W najnowszym zestawieniu Press Freedom Index 2011 – 2012, opublikowanym niedawno przez organizację Reporterzy bez Granic, Stany Zjednoczone znalazły się dopiero na 47. miejscu, ex aequo z takimi krajami jak Argentyna czy Rumunia. W ciągu roku USA spadły aż o 20 miejsc. Dlaczego?
To niedorzeczne zestawienie. W Argentynie rząd prześladuje opozycyjnych dziennikarzy i próbuje ograniczyć ich działalność poprzez przejęcie kontroli nad środkami wydawców. Argentyńskie sądy są też zawalone sprawami dziennikarzy, którzy skazywani są za mówienie prawdy o tym, co dzieje się w tym kraju. Na cenzurowanym są również ekonomiści, którzy ujawniają prawdziwą wielkość inflacji, która przekracza 20 procent, zamiast zgadzać się z oficjalną rządową linią, według której inflacja jest poniżej 10 procent.
Reporterzy bez Granic wskazują jednak, że w Stanach Zjednoczonych podczas protestów ruchu Okupuj Wall Street policjanci aresztowali grupę dziennikarzy relacjonujących demonstracje.
Pamiętajmy, żeby przykładać właściwe miary do wydarzeń. W Ameryce mieszka ponad 300 milionów ludzi, w mediach pracują setki tysięcy. Fakt, że garstka reporterów mogła na jakiś czas trafić do aresztu, ale zapewne szybko odzyskała wolność, nie powinien być wielkim problemem.
Trzeba też pamiętać, że do aresztowania protestujących w ramach ruchu Okupuj Wall Street nie dochodziło dlatego, że rządzący nie zgadzali się z ich poglądami czy ideami, ale dlatego, że zdaniem policjantów łamali oni porządek publiczny. Myślę, że z oceną Reporterów bez Granic nie zgodziłoby się wielu amerykańskich dziennikarzy.
Dużo poważniejszym problemem dla naszych mediów są procesy sądowe, zwłaszcza jeśli urażona poczuje się osoba prywatna. Podlega ona bowiem dużo szerszej ochronie niż osoby publiczne, takie jak choćby Barack Obama. Prawnicy prezydenta mogliby kogoś pozwać do sądu, tylko gdyby dziennikarz napisał coś nieprawdziwego złośliwie lub lekkomyślnie.
W przypadku osoby prywatnej tak szeroko rozumiana wolność prasy już nie obowiązuje. A przegrana procesu w Ameryce może być dużo bardziej kosztowna niż w większości krajów świata. W wielu stanach nie ma też żadnych limitów dotyczących wysokości odszkodowań. Dlatego przypuszczam, że w niektórych sprawach amerykańscy reporterzy mogą obawiać się publikacji jakiegoś materiału z powodu zagrożenia procesem.
To znaczy, że krytyczny materiał o lokalnym miliarderze mógłby wykończyć gazetę?
O miliarderze raczej nie, bo sąd zapewne uznałby, że to osoba publiczna. Dotknięty przez media lokalny przedsiębiorca miałby już duże szanse na wygraną. Amerykańscy dziennikarze mogą się też obawiać, że jeśli będą publikować negatywne materiały o politykach, to w ramach zemsty odetną ich oni od źródeł informacji w rządzie, a sensacyjne wiadomości będą przekazywać konkurentom z innych mediów. W takiej sytuacji media mogą się zastanawiać, czy lepiej korzystać z bardzo rozbudowanego prawa do krytyki, czy lepiej powstrzymać się od podawania negatywnych informacji o kimś.
Działania tego mechanizmu doświadczyli bodaj na własnej skórze reporterzy prawicowej Fox News. Przez jakiś czas Barack Obama nie chciał w ogóle z nimi rozmawiać, a jego ekipa mówiła nawet o wojnie z Foksem. Ale czy w takim wypadku rzeczywiście można mówić o złamaniu wolności słowa?
Trudno powiedzieć. To na pewno nieuczciwe i w ekstremalnych przypadkach taki pozew mógłby mieć sens. Myślę, że Fox News nadal może otrzymywać informacje później lub otrzymywać ich mniej od swoich konkurentów, bo jest krytyczny wobec obecnej administracji. Jednocześnie po tego typu procesie, w którym politycy musieliby się tłumaczyć, czy na pewno wszystkim po równo przekazują informacje, mogliby całkowicie zamilknąć i nikomu już nic nie mówić. Nie wiem więc, czy mediom opłacałoby się składać taki pozew.
Innym przykładem pewnego ograniczenia wolności mediów, który mniej interesuje obecnych dziennikarzy, jest fakt, że rząd wciąż nie uwolnił większej liczby fal radiowych. Mamy prawdopodobnie mniej stacji radiowych niż w Europie.
Ameryka dla wielu Europejczyków jest symbolem wolności słowa. Czy zwykli Amerykanie rzeczywiście cieszą się niezwykle szerokimi uprawnieniami w tej dziedzinie?
