Nigdy może nie powstałaby Komische Oper, gdyby nie sowiecki generał w okupowanym Berlinie i przede wszystkim Austriak Walter Felsenstein, który zainfekował opartą na śpiewie sztukę operową wirusem prawdziwego teatru. Przed nim, co prawda, inni starali się tego dokonać, ale to jego spektakle sprawiły, że terminu „opera” zaczęto używać wymiennie z innym – „teatr muzyczny”.
Kiedy Komische Oper przyjechała w 1969 r. na występy do Warszawy, guru powojennej krytyki teatralnej w Polsce, Konstanty Puzyna swoją recenzję z przedstawień berlińskiego zespołu zatytułował wówczas „Teatr nie z tej ziemi”. I napisał, że to najświetniejszy na świecie teatr muzyczny, w którym „każdy szczegół działa z precyzją zegarka. W polskim bałaganie, w ciągłej improwizacji, teatr Felsensteina jest po prostu nieosiągalny, to zjawisko niedzisiejsze, nierealne, niemożliwe”.