I tu właściwie powinienem postawić kropkę, bo cóż więcej można w tej sprawie zadeklarować. Pogląd na tyle jasny, że nie domaga się dopowiedzeń, a jeśli zostawia przestrzeń na cokolwiek, to tylko na argumentację i parę obrazków. Otóż widziałem w życiu wielu narkomanów. Znam muzyków rockowych z mózgami tak przepalonymi marihuaną, że mało w nich jest już przestrzeni na twórczość, rodzinę, refleksję czy empatię, a w miejscu zwykle zarezerwowanym na wartości kwitnie w ich głowach jedno wielkie, wielopalczaste zioło. Coś jak kieliszek wódki w mózgu pijaka w zaawansowanym stadium alkoholizmu. Co gorsze? Trudno powiedzieć, jedno i drugie złe. Mam kolegów z czasów liceum, z którymi kontakt jest możliwy już tylko przez lastrykowe płyty nagrobne na licznych cmentarzach. Zaczynali od czegokolwiek, choćby „trawy"; potem był tak zwany kompot, obrzydliwy wykwit PRL gotowany ze słomy makowej w brudnych garnkach. Jedna strzykawka, kilku chętnych; potem wspólny odlot i braterstwo krwi. Jedni z tego wyszli, inni nie. Detox w komunie nie należał do wyjątkowych przyjemności; myślę, że dalej nie należy, ale wtedy było jeszcze gorzej. Słuchałem tych historii nieraz; fakt, że większość narratorów należy już wyłącznie do przeszłości.