczył mi nieduży, dziesięciostronicowy tekst. – Zrobisz z tym, co zechcesz – powiedział.

On, który tak lubił rozporządzić, zadbać, ustalić – zostawił mi w tym przypadku... wolną rękę?... Względem swojego zapisanego mi oficjalnie w testamencie archiwum mówił przecież tak wiele.

Nie miałam czasu na roztrząsanie tej sprawy. Wańkowicz zmagał się z chorobą, sześć miesięcy po ciężkiej operacji zmarł. Kiedy zajrzałam do podarowanych zapisków, przede wszystkim zrobiły na mnie bardzo przykre wrażenie. Przykre, bo odsłaniały sprawy prywatne, niemal intymne. Były napisane z dużym napięciem, dużym bólem. Były też „ładne literacko” – jeszcze jeden kawałek prozy wielkiego pisarza.

W tych notatkach odczytałam, że był poważniejszy problem, nie tylko zdrady. Dotyczyły one nie tylko tego epizodu, wprawdzie o dużej wadze, ale jednak epizodu. Te notatki – de facto pełne niechęci do żony, jakiegoś dużego zawodu – mówiły o małżeńskich sprawach jeszcze sprzed zdrady. Pisarz, niemal bez żadnych hamulców, wyznaje, jak nisko ocenia stosunek żony do siebie, do życia, opisuje jej egotyzm i egoizm. Jedyne dobre słowa pojawiają się na końcu: nadzieja, że może wojna ją zmieniła. Pisze też, że obawia się, że pani Zofia po przyjeździe do niego z kraju będzie go dręczyć swoją rozpaczą po Krysi. Pisarz używa strasznych wręcz słów, że będzie go dręczyć „na rachunek zmarłego dziecka”.

W powstałym później „Zielu na kraterze” pisze o tym inaczej. W książce rozumie rozpacz i ból żony, docenia cały jej trud i upór przy poszukiwaniach ciała Krysi. Podziwia walkę o przeżycie w czasie okupacji, w piękny sposób oddaje jej sprawiedliwość. W notatkach natomiast bardzo surowo ocenia jej „wrażliwość”, stwierdza wprost, że dawno przestał ją kochać. A przecież potem małżeństwo to nadal trwało wiele lat. Notatki pisarza z 1945 roku skonfrontowane z książką pisaną potem, wydaną w roku 1951, dają dopiero pełniejszy obraz tego małżeństwa. Czy chciał tylko i wyłącznie pokazać jedną stronę, tę lepszą, swojego małżeństwa? Czy też obawy, rozterki wyrażone w notatkach zostały skonfrontowane i pokazane inaczej w książce? Czy skorygował swoje wcześniejsze odczucia, a może je nawet zmienił?...

Opracowując listy Zofii i Melchiora Wańkowiczów, opatrzyłam tom wstępem o przyjaźni między małżonkami, którzy przeżyli ze sobą 54 lata. Pisałam: „Listy stanowią nieczęsty przykład związku dwojga ludzi, którzy przeszli razem życie, ludzi wiernych sobie i sobie oddanych. »Jestem Twój najbliższy przyjaciel, bo kogóż tak blisko, tak strasznie, tak osobiście sprawy Twej pracy i wszystkiego mogą obchodzić« – pisała w 1921 roku Zofia. I dotrzymała mu kroku jako partner i jako towarzyszka życia”.

Czy myślałam inaczej, pisząc te słowa? Nie. Pisałam przedmowę do pozostawionej korespondencji, która była wyjątkowym obrazem dwojga kochających się ludzi. Była ona swoistym uzupełnieniem „Ziela na kraterze”.

„W zaglądaniu do cudzej korespondencji jest coś dwuznacznego – pisał w recenzji Krzysztof Masłoń – ale lekturze tych listów nie towarzyszy żadne niezdrowe uczucie. To, po prostu, kawałek polskiego losu”. W listach i w książkach Zofia i Melchior to para literacka nieskazitelna. Jak napisał Mieczysław Kurzyna, autor monografii o Wańkowiczu, pisarz tworzył „fikcję literacką na kanwie własnego życia”. Spisując korespondencję Wańkowiczów, zdawałam sobie sprawę, że pewne listy zostały zniszczone. Ale np. zachował się list Melchiora do Zofii z 1946 roku, który zacytowałam: „Ja rozumiem, że po powrocie moim będzie tyle kwestii, że znajdą się słuszne powody do awanturki. To już na tę jedną się przygotowuję, ale kiedy ją przejdziemy – Miła Moja – zgłaszam się ponownie o wymarzone trzy dni. Jak się uda je osiągnąć – dam Ci zachowany prezencik – na znak. Będzie on jak znak tęczy zwiastującej pogodę, jako nadzieja, że z czasem, kto wie, dorobimy się spokojnego tygodnia”.

