Obserwacja historii nauki pozwala znacznie lepiej zrozumieć, wręcz uchwycić pewne procesy dotyczące jej współczesnej kondycji. Nic się nie dzieje bez powodów: dzisiejsze problemy i bariery w dużym stopniu wynikają z dawnych zawiłości. Dlatego tak ważna jest pamięć o dziejach nauki polskiej, również tych z czasów PRL.

Można zaryzykować tezę, że w tamtym okresie jedną z kluczowych ról odgrywali filozofowie. W ich losach mamy właściwie wszystko: wybitnych (nie tylko w skali polskiej) badaczy, jak Władysław Tatarkiewicz, Tadeusz Kotarbiński czy Leszek Kołakowski, toczone przez nich spory ideowe, dylematy, przed którymi stawali, a do tego prozę życia związaną z zatrudnieniem, publikacjami czy typowo środowiskowymi, ambicjonalnymi kłótniami. Wszystkie te elementy, na różne sposoby pomieszane, dają niezwykły materiał obserwacyjny. Potwierdza to biografia prof. Izydory Dąmbskiej autorstwa Radosława Kuliniaka, Mariusza Pandury i Łukasza Ratajczaka. Drugi tom biografii został poświęcony losom badaczki w czasach PRL.

Izydora Dąmbska uważała, że uniwersytet powinien być wolny od polityki

Dąmbska to uczennica słynnego prof. Kazimierza Twardowskiego, wiodąca reprezentantka szkoły lwowsko-warszawskiej. Po wojnie pracowała jako kustosz w Bibliotece Miejskiej w Gdańsku, nie zawieszając jednak aktywności naukowej. Habilitację uzyskała w 1946 r. Była powiązana z różnymi uczelniami: wykładała na Uniwersytecie Warszawskim, potem była zatrudniona na Uniwersytecie Jagiellońskim i na koniec – w Polskiej Akademii Nauk.

Czytaj więcej

Jak Andrzej Wielowieyski odkrył dla Polski myśl Simone Weil

Zapewne kluczowym problemem, którego doświadczyła (co świetnie pokazuje biografia) było usilne zwalczanie przez komunistów dorobku jej mistrza. Szczególnie grupa młodszych filozofów powiązanych z władzą, pod kierunkiem Adama Schaffa, zaczęła bardzo agresywnie kontestować dorobek Twardowskiego. Zgodnie z aktualnymi oczekiwaniami władzy, filozofia miała bowiem prowadzić do ukształtowania konkretnej ideowej postawy. Chodziło więc o podważenie kluczowego nurtu myślowego, który do takich wniosków nie kierował. Uderzając w Twardowskiego, uderzano w jego wciąż funkcjonujących uczniów, ale również osoby luźniej z nim powiązane, reprezentujące jednak pewną niezależność.

Przykładów ataków było dużo. Warto zapamiętać te najbardziej znane na Kotarbińskiego i Tatarkiewicza. Jest to jedna z ciemniejszych kart w polskiej nauce, plamiąca również tak szanowane później postaci jak Leszek Kołakowski czy Henryk Holland (osoby na różne sposoby uczestniczące we wspomnianej nagonce). Trudno jednoznacznie powiedzieć, ile w tych atakach było politycznego, młodzieńczego zacietrzewienia, ile lekkoduchostwa, oderwania od współczesnych realiów.

O ile obrazoburcze „burzenie pomników” przez kolejne pokolenia stanowi rzecz raczej naturalną, o tyle ataki na dorobek Twardowskiego, Tatarkiewicza czy Kotarbińskiego działy się w konkretnym kontekście. Za stroną atakującą stał cały aparat państwowy. Trochę ten kontekst obrazuje anegdota dotycząca innej sytuacji: polemiki prasowej toczonej między Stefanem Kisielewskim a Pawłem Hertzem. Gdy Kisiel długo nie odpowiadał, reprezentujący wówczas poglądy komunistyczne Hertz zaczął pokpiwać, że najwyraźniej jego adwersarz nie ma już argumentów. Do pewnej refleksji doprowadziła dopiero prywatna odpowiedź Kisiela, w której felietonista „Tygodnika Powszechnego” dał znać, że odpisałby tak, żeby adwersarzowi w pięty poszło, ale… nie pozwala na to cenzura. Dopiero to skłoniło Hertza do pewnej refleksji.

