W kolonii Wierzbiczno na Wołyniu, gdzie w 1940 r. przyszedłem na świat jako ostatnie z sześciorga dzieci, mieszkaliśmy pięknie i bogato na 26 hektarach. Jak opowiadały siostry, naszą drogą przez 200 metrów prowadził szpaler drzew wiśniowych i czereśniowych. Gdy kwitły, ludzie z miasta się zjeżdżali, by tędy spacerować. Jak dochodzili do domu, ojciec zapraszał, bo „kto przekroczył Wernika próg, tego zesłał Bóg”. Dawał też polskim i ukraińskim biedakom, co na przednówku chodzili po proszonym. Matka przestrzegała, by nie rozdawał tak hojnie, a on na to, że jak nam zabraknie, to Bóg się już o nas zatroszczy. Dawał też sowicie na budowę kościoła w okolicznej wiosce, mawiając, że Zasmyki bez kościoła to jak zorza bez poranka.