[srodtytul]Jego prawda bez jej prawdy[/srodtytul]

Co zdecydowało, że po latach podjęłam decyzję opublikowania wspomnianych wyżej zapisków? W grudniu 2004 roku w warszawskiej Wyższej Szkole Dziennikarskiej im. Melchiora Wańkowicza odbyła się promocja dwutomowej „Korespondencji”, którą wydało Wydawnictwo Książkowe Twój Styl. Po promocji zaprosiłam kilka zaprzyjaźnionych pań do niedalekiej kawiarni Nowy Świat. Od jednej z nich usłyszałam uwagę:

– Po dworach Lubelszczyzny się mówiło, że pani Zofia na jakiś czas odeszła od Wańkowicza...

Powstała konsternacja.

– Skąd to wiesz? – zapytałam.

– Są osoby, które wiedzą. Słyszałam o tym z kilku miejsc – odpowiedziała.

Takie relacje trafiały do mnie jeszcze kilka razy. Co miałam zrobić?...

Po pogrzebie Wańkowicza w 1974 roku wiele rozmawiałyśmy z jego córką Martą Erdman. Między innymi spytała mnie, czy znam historię małżeństwa jej rodziców. Przyznałam, że „trochę znam”. Powiedziała mi więcej niż ojciec, dodała wiele szczegółów. Pomijam te szczegóły z tego samego powodu, dlaczego pomijam opowiedziane mi przez pisarza.

Gdy mijały lata, wiedziałam już też, że rodzina pisarza, młodsza generacja, wie o tej sprawie, powtarzanej „z ust do ust”, z pokolenia na pokolenie. Jeżeli jednak są także osoby „zewnętrzne”, które wiedzą o tym, to jest jakby co innego. Zaczęło mnie to niepokoić. Przede wszystkim istnieje diariusz pisarza, którego nie zniszczył. Czy mam – wraz z całym archiwum – przekazać go do muzeum, a ten fragment opatrzyć adnotacją, żeby nie czytać... ile? 20 – 30 lat? Co potem? Kto wie, co się może zdarzyć, czy nie zostanie pokazana ta historia tylko jako szczególna sensacja?

Uważam, że nie jest to tekst w jakimkolwiek sensie kompromitujący pisarza. Duży problem widzę w tym jedynie, że publikując zapiski Wańkowicza, podaję „jego prawdę”. Nie mam „prawdy pani Zofii”. Czyli że jest to prawda jednej ze stron, nieskonfrontowana.

Chcę jednak przywołać słowa Aleksandra Małachowskiego, który w 1993 roku napisał we wstępie do „Ziela...”, że „ciepło Wańkowiczowskiego domu, ten arcypotężny magnes przyciągający sympatię jego czytelników, jest w znacznej mierze kreacją czysto literacką”. Małachowski napisał, że Zofia Wańkowiczowa na przyjęciu z okazji 50-lecia ślubu z Melchiorem, cytuję: „Powiedziała ze łzami w oczach, nie pytana zresztą, ale z chęci wyrzucenia z siebie przed kimś bliskim jakiegoś intymnego zwierzenia: »Miałam straszne życie, Panie Aleksandrze, straszne życie, lecz nie żałuję. Było ciekawe. Wiele musiałam wytrzymać i cieszę się, że nie zabrakło mi sił«. Przeto prawdziwe życie tej rodziny nie płynęło jak w tej bajce, którą za chwilę przeczytamy. Ale to jest przecież właśnie słynna Wańkowiczowska mozaika” – konstatuje Małachowski.