Czytaj więcej

Marek Kobylański: Dezubekizacja. Lekcja dla racjonalnego ustawodawcy

Dokładnie na tych samych zasadach wyglądała polemika „starych” i „młodych” filozofów. Ci pierwsi nie mogli swobodnie się bronić. Frapujące jest pytanie, jak mocno ci młodsi zauważali kontekst toczonej dyskusji oraz kiedy, czy i w jakim przypadku doszło do opamiętania. Zmiana postaw większości młodych jest, oczywiście, zauważalna, ale dopiero po latach.

I w tej właśnie sytuacji postawa Dąmbskiej wyróżnia się szczególnie. Filozofka nie angażowała się w politykę, wielokrotnie przypominała twierdzenia Twardowskiego, że uniwersytet musi być pod każdym względem od polityki niezależny. Jednocześnie potrafiła, chyba w sposób najbardziej bezkompromisowy spośród naukowców, kategorycznie bronić swojego mistrza. Podobnie wspierała innych filozofów. O ataku jednego z „młodych gniewnych”, Bronisława Baczki, na Tadeusza Kotarbińskiego pisała następująco: „Pan Baczko. Pamiętam go ze swoich ćwiczeń w Warszawie. Mam jeszcze u siebie dwa jego nieodebrane wypracowania. Jakim tonem ten nowy kapłan nowej wiary poucza Pana Profesora. I to ubolewanie na końcu, nie bez łaskawego wskazywania drogi zbawienia, że się Pan Profesor jeszcze nie nawrócił”. Autorzy książki ciekawie obrazują dylemat i odmienność postaw: o ile Kotarbiński przez zdecydowaną większość czasu w PRL szukał jakiejś formy porozumienia z władzami, o tyle Dąmbska nie była zainteresowana taką opcją.

Coś w tym życiorysie Izydory Dąmbskiej nam umyka

Nie ma co ukrywać, Kotarbiński i Tatarkiewicz, niezależnie od aktualnych politycznych postaw i bieżących problemów, zdominowali polską filozofię, czego najlepszym dowodem jest ich pozycja międzynarodowa. Można odnieść wrażenie, że tak jest również w przedmiotowej biografii, w której stanowią niezwykle ważny punkt odniesienia dla Dąmbskiej, a gdy się pojawiają, po prostu „kradną show”. Wydaje się, że historia tych dwóch tytanów nauki, w zbliżonym wieku, funkcjonujących w nieodległych tematycznie obszarach, wciąż czeka na pasjonującą, osobną opowieść. Materiałów źródłowych jest aż nadto, w tym niezwykle ciekawe dzienniki i wspomnienia Tatarkiewicza. Obrazują one m.in. to, że naukowiec już na emeryturze prowadził niezwykłą aktywność międzynarodową, zawstydzającą pod względem skali i rangi większość współczesnych polskich badaczy.

Szalenie ciekawie w kontekście relacji dwóch mistrzów filozofii wygląda korespondencja Dąmbskiej z oboma naukowcami, przybierająca, w zależności od momentu, zróżnicowane formy i tony (co ciekawe, to takie ludzkie, w jednym z listów Kotarbiński wbija szpileczki Tatarkiewiczowi, delikatnie pokpiwając z jego ego). W biografii są one obficie cytowane, część z nich doczekała się również osobnych wydań.

Czytaj więcej

Jak powstał i upadł Klub Krzywego Koła, jedno z centrów polskiej odwilży

Natomiast w tym ogromie zdarzeń i postaci czasem rola Dąmbskiej jakoś umyka. Oczywiście, pamiętamy o jej niezłomności i sile charakteru. Czytamy o jej niezliczonych problemach z zatrudnieniem, o toczonych ideowych sporach, warunkach funkcjonowania. Ale może przydatne byłoby jeszcze bardziej precyzyjne wyjaśnienie czytelnikom, na czym polegał jej realny dorobek i wkład.

Na kartach biografii znajdziemy drobną sugestię, że czynnikiem spowalniającym jej rozwój, przynajmniej przed habilitacją, mogła być płeć. Potem, oczywiście, Dąmbska funkcjonowała w takich warunkach politycznych, które bardzo utrudniały rozwój naukowy. Może dlatego, przez znajdowanie się w różnych, niekorzystnych historycznych układach, jej postać i dorobek pozostają mimo wszystko trochę zapomniane i niedoceniane. Tym bardziej pozytywnie należy ocenić wszelkie inicjatywy związane z przypominaniem tej postaci. Izydora Dąmbska niewątpliwie na to zasługuje.

Maciej J. Nowak – profesor Zachodniopomorskiego Uniwersytetu Technologicznego w Szczecinie. Prezes Stowarzyszenia Szczecińskich Naukowców SATU