Wiele osób może to zdziwić, ale w niektórych przypadkach wolność słowa w Ameryce jest bardziej ograniczona niż w Europie. Rzeczywiście, jeśli chodzi o krytykowanie rządu czy polityków, to sytuacja w Stanach Zjednoczonych wygląda o wiele lepiej niż w większości państw świata.
Zwykli ludzie rzadko jednak uczestniczą w demonstracjach, rzadko palą flagę (co w Stanach Zjednoczonych można robić legalnie) i nie spędzają zbyt wiele czasu na dyskusjach o prezydencie Obamie. Wolą rozmawiać o nieuczciwym przedsiębiorcy, skrytykować złego nauczyciela lub swojego pracodawcę. Wówczas narażają się na pozwy, i to nawet wtedy, gdy mówią o kimś bolesną prawdę. Na przykład pewien mężczyzna powiedział o swojej byłej żonie – która zdradzała go z innymi – że jest dziwką. Ta podała go do sądu, bo popsuł jej reputację, i Sąd Najwyższy uznał, że miała do tego prawo. Ryzyko procesu jest wysokie, bo Amerykanie uwielbiają się procesować. A w takich procesach pierwsza poprawka nie daje zbyt dużej ochrony.
Czy to podejście do wolności słowa zmieniło się w ostatnich latach?
Zakres wolności słowa został ograniczony w ciągu ostatnich dwóch dekad. Sąd Najwyższy zezwolił bowiem na pozywanie do sądu pracodawców z powodu tworzenia wrogiego środowiska pracy. Oczywiście brzmi to logicznie. Problem polega jednak na tym, że pracownicy wykorzystują tę możliwość, aby zdobyć odszkodowanie od swoich firm, celowo wyciągając z kontekstu słowa, których użyli ich pracodawcy. Znana jest sprawa czarnoskórego mężczyzny, który złożył pozew do sądu w Nowym Jorku, ponieważ jego współpracownik użył słowa na „n", oznaczającego egipski statek, które jest bardzo podobne do wulgarnego określenia czarnych. Urażony pracownik przekonywał, że było to celowe. Pracodawca musiał poświęcić na proces całe lata i wydać setki tysięcy dolarów na prawników, zanim ostatecznie okazało się, że skarżący nadinterpretował to, co usłyszał.
W niektórych częściach kraju panuje już taka histeria, że ludzie boją się otwarcie rozmawiać, żeby nie być potem pozwanym za molestowanie czy tworzenie wrogiego środowiska pracy. Dużo mniej wolno też obecnie powiedzieć lub napisać uczniom w szkołach publicznych. W Wisconsin 15-letni chłopak, który napisał w szkolnej gazetce artykuł wyrażający jego sprzeciw wobec prawa do adopcji dzieci przez pary homoseksualne – który opublikowano obok tekstu popierającego adopcje przez gejów – został przez dyrektora szkoły nazwany ignorantem i podżegającym do przemocy chuliganem. Grożono mu nawet zawieszeniem w prawach ucznia. Szkoła przeprosiła zaś wszystkich za opublikowanie takiego tekstu.
Czy ta polityczna poprawność nie pozbawi za kilka lat dziennikarza zwykłej gazety prawa do napisania artykułu krytycznego wobec małżeństw gejowskich?
Najpewniej tak. W Nowym Jorku, który jest kuźnią poparcia dla małżeństw gejowskich, prokurator zażądał wprowadzenia zakazu wywieszenia krytycznego wobec homoseksualistów billboardu. Jestem pewny, że mnóstwo nowojorskich prawników z zadowoleniem przyjęłoby też sprawę urażonego pracownika-homoseksualisty, który walczy o duże odszkodowanie. Kłopoty prawne czekają też instytucje religijne – np. katolickie sierocińce – które odmawiają uznania małżeństw gejowskich. I chociaż nie można pozwać Kościoła za odmowę udzielania małżeństw parom tej samej płci, to już pracownik kościelnego szpitala czy uniwersytetu może wnieść pozew przeciwko swojemu pracodawcy za krzewienie krzywdzących go poglądów.
Dlatego moim zdaniem, chociaż w rankingu wolności prasy powinniśmy się znajdować w pierwszej dziesiątce, ewentualnie w pierwszej dwudziestce, to jeśli chodzi o wolność słowa, jesteśmy dopiero gdzieś w pierwszej pięćdziesiątce. Obawiam się, że w niedalekiej przyszłości wolność słowa w USA będzie jeszcze bardziej ograniczana.
Jestem przekonany, że w takich stanach jak Nowy Jork czy New Jersey wolność słowa jest bardziej ograniczona niż w wielu krajach europejskich i gorliwy chrześcijan już powinien uważać, co mówi. Z kolei w Nebrasce ludzie wciąż mogą wypowiadać się dużo bardziej swobodnie. Są też bardziej tolerancyjni wobec innych punktów widzenia.