[srodtytul]Piękna para literacka[/srodtytul]

Ziele na kraterze” jest szczególną afirmacją życia i rodziny. To książka, która wywoływała łzy – wzruszenia, podziwu, ale także – bólu. Listy pisali młodzi ludzie, często rozczarowani, bo oni „nie mają takich kochających się rodzin”. Kiedy czytam w listach, które przychodziły do pisarza, a które są w archiwum, że „moja rodzina nigdy nie była taka, jaką Pan ukazał w »Zielu«”, zastanawiam się, czy pełna prawda nie wspierałaby te osoby, czy nie byłaby lepsza od mitu? Czy zostawić obraz – czym mógłby, czy powinien, być związek ludzi, czy pokazać go pełniej, prawdziwiej? W latach 20. ludzie traktowali małżeństwo bardzo odpowiedzialnie, nie było też powszechnych rozwodów. Tolerowało się wiele zachowań.

Wańkowicz bohaterami literackimi swoich książek zrobił swoich najbliższych, czyli jego najbliżsi nie byli tylko jego „własną sprawą”, i pisanie o nich nie wydaje się wścibstwem biograficznym, zaglądaniem w życie osobiste znanej osoby. Jego rodzina, przede wszystkim żona, córki, występuje w wielu książkach pisarza, szczególnie „Ziele...” należy do ulubionych i najpopularniejszych. King i Królik to znana piękna para literacka. Czyli że teraz czytelnicy się dowiedzą, że była inna, „trudna strona” literackiego małżeństwa? Czy to będzie zburzenie mitu czy pełniejsza, „prawdziwsza” prawda? Zakładam, że czytelnicy, którzy rośli z tą książką, dojrzeli, i zrozumieją wiele. Może zobaczą przykład pięknego, ale też trudnego związku ludzi sobie bliskich i oddanych.

Chciałabym, by tak było.

A oto tekst „Diariusza” Melchiora Wańkowicza, który podaję w całości:

[srodtytul]*[/srodtytul]

[Ołówkiem, ręką Zofii Wańkowiczowej:] Niech Melek sam kiedyś rozpozna to, co tu napisał

[Druga nota:]

Mój Mąż powiedział mi, gdy już przetrwałam to całe cierpienie mego przyjazdu i gdy przeżyliśmy razem trochę czasu, że mnie kocha i że nie był po prostu beze mnie Z.W.

Tu napisze kiedy do mnie Melek (mój Pusiunio):

Rozpoczęte 22 XII 45, ma być skończone 1 II 46 i wręczone Zosi, lub, daj Boże, zniszczone.

Dzisiaj wieczorem otrzymałem telefon Zosi, że jest w Bolonii. A wiec moje długie starania uwieńczyły się powodzeniem i powinniśmy rozpocząć życie we dwoje. Życie to o tyle tylko będę prowadził, jeśli będzie możliwe. Na to wyznaczam miesięczną próbę do lutego. Albo wypadnie dobrze i to pisanie zniszczę. Albo źle, i to pisanie Zosi pokażę – aby widziała, że mówi przeze mnie nie rozdrażnienie, a staranne, rozważne i nie odwołalne postanowienie.

Przez sześć lat naszej rozłąki nie było jednej chwili, kiedy bym do niej zatęsknił, a jakże często chwile, kiedy wzdychałem z ulgą „dobrze, że Zosi nie ma, bobym już tego dodatkowego ciężaru nie wytrzymał”.

Teraz zrobiłem wszystko co można, by ją sprowadzić, ale przypomina mi się, jak w pierwszem natarciu robiłem wszystko co można, żeby się dostać do natarcia, bo uważałem, że to mój obowiązek, i jak z ulgą westchnąłem, kiedy spełnienie moich zabiegów okazało się niemożliwe. Podobne uczucie miałem w Monachium, kiedy dowiedziałem się, że transport z nią nie przyszedł.

Pamiętam, z jak ściśniętym sercem wracałem zawsze do niej z zagranicy. Kiedyś, to było po powrocie z Norwegii, usiadłem przy kominku z nią i Renią, i chciałem opowiadać szczegóły podróży. „Co ci?” – spytała Renia. „Ach, on zawsze taki po przyjeździe” – powiedziała Zosia. Czy się zastanawiała, dlaczego „taki” wracam do rodzinnego domu?

