Czy to konflikt między wizerunkiem „fajnego księdza" a skutecznością menedżera, dla którego liczyła się przede wszystkim efektywność jego firmy? A może jeszcze prościej, zwyczajna hipokryzja, pozwalająca „mówić jedno, a robić drugie"? Najciekawsze, a jednocześnie najsmutniejsze w tej historii jest to, że między obrazami przedstawionymi z jednej strony na zdjęciach, a z drugiej w tekście opublikowanym przez Onet napięcia nie ma prawie w ogóle. Oba mieszczą się w jednej logice. Logice altruizmu. Może tylko, dla ścisłości, zamiast „Lubię ludzi" ksiądz Stryczek powinien sobie wydrukować na polarze hasło „Lubię ludzkość".

Altruizm jest ideowym i językowym potworkiem (słowo pochodzi jednocześnie z łaciny, francuskiego i greki) poczętym w umyśle francuskiego filozofa Augusta Comte'a. Zgodnie z pomysłem twórcy „religii ludzkości" altruizm miał zastąpić miłość w jej dotychczasowym sensie: jako uczucie i postawę wobec konkretnej, bliskiej nam osoby. Comte chciał, żebyśmy zaczęli kochać ludzkość jako całość. Przedmiotem tej miłości jest zawsze nieokreślone indywiduum, które mamy darzyć uczuciem tylko dlatego, że jest nam obce.

Comte'owi, który nie ukrywał, że jego koncepcje mają na „rynku idei" konkurować z chrześcijaństwem, chodziło przede wszystkim o wyparcie, zastąpienie altruizmem chrześcijańskiej miłości bliźniego. Jest ona tak konkretna jak to tylko możliwe, skoro jej definicja zawiera się w formule: „Kochać bliźniego swego jak siebie samego". Kluczowa jest jej druga część. Reguła „jak siebie samego" sprawia, że bez wyrzutów sumienia możesz wyjść z pracy o 16, choćby nie wiem jak szlachetne było to, czym się w niej zajmujesz, i przez resztę dnia dbać o siebie samego czy swoją rodzinę. Idea, która każe nam dokonywać samospalenia (czy może raczej „samowypalenia"), nie ma nic wspólnego z chrześcijaństwem, jest zabobonem. Nie zmieni tego fakt, że zabobon ten ukrywa się w motywacyjno-korporacyjnej nowomowie: „wykraczaniu ze swojej strefy komfortu", „poświęcaniu się dla większej sprawy".

Altruizm wywraca logikę miłości bliźniego do góry nogami. Tworzy wizję świata, w której z jednej strony istnieje idea, ludzkość, której trzeba służyć i z drugiej my – niegodni szafarze wielkiej sprawy. Tyle jesteśmy warci, ile możemy zrobić dla realizacji idei. Idee bywają różne (na altruizm choruje ogromna część polskiego „trzeciego sektora"), logika jest niezmienna. A ci, którzy się jej poddają, stają się łatwym łupem dla charyzmatycznych liderów, pływających jak rekiny w pozarządowych wodach. Pozwalają się w końcu uwodzić i wykorzystywać nie im samym, ale wizji świata, w której ich życie w końcu nabiera sensu.

Nic lepiej nie pokazuje konsekwencji tej logiki lepiej niż opisana przez Schwertnera historia krakowskiej psycholog, która specjalizuje się w terapii osób pracujących w przeszłości w Wiośnie. Odchodzili ze stowarzyszenia z samooceną na poziomie Rowu Mariańskiego, przekonani, że skoro zawiedli, ich organizmy i psychiczna wytrzymałość nie pozwalały im nadal szerzyć dobra, to nie są nic warci. Pierwszym krokiem na drodze do uzdrowienia powinno być chyba w takim przypadku zdanie sobie sprawy z tego, że żyło się przez lata w kłamstwie. Kłamstwie altruizmu.

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:
prenumerata.rp.pl/plusminus
tel. 800 12 01 95