Obserwacja historii nauki pozwala znacznie lepiej zrozumieć, wręcz uchwycić pewne procesy dotyczące jej współczesnej kondycji. Nic się nie dzieje bez powodów: dzisiejsze problemy i bariery w dużym stopniu wynikają z dawnych zawiłości. Dlatego tak ważna jest pamięć o dziejach nauki polskiej, również tych z czasów PRL.
Można zaryzykować tezę, że w tamtym okresie jedną z kluczowych ról odgrywali filozofowie. W ich losach mamy właściwie wszystko: wybitnych (nie tylko w skali polskiej) badaczy, jak Władysław Tatarkiewicz, Tadeusz Kotarbiński czy Leszek Kołakowski, toczone przez nich spory ideowe, dylematy, przed którymi stawali, a do tego prozę życia związaną z zatrudnieniem, publikacjami czy typowo środowiskowymi, ambicjonalnymi kłótniami. Wszystkie te elementy, na różne sposoby pomieszane, dają niezwykły materiał obserwacyjny. Potwierdza to biografia prof. Izydory Dąmbskiej autorstwa Radosława Kuliniaka, Mariusza Pandury i Łukasza Ratajczaka. Drugi tom biografii został poświęcony losom badaczki w czasach PRL.
Izydora Dąmbska uważała, że uniwersytet powinien być wolny od polityki
Dąmbska to uczennica słynnego prof. Kazimierza Twardowskiego, wiodąca reprezentantka szkoły lwowsko-warszawskiej. Po wojnie pracowała jako kustosz w Bibliotece Miejskiej w Gdańsku, nie zawieszając jednak aktywności naukowej. Habilitację uzyskała w 1946 r. Była powiązana z różnymi uczelniami: wykładała na Uniwersytecie Warszawskim, potem była zatrudniona na Uniwersytecie Jagiellońskim i na koniec – w Polskiej Akademii Nauk.
Czytaj więcej
Parę tygodni temu pożegnaliśmy Andrzeja Wielowieyskiego (1927–2026) – polskiego prawnika, publicystę, polityka, żołnierza Armii Krajowej i działacz...
Zapewne kluczowym problemem, którego doświadczyła (co świetnie pokazuje biografia) było usilne zwalczanie przez komunistów dorobku jej mistrza. Szczególnie grupa młodszych filozofów powiązanych z władzą, pod kierunkiem Adama Schaffa, zaczęła bardzo agresywnie kontestować dorobek Twardowskiego. Zgodnie z aktualnymi oczekiwaniami władzy, filozofia miała bowiem prowadzić do ukształtowania konkretnej ideowej postawy. Chodziło więc o podważenie kluczowego nurtu myślowego, który do takich wniosków nie kierował. Uderzając w Twardowskiego, uderzano w jego wciąż funkcjonujących uczniów, ale również osoby luźniej z nim powiązane, reprezentujące jednak pewną niezależność.
Przykładów ataków było dużo. Warto zapamiętać te najbardziej znane na Kotarbińskiego i Tatarkiewicza. Jest to jedna z ciemniejszych kart w polskiej nauce, plamiąca również tak szanowane później postaci jak Leszek Kołakowski czy Henryk Holland (osoby na różne sposoby uczestniczące we wspomnianej nagonce). Trudno jednoznacznie powiedzieć, ile w tych atakach było politycznego, młodzieńczego zacietrzewienia, ile lekkoduchostwa, oderwania od współczesnych realiów.
O ile obrazoburcze „burzenie pomników” przez kolejne pokolenia stanowi rzecz raczej naturalną, o tyle ataki na dorobek Twardowskiego, Tatarkiewicza czy Kotarbińskiego działy się w konkretnym kontekście. Za stroną atakującą stał cały aparat państwowy. Trochę ten kontekst obrazuje anegdota dotycząca innej sytuacji: polemiki prasowej toczonej między Stefanem Kisielewskim a Pawłem Hertzem. Gdy Kisiel długo nie odpowiadał, reprezentujący wówczas poglądy komunistyczne Hertz zaczął pokpiwać, że najwyraźniej jego adwersarz nie ma już argumentów. Do pewnej refleksji doprowadziła dopiero prywatna odpowiedź Kisiela, w której felietonista „Tygodnika Powszechnego” dał znać, że odpisałby tak, żeby adwersarzowi w pięty poszło, ale… nie pozwala na to cenzura. Dopiero to skłoniło Hertza do pewnej refleksji.
Czytaj więcej
Rozliczenie przeszłości miał zamknąć jeden akt prawny. Jednak naprawianie skutków niedoskonałych przepisów trwa i kosztuje miliardy.