Po powrocie z Francji przyszła do mnie ze sceną – czemu jestem taki zimny czy coś podobnego. Po przyjeździe do Kowna znowu zrobiła scenę, bo się nią zbyt mało zajmowałem. Czyż nigdy nie połączyła tych rzeczy, czy nigdy się nie zastanowiła – dlaczego każdy odpoczynek letni spędzam bez niej, dlaczego nie jestem w stanie nic jej wyryć na kupionym zegarku?

Jeżeli tu przyjedzie w tem nieuleczalnym złudzeniu, że mój stosunek do niej powinien być stale w napięciu zakochanego mężczyzny, który pył ściera sprzed stóp, a kobieta za to płaci tylko jakiemś swojem istnieniem bez żadnego poczuwania się w czynie i w dniu co- dziennym do koleżeństwa i wspólnego dzielenia trosk – to rozpiętość między jej poglądem a moimi sześcioletnimi myślami, kiedy z ulgą konstatowałem, że wojna uchroniła mię od obchodu 25-lecia, bo tego nie mógłbym wymusić na sobie – ta rozpiętość będzie tak wielka, że gdybym nawet chciał zasypać ją jakiemś kłamstwem, zasypać się nie da. Kłamstwem zasypywałem całoroczną korespondencję z Bukaresztu, nie mając nic do powiedzenia i maskując serdeczność listów opisami wschodów słońca itp. Przecież mniej egotyczna osoba zaniepokoiłaby się tymi listami. A ona podobno obnosiła się z nimi i wszystkim czytała.

Maskować się nie da – i nie chcę. Jestem przy resztce życia i mogę jeszcze pracować. Absolutnie nie mogę tej resztki życia dać rozpyskać przez nieustanne wsączanie we mnie jadu pod różnymi pozorami, jadu, pod którym każda tkanka mego organizmu drętwieje jak preparowany owad i nadludzkimi wysiłkami muszę się ruszać – żeby żyć. To nie metafora. Przez te lat sześć czułem się wiele lepiej fizycznie niż kiedykolwiek z nią – nawet za młodych lat. Po prostu jest fizyczny „test” na to: mam bardzo wrażliwy żołądek na podniety nerwowe. Przez całe pożycie z Zosią miałem stałe rozwolnienie. Lekarze orzekali, że to nerwowe i nie ma się czem przejmować. Z wolna zauważyłem, że jeśli się z nią rozstaję, żołądek wraca do normy. I przez te sześć lat stale miałem żołądek w porządku.

Zastanawiam się, z jakiem kolejnem dręczeniem przyjedzie. Przede wszystkim z żalem po Krysi. Powód tak samo święty jak żałoba po braciach, ale tak samo dający świetny pretekst do wyżywania się na mnie. Rozumiem, że śmierć dziecka może przygiąć tak, że się spod niej nie wstaje. Tak samo może przygiąć na przykład, jeśli kto posiada garb. Ale nikt posiadaniem garbu się nie szczyci, nie kryguje się z nim w lustrze. Świadomość, że są obowiązki względem żywych większe niż względem zmarłych, powinna kazać wstydzić się swego uczucia jako przeszkadzającego spełnienia obowiązku względem życia, powinna kazać starać się je zwalczać, a nie podniecać w sobie jako rzecz, która świadczy pięknie o człowieku aż tak wrażliwym.

Kiedyś jej powiedziałem, po dwudziestu latach, na krótko przed wojną, że te lata po śmierci chłopców były takie dla mnie ciężkie. „Ach, kiedy ja już jestem taka” – zawołała. Było to choć częściową rekompensatą dla mnie, bo jakby przyznała, że rozumie, że mogło mi być ciężko. Ale z drugiej strony „jestem taka” – zapewne znaczyło – „subtelna i wrażliwa”, a nie – nieodpowiedzialna.

Lata, długie lata, bo aż do samej wojny prawie, ponurości po rozstaniu z Lechnickim, były też monstrualną nieodpowiedzialnością. Tak jak po wielu latach dopiero skojarzyłem sobie, że przy niej mam zawsze zły żołądek i bóle w ciele. Tak po wielu, wielu tygodniach skonstatowałem, że nie ma ani jednej niedzieli bez szlochów.

