Nie chodzi wcale o to, że chłopiec wymienił akurat Jarosława Kaczyńskiego, bo gdyby zamiast lidera PiS wymienił Donalda Tuska, Adriana Zandberga, Janusza Kowalskiego czy jakiegokolwiek innego polityka, sytuacja byłaby równie dramatyczna. Żenująca jest bowiem nie tyle odpowiedź, ile pytanie księdza, a także jego komentarze do odpowiedzi innych dzieci. Kościół nie wskazuje, kto pójdzie do piekła, nigdy w swojej historii nie skazał nikogo na piekielny ogień, o nikim nie powiedział, że się tam znajduje. Owszem, ostrzega, jakie postępowanie może nas do niego zaprowadzić, ale nigdy nie oznajmia, że ktoś tam na pewno pójdzie.

Czytaj więcej

Tomasz P. Terlikowski: Co boli w „Bielmie”

Ksiądz zaś nie odczuwał niestosowności, gdy oznajmiał, że złodzieje, którzy się nie nawrócili, zostaną potępieni na wieki, rozwodnikom dał trochę forów, bo przekonywał, że jak będą chodzić do kościoła, to może do piekła nie trafią, a dalej dopytywał, kto może dostąpić zbawienia. Odpowiedź na tak postawione pytanie jest zaś dość oczywista, przynajmniej z perspektywy nauczania Kościoła. Otóż nikt nie może się zbawić, bo zbawienie jest darem ofiarowanym człowiekowi przez Boga w Jezusie Chrystusie. Jesteśmy zbawiani, a nie się zbawiamy. To elementarz teologii katolickiej. Opowieści zaś o tym, kto będzie potępiony, to zwulgaryzowany pelagianizm.

Jeszcze smutniejsze jest w tej „rozmowie”, „dialogowanej homilii”, zupełnie co innego. Nie tylko w tamtej parafii dzieją się takie rzeczy. W wielu świątyniach w Polsce odprawiane są msze dla dzieci (poprawnie rzecz ujmując, z udziałem dzieci), w czasie których odstawia się tego rodzaju szopki. Ksiądz występuje z pacynką, mówi różnymi głosami, albo zadaje serię pytań, które niczego do kazania nie wnoszą, za to są okazją do wysłuchania odpowiedzi, które rozbawiają publikę. Niekiedy nawołuje się też do głośnego śpiewania, do liturgicznej gimnastyki (wstawania, klaskania, wznoszenia rąk w rytm przyśpiewek), co z liturgią katolicką wiele wspólnego nie ma.

 Otóż nikt nie może się zbawić, bo zbawienie jest darem ofiarowanym człowiekowi przez Boga w Jezusie Chrystusie. Jesteśmy zbawiani, a nie się zbawiamy. To elementarz teologii katolickiej. Opowieści zaś o tym, kto będzie potępiony, to zwulgaryzowany pelagianizm.

Jaki jest cel? Żeby było fajnie, ale fajnie nie jest, bo efekt jest taki, że choć Kościół otrzymuje na niespełna rok (uczestnikami tych mszy są często dzieci pierwszokomunijne) rodziców, którzy muszą je przyprowadzić, to nie wykorzystuje szansy, by przez ten czas spróbować ich zewangelizować. Opowiedzieć im o tym, kim jest Jezus Chrystus, dlaczego wierzymy w Jego zmartwychwstanie, jakie są źródła naszej wiary czy wreszcie prawdy o Eucharystii czy innych sakramentach. Trzeba też wówczas przekazywać Kerygmat, absolutnie podstawową prawdę o tym, kto przynosi zbawienie, i dlaczego jest ono darmowe. To czas dany rodzicom, bo to właśnie oni będą wychowywać religijnie swoje dzieci. Jeśli uda się dotrzeć do choćby jednego z nich (a tego rodzaju „twórczością” raczej się nie uda), jeśli choć jedno z nich zada sobie pytanie o sens swojego życia, to jest o wiele bardziej prawdopodobne, że jej/jego dziecko lub dzieci będą miały religijne podstawy, niż że staną się gorliwymi katolikami po uczestnictwie w homiliach dialogowanych.

Czytaj więcej

Tomasz P. Terlikowski: Plemienność zabija wspólnotę

Z perspektywy wiary te ostatnie są stratą czasu, zmarnowaną okazją do przekazywania wiary, a do tego promują religijność infantylną, pozbawioną głębi i umiejętności udzielania odpowiedzi na wyzwania, jakie stawia przed ludźmi życie. Jeśli taką właśnie strawę otrzymują rodzice, którzy przyprowadzają swoje dzieci do kościoła, to nie dziwmy się potem, że ludzie z Kościoła odchodzą, bo nie znajdują w Nim niczego, co byłoby głęboką mądrością czy ukazaniem drogi życia. Kościół tę mądrość posiada, ale jakby nie chciał się nią dzielić.