Dokładnie na tych samych zasadach wyglądała polemika „starych” i „młodych” filozofów. Ci pierwsi nie mogli swobodnie się bronić. Frapujące jest pytanie, jak mocno ci młodsi zauważali kontekst toczonej dyskusji oraz kiedy, czy i w jakim przypadku doszło do opamiętania. Zmiana postaw większości młodych jest, oczywiście, zauważalna, ale dopiero po latach.
I w tej właśnie sytuacji postawa Dąmbskiej wyróżnia się szczególnie. Filozofka nie angażowała się w politykę, wielokrotnie przypominała twierdzenia Twardowskiego, że uniwersytet musi być pod każdym względem od polityki niezależny. Jednocześnie potrafiła, chyba w sposób najbardziej bezkompromisowy spośród naukowców, kategorycznie bronić swojego mistrza. Podobnie wspierała innych filozofów. O ataku jednego z „młodych gniewnych”, Bronisława Baczki, na Tadeusza Kotarbińskiego pisała następująco: „Pan Baczko. Pamiętam go ze swoich ćwiczeń w Warszawie. Mam jeszcze u siebie dwa jego nieodebrane wypracowania. Jakim tonem ten nowy kapłan nowej wiary poucza Pana Profesora. I to ubolewanie na końcu, nie bez łaskawego wskazywania drogi zbawienia, że się Pan Profesor jeszcze nie nawrócił”. Autorzy książki ciekawie obrazują dylemat i odmienność postaw: o ile Kotarbiński przez zdecydowaną większość czasu w PRL szukał jakiejś formy porozumienia z władzami, o tyle Dąmbska nie była zainteresowana taką opcją.
Coś w tym życiorysie Izydory Dąmbskiej nam umyka
Nie ma co ukrywać, Kotarbiński i Tatarkiewicz, niezależnie od aktualnych politycznych postaw i bieżących problemów, zdominowali polską filozofię, czego najlepszym dowodem jest ich pozycja międzynarodowa. Można odnieść wrażenie, że tak jest również w przedmiotowej biografii, w której stanowią niezwykle ważny punkt odniesienia dla Dąmbskiej, a gdy się pojawiają, po prostu „kradną show”. Wydaje się, że historia tych dwóch tytanów nauki, w zbliżonym wieku, funkcjonujących w nieodległych tematycznie obszarach, wciąż czeka na pasjonującą, osobną opowieść. Materiałów źródłowych jest aż nadto, w tym niezwykle ciekawe dzienniki i wspomnienia Tatarkiewicza. Obrazują one m.in. to, że naukowiec już na emeryturze prowadził niezwykłą aktywność międzynarodową, zawstydzającą pod względem skali i rangi większość współczesnych polskich badaczy.
Szalenie ciekawie w kontekście relacji dwóch mistrzów filozofii wygląda korespondencja Dąmbskiej z oboma naukowcami, przybierająca, w zależności od momentu, zróżnicowane formy i tony (co ciekawe, to takie ludzkie, w jednym z listów Kotarbiński wbija szpileczki Tatarkiewiczowi, delikatnie pokpiwając z jego ego). W biografii są one obficie cytowane, część z nich doczekała się również osobnych wydań.
Czytaj więcej
Powstał w czasie politycznej odwilży i szybko stał się jednym z ważniejszych miejsc niezależnej debaty w PRL. W Klubie Krzywego Koła spotykali się...
Natomiast w tym ogromie zdarzeń i postaci czasem rola Dąmbskiej jakoś umyka. Oczywiście, pamiętamy o jej niezłomności i sile charakteru. Czytamy o jej niezliczonych problemach z zatrudnieniem, o toczonych ideowych sporach, warunkach funkcjonowania. Ale może przydatne byłoby jeszcze bardziej precyzyjne wyjaśnienie czytelnikom, na czym polegał jej realny dorobek i wkład.
Na kartach biografii znajdziemy drobną sugestię, że czynnikiem spowalniającym jej rozwój, przynajmniej przed habilitacją, mogła być płeć. Potem, oczywiście, Dąmbska funkcjonowała w takich warunkach politycznych, które bardzo utrudniały rozwój naukowy. Może dlatego, przez znajdowanie się w różnych, niekorzystnych historycznych układach, jej postać i dorobek pozostają mimo wszystko trochę zapomniane i niedoceniane. Tym bardziej pozytywnie należy ocenić wszelkie inicjatywy związane z przypominaniem tej postaci. Izydora Dąmbska niewątpliwie na to zasługuje.
Maciej J. Nowak – profesor Zachodniopomorskiego Uniwersytetu Technologicznego w Szczecinie. Prezes Stowarzyszenia Szczecińskich Naukowców SATU