Znowuż można mówić – matka po dziecku, kochanka po kochanku, święte uczucia. Nie mówiąc o tem, że nie bardzo ja tam czczę to uczucie, bo powstało nie tyle z twórczego porywu, z chęci dania z siebie czegoś tamtemu drugiemu mężczyźnie, ile z kwasu życia, który się wytworzyło z tym pierwszym – ale gdyby nawet tak, to odpowiedzialna osoba by powiedziała: „To straszne, że nie mogę wręcz całkowicie, że nie mogę zapomnieć – będę robić wszystko co można, aby choć trochę zrekompensować krzywdę”.

Nic podobnego nie było – łańcuch czepiania się, awantur o finanse, o Kisterów, o Renię. Tak mogła postępować tylko zupełnie nieodpowiedzialna osoba. I ta postawa moralna ostatecznie zabiła moją miłość.

Teraz – nie dam z siebie ciągnąć ostatnich soków pod pozorem Krysi. To jest taka sama córka moja jak jej i nie śmiem nawet w najtajniejszym pisaniu dla siebie wspomnieć tego strasznego czasu, który mnie przygiął po jej śmierci i już nie odegnie.

Rzecz prosta, gdybym zobaczył, że walczy ze swoim smutkiem, bym jej pomagał. Ale jeśli to będzie „hulaj dusza” nieodpowiedzialności, pretensji, rozdrażnień – wszystko na rachunek zmarłego dziecka – nie dam rady. Wiem, że nie dam rady i nie chcę dać rady. Chcę żyć i pracować – jeszcze choć trochę żyć.

Dlatego – czekam do lutego. Kładę ten termin sobie jak kaganiec, żebym był rozważny.

A może sześć lat, kiedy dawała sobie radę sama, postawiło ją na ziemi i ukróciła ten potworny egotyzm?

O Boże! O żebyż tak! Wiem, że mógłbym odgrzebać jeszcze swą miłość, tak nieodpowiedzialnie, tak zaciekle przez nią niszczoną.

[srodtytul]23 XII 45[/srodtytul]

Herminja ponawia propozycję, by Zosię wciągnąć do „Ochotniczki”. Praca wymarzona, nic lepszego znaleźć by nie mogła. Herminja wyraziła obawy, że Zosię wciągnę do swojej pracy jako sekretarkę. Uśmiechnąłem się do siebie gorzko, przypominając, że przez całe życie mi się to nie udało. Że kiedy czasem, naprawdę nie mogąc podołać pracy, prosiłem ją, żeby co zrobiła, nie mogłem się doczekać. Albo ponawiałem prośbę i na to odpowiadała z rozdrażnieniem: „Bo ty chcesz, żeby było natychmiast”, albo ponawiałem – i zapominała o prośbie. Jedyny okres, kiedy pomagała – był piekłem w domu (hurtownia).

Więc – niechże ją bierze Herminja. Wybrałem i odłożyłem jej na szafce nocnej pewne broszury, ostatnie NN „Orła” i „Parady”, żeby prędzej weszła w to wszystko. Wyobrażam sobie, że jeżeli wejdzie, to wszyscy naokoło będą winni. Naturalnie, na swojej skórze wycierpiałem wiele od głupoty i zawiści. Ale trzeba sobie powiedzieć: takie są okoliczności, taki teren, cóż poradzę? Robię, co mogę. Ona jednak będzie tylko liczyć winy innych i wreszcie pracę rzuci jak „Koło Polek”, jak „Komitet Obchodów 25-lecia”. Zanim to zrobi jednak, „Ochotniczka” będzie dawała dostateczny powód, by mi zatruwać każdą chwilę życia.

Trzeci powód będzie, że jest nie dosyć szanowana, że ja mam za małe stanowisko. To może będzie mniejsze, bo trafia na okres wyjścia książki, kiedy akcje moje chwilowo może pójdą w górę.

Czy ja mogę zresztą przewidzieć, jakie będą powody, by trzymać mnie pod stałym oporem rozdrażnienia i niezadowolenia.

