Podczas jednej z dyskusji mój kolega, nieco zirytowany, zwrócił uwagę, że nie lubi, jak o sprawach aborcji wypowiadają się mężczyźni. To dość rozpowszechnione stanowisko, które dla wielu osób brzmi bardzo sensownie i neutralnie etycznie. Ale w istocie jest zupełnie inaczej. Bowiem takie stwierdzenie jest bardzo silnym stanowiskiem etycznym, niewiele różniące się od stanowisko zwolennika tezy o tym, że aborcja powinna zostać zakazana. Dlaczego? Bo stwierdzenie, że o aborcji mogą wypowiadać się wyłącznie kobiety, zawiera twarde rozstrzygnięcie, że to prywatna sprawa kobiety, że to wyłącznie kwestia jej ciała. To stanowisko zawiera więc rozstrzygnięcie dotyczące ontologicznego statusu płodu – jeśli uznajemy, że decyzja należy wyłącznie do kobiety, to rozstrzygamy, że płód nie jest dzieckiem, nie jest człowiekiem. Bo przecież prawo nie pozwala matce dwulatka zakończyć jego życia. Stwierdzenie, że tylko kobieta ma prawo decydować, oznacza też przyjęcie założenia, że to wyłącznie jej prywatna sprawa, choć do tego, by pojawiła się ciąża – poza przypadkami rażącego naruszenia prawa – potrzebne jest dobrowolne podjęcie działań przez kobietę i mężczyznę.

Czytaj więcej

Michał Szułdrzyński: Nienawiść i pojednanie

Ale takich ukrytych rozstrzygnięć moralnych, udających obiektywizm, jest więcej. Większość liberalnych komentatorów na Zachodzie jest więc zgodna, że podważenie wyroku Roe vs Wade oznaczać będzie upolitycznienie Sądu Najwyższego, podważenie jego autorytetu, wykorzystanie go do bieżącej wojny kulturowej w USA. Znów na pierwszy rzut oka brzmi to całkiem neutralnie. Ale przecież tak samo polityczne jest podjęcie uchwały o tym, że prawo do aborcji wynika z praw obywatelskich i swobód gwarantowanych przez amerykańską konstytucję, jak i przyjęcie uchwały przeciwnej. Jeśli w Sądzie Najwyższym przez lata istniała liberalna większość, która nie podważała rozstrzygnięcia z 1973 roku, było to tak samo polityczne, jak i to, że teraz ta większość się zmieniła, bo prezydent Donald Trump mianował trzech sędziów, a w kampanii wyborczej ogłosił, że głównym kryterium doboru kandydatów będzie ich sprzeciw wobec aborcji. W efekcie w Sądzie Najwyższym jest sześciu sędziów nominowanych przez konserwatywnych prezydentów (obu Bushów i Trumpa) i trzech przez liberalnych (Clintona i Obamę).

Jeśli w Sądzie Najwyższym przez lata istniała liberalna większość, która nie podważała rozstrzygnięcia z 1973 roku, było to tak samo polityczne, jak i to, że teraz ta większość się zmieniła, bo prezydent Donald Trump mianował trzech sędziów, a w kampanii wyborczej ogłosił, że głównym kryterium doboru kandydatów będzie ich sprzeciw wobec aborcji. 

Podobną nierównowagę dotyczącą tej sprawy, można znaleźć choćby w dużej części mediów. Choć aborcja to temat, który od wielu lat dzieli amerykańskie społeczeństwo, przez ostatnie tygodnie pojawiło się mnóstwo informacji o masowych protestach przeciwników zmiany orzeczenia Roe vs Wade. Bardzo ciężko jest w serwisach znaleźć zdjęcie z pikiet popierających nowy kierunek prac Sądu Najwyższego.

Możliwą decyzję amerykańskiego sądu traktuje się jako uderzającą w demokratyczne zasady. Jakieś ciało, które nie pochodzi z demokratycznego wyboru, podejmuje ważną decyzję dotyczącą praw konstytucyjnych. Owszem, lecz proces, który doprowadził do obecnej sytuacji prawnej, był równie niedemokratyczny. Aborcję zalegalizowali swą decyzją ówcześni sędziowie Sądu Najwyższego, choć w kilkunastu stanach obowiązywały demokratycznie przyjęte przepisy ograniczające przerywanie ciąży. Skądinąd kilkanaście dni temu amerykański Senat próbował przegłosować ustawę legalizującą aborcję w całych Stanach, by ubiec sąd. Projekt jednak przepadł, prócz republikanów sprzeciwił mu się demokratyczny senator z Wirginii Zachodniej. Choć wiceprezydent Kamala Harris skrytykowała senatorów za to, że nie odzwierciedlają zdania Amerykanów w tej sprawie, to jednak ktoś ich do Senatu wybrał.

Czytaj więcej

Michał Szułdrzyński: Do zobaczenia w wolnej Ukrainie

O swoich sprawach niech decydują Amerykanie i nie potrzebują tu mojej rady. Warto jednak zwrócić uwagę na to, że nie tylko Polacy są ciemni i nieoświeceni, dyskutując o aborcji. A ponadto, jeśli już używamy słowa „dyskusja", warto pokazać, że jest ona w pewnym stopniu ustawiona przez zwolenników obecnego status quo. Bez względu na to, kto ma tu rację.