Komu Polak kibicuje w Afryce? – spytał Marokańczyk sprawdzający kod QR mojego biletu przed stadionem w Agadirze. I to jest trudne pytanie, może zahaczać o drażliwe kwestie – część drużyn, które występują w odbywającym się w Maroku Pucharze Narodów Afryki, to czarnoskórzy Afrykanie, część to zazwyczaj jaśniejsi Arabowie. Grają kraje muzułmańskie i w większości zamieszkiwane przez chrześcijan.
W ostatnią niedzielę 2025 r. Gabon grał z Mozambikiem. To faza grupowa Pucharu. Stadion w Agadirze, gdzie do tego doszło, ma – z zewnątrz – brutalistyczny urok, a w nazwie słowo „Wielki”, co brutalnie podkreślało pustki na trybunach. Pustki zadziwiające, bo w innych meczach Pucharu, które wieczorami oglądam na ekranie telewizora w osiedlowej kawiarni z Marokańczykami, zazwyczaj jest komplet. W mojej osiedlowej kawiarni Marokańczycy raczej nie kibicują innym Arabom, w meczu Nigeria–Tunezja wybuchami radości reagowali na bramki strzelane przez Nigeryjczyków, wspierali też RPA walczącą z Egiptem. A co z Polakiem? Czy Polak ma z zasady kibicować chrześcijanom z subsaharyjskiej Afryki, a nie muzułmanom z arabskiej Afryki Północnej? Mnie, przyznam, radość sprawiło zwycięstwo Egiptu nad RPA, a to odwrotność tej zasady. Poza kunsztem piłkarskim zadecydowała polityka: RPA jest ostentacyjnie bliska Rosji, bryluje z nią i Chinami w antyzachodniej grupie BRICS. Choć i Egipt nie jest antyrosyjski, ale na Globalnym Południu zwykła nieantyrosyjskość to i tak nie jest złe rozwiązanie na tle ostentacyjnej prorosyjskości. Jedno jest jasne – w Afryce odpada kibicowanie takim pupilom Putina jak Burkina Faso czy Mali.