Otóż – jeśli będą szanse jazdy jej do Stanów – to nie będę robić przykrości, będę robić proch zamiatającego. Niech sobie z tem jedzie w świat – będzie jej z tem lepiej. Ale jeśli szanse na Stany się odłożą – będę musiał zaproponować, byśmy wzięli pracę w innych miastach. To już będzie radykalniej, niż zrobić dwa pokoje bez przejścia na Żoliborzu (że też ona tych wszystkich rzeczy nie umiała łączyć w logiczny wniosek!); potem na Mianowskiego zrobiła wspólny – czasem już tak niemożliwa atmosfera była wytwarzana, że musiałem w środku nocy zabierać pościel. A większość nocy leżałem z otwartymi oczami, podczas kiedy ona po awanturze doskonale spała.

Postawi mi zarzut – po co ją sprowadzałem. Liczyłem się z tem. Ale przecież nie mogłem nie dać jej tej szansy. Jest moją żoną i mam względem niej obowiązki – tylko z wyjątkiem pozwolenia na rozpyskanie mego życia. Ostatecznie – ludzie wracają bez niebezpieczeństwa jako repatrianci. Wiele nie straci po przerwie, a pieniądze zabierze, jakie będę miał. To – jeśli nie zechce wybrać tamtych dwu szans.

[srodtytul]24 XII 45[/srodtytul]

Dzień Wigilji. Pewno na obiad będzie. Nagle o 10-ej otrzymuję telefon pytający mię o środki lokomocji. Zdębiałem – wozów z Korpusu na dzisiejszą Wilję musiało iść masę – ale to wszystko przecie wyjeżdża wcześniej. Niezwłocznie dałem jej kontakty. O 12-ej zadzwonił Skarbek, że nie mogą jej wykombinować lokomocji. Poprosiłem ją do telefonu. Mówię:

– Są trzy szanse: pierwsza – że mój wóz dojdzie.

– Nie dojdzie, skoro nie doszedł.

– No, nie można całkiem wykluczać, należy z tem się liczyć...

– Ja go nie znajdę.

W Ankonie wozu nie znajdzie! Tłomaczę, żeby zatelefonować do kompanii transportowej, żeby się jej zaraz meldował, i przebijam się zaraz przez to przerywanie telefoniczne (lada chwila mogą przerwać). – Druga szansa – wraca dziś wóz, który odwiózł Andersową...

Przerywa: – Ależ oni mnie nie wezmą (to znaczy nutka – cóż, ja tak mało znaczę. Z tobą się nie liczą...).

– Umówiłem się z właścicielem wozu, że Ciebie weźmie. No, a trzecie, najgorsze wyjście, że zjesz wigilję w Ankonie.

Usiłuję jej podać nazwisko Żylińskiej. Przerywa: – Nie, to ja już będę sama...

To znaczy – biedna jestem, opuszczona, nie pomyślałeś...

Zniecierpliwiony mówię: – No, jak nie zechcesz, to nic Ci nie poradzę.

Zaczyna dyskusję zasadniczą: – Myślałam, że jak się zwrócę do gen. Andersa...

Skąd myślała, dlaczego myślała? Setki takich paniuś jedzie przez Brenner, a Anders, którego widziałem raz czy dwa, nie ma powodu specjalnie mnie kochać.

– Myślałam, że pani Irączka (no, to nie dla mnie, to zgrywa się dla nasłuchującego audytorium)... i napisali mi „utrzymanie na własny koszt (to już dla mnie. A jak mieli napisać, skoro nie jest w wojsku?). No, to ja chyba pojutrze przyjadę (dlaczego pojutrze?)”.

Nie wiem, ile ją doszło z mych starań – wściekłych jazd dwukrotnych przez Brenner otwartym wozem, przygotowanie munduru z najdrobniejszymi dystynkcjami, zaświadczeń, zobowiązanie ludzi po drodze do pomagania itp. – ale przecie chyba musiało dojść. Normalna kobieta zrozumiałaby, jak bolesne jest dla mnie fiasco tych wszystkich starań, oceniałaby, że nic z Ankony nie mogę zrobić, powiedziałaby: „Nie martw się, mój Drogi, strasznie żałuję, że nie spędzimy Wilji, ale trudno – tyleśmy czekali, poczekamy jeszcze, a już za to pierwszy dzień świąt spędzimy razem i pokażesz mi Rzym”. Co powiedziawszy, poszłaby zjeść za własne parę groszy w restauracji włoskiej.

Ale ona woli się zgrywać na biedną, opuszczoną, o której nikt nie pomyślał, żonę męża bez znaczenia, która nawet nie ma co zjeść i będzie siedzieć sama i głodna na Wilję.

I żeby tyle nie mieć subtelności, że mnie te wszystkie zgrywania się tylko wściekają.

Wisiałem kilka godzin przy telefonie. Dowiedziałem się, że wyjechała o drugiej. Nikt w hotelu nie umiał powiedzieć, o której pociąg przyjdzie. Telefonowali do informacji, powiedziano, że 10 minut – 20. Wydało mi się to podejrzane. Pojechałem na dworzec. Pytałem trzech urzędników po kolei. Każdy mówił co innego. Zebrałem ich w kupę – nie dogadali się poza tem, że pociąg idzie od 13 do 17 godzin. A Zosia Górska mówiła, że jedzie 9 godzin. Nic nie wiem. Gdybym nawet chciał czekać całą noc, to nie ma gdzie, bo to prowizoryczna szopa z drzewa bez poczekalni, a knajpy po 12 zamykają. Kazałem więc obudzić się o siódmej, a kierowcy przyjechać o 7 minut 30. Przypuszczam, że będę czekał. A jeśli ostatecznie przyjedzie wcześniej – co trudnego siąść w taksówkę i przyjechać do Bostonu – po prostu, po koleżeńsku. Ale wyobrażam sobie, jakie wówczas opowiadanie nastąpi, jaką to ona miała trudność z taksówką – biedna i opuszczona.

Chciałem na jutro zrobić jakiś program. Ale czy można kupić bilety np. do opery, kiedy wiadomo, że będzie „nie”. Wprawdzie będzie zmęczona. Ale gdyby nie była zmęczona, to też by było „nie”.

Chowam Zosię Górską jutro przez cały dzień, ale pojutrze muszę się nią zająć, bo to ostatni dzień dziewczyny. Cóż prostszego, jak po macierzyńsku spytać o jej kłopoty i łaszki. Ale nie – wyobrażam sobie, że stosunek będzie taki sam wrogi jak do Reni.

Źle jest – sądząc z tej pierwszej rozmowy. Ani Powstanie, ani samodzielność, ani śmierć Krysi nic jej nie nauczyły. Jest to ta sama zmanierowana egotyczna paniusia. Będę musiał wysłuchać porcję na Kistera i gotów jestem się założyć – że i na Włodarskiego i szwagierki Kistera.

A może nie? Może prawdziwe cierpienie zmyje jej nieznośną egzaltację i zgrywanie się”.

[srodtytul]*[/srodtytul]

Pięć lat po tych zapiskach ukazuje się książka „Ziele na kraterze”, gdzie Wańkowicz z wielką atencją i pietyzmem pokazał lata okupacji i cierpienie matki po stracie córki. Karty pokazujące szukanie ciała Krysi są przejmującą elegią na rzecz zmarłego dziecka i oddaniem hołdu matce, jej bólowi, jej przeżyciom. Czy zatem pisarz skonfrontował swoje odczucia?

W 2008 roku w aktach IPN znalazłam list starszej o dziewięć lat siostry Melchiora, Reginy Wańkowiczowej, zwanej Renią, którą pisarz wspomina wyżej w swoim „Diariuszu”. Dziesięć lat po zakończeniu wojny tak pisała do Zofii przebywającej z mężem od sześciu lat w Stanach Zjednoczonych:

„7 października 1955. Mój Melasiek sieroce dziecko, które od dwunastego roku sam szedł przez życie. Gryzę się bardzo jego zdrowiem. Wiem, że troskliwszej opieki nie wymarzę niż ta, którą mu dajesz”.

Regina, u której przebywały córki Wańkowiczów w czasie rozstania, po latach wyraźnie miała dobre zdanie o swojej bratowej.

[i]Aleksandra Ziółkowska-Boehm, pisarka. Od 1972 r. do śmierci Melchiora Wańkowicza w 1974 jego asystentka. Autorka książek, m.in. „Blisko Wańkowicza”, „Na tropach Wańkowicza po latach”. Redaktor dzieł pisarza, ukazujących się w Wydawnictwie Prószyński. [/i]