[b]Rz: Wszystko przez „Iliadę”?[/b]

Wszystko przez łacinę i grekę.

[b]Łacina była wywrotowa?[/b]

Nie, ale dzięki temu, że na drugim roku, oprócz historii, zacząłem jako drugi kierunek studiować na KUL filologię klasyczną, dostałem mniejszy, czteroosobowy pokój. Tam przez rok mieszkałem z Bogdanem Borusewiczem, już znanym z działalności opozycyjnej, po odsiadce za Marzec 1968 roku.

[b]Mówi pan po łacinie?[/b]

Z łaciny niewiele już pamiętam, ale znam początek „Iliady” po grecku.

[b]Proszę, pan się nie krępuje…[/b]

Menin aeide thea, Peleiadeu Akhileosoulomenen, he muri Akhaiois alge etheken.

[b]Wzruszyłem się. To był pana pierwszy kontakt z Borusewiczem?[/b]

Nie, na pierwszym roku, na historii, mieszkałem w pokoju dziesięcioosobowym, w którym było bardzo trudno utrzymać porządek, a Bogdan był w komisji sprawdzającej porządek w akademiku, więc dochodziło do regularnych awantur między nami a nim.

[b]Borusewicz – higienista?[/b]

Bogdan z niesłychaną pryncypialnością tępił pokój nasz i sąsiedni, ale dostawało się głównie nam.

[wyimek]Próbowali nas straszyć, ale tak naprawdę zupełnie nie mieli pomysłu, co z nami zrobić. Podaliśmy imię i nazwisko, i nic więcej, tego nauczyliśmy się na kółku[/wyimek]

[b]Bardziej brudziliście?[/b]

Nie, do tamtego bali się wchodzić, bo chłopaki rzucali nożem w drzwi.

[b]Komunistów się nie bał, a nożowników z KUL tak.[/b]

Tamtych chłopaków w następnym roku nie przyjęli do akademika.

[b]Za to wy mieliście fory?[/b]

Nieszczególne. To, że Bogdan był w komisji, nie znaczyło, że miał dobre kontakty z kierownikiem akademika. To była niezapomniana postać. Byłem jeszcze na pierwszym roku, siedziałem w pokoju i uczyłem się greki, a Jaś Hołderny wziął gitarę i zaczął grać. Przyleciał kierownik, mówiąc, że jest msza, więc Jaś odłożył gitarę i sobie poszedł. Po nim przyszedł Krzysiek Gębura i też zaczął grać. Kierownik przybiegł, powiedział o mszy, Krzysiek instrument odłożył i wyszedł. Wtedy do pokoju wszedł Janusz Szkutnik i oczywiście zaczął grać. Kierownik wpadł i już bez słowa chciał wyrwać Januszowi tę gitarę. Janusz się wściekł i rozwalił gitarę na kierowniku.

[b]Niezłe towarzystwo – jak nie nożownicy, to naśladowcy Hendriksa.[/b]

W porównaniu z uczelniami państwowymi to było zupełnie nic, naprawdę. Powszechne było wtedy pijaństwo w akademikach państwowych uczelni, a pod tym względem u nas było bardzo grzecznie.

[b]Wróćmy do kierownika akademika…[/b]

Za kierownikiem nie przepadał także Borusewicz. Do tego stopnia, że pewnej nocy, kiedy już mieszkaliśmy razem na drugim piętrze, chciał się spuścić z okna po linie, by go nastraszyć, i mnie kazał trzymać ten sznur.

[b]Trzymał pan?[/b]

Odmówiłem; powiedziałem, że nie wytrzymam, parsknę śmiechem i puszczę linę, więc zleci na łeb z drugiego piętra.

[b]Wtedy też sprawdzał panu skarpetki?[/b]

Porządek mieliśmy idealny, bo Bogdan był bardzo zasadniczy. Na pierwszym roku często urządzaliśmy imprezki, ale Bogdan był jak Robespierre i nie tolerował pijaństwa do tego stopnia, że przez rok w pokoju z nim wypiłem jedną butelkę wina, a i to w kilka dni.

[b]To mniej niż my dziś w godzinę. Jak się zaczęła wasza wspólna działalność opozycyjna?[/b]

Poszedłem do duszpasterstwa akademickiego na spotkanie ze Stefanem Kisielewskim. Wreszcie ktoś publicznie mówił o komunizmie to, co mówiono prywatnie w moim domu! Wracałem stamtąd z gorącą głową, oszołomiony, że można w Peerelu mówić prawdę o Peerelu. Zaproponowałem Borusewiczowi, żebyśmy w ramach duszpasterstwa u dominikanów zrobili kółko samokształceniowe. Bogdan stał się szybko spiritus movens całego przedsięwzięcia.

[b]W czym się kształciliście?[/b]

W najnowszej historii Polski. Ja, na przykład, na podstawie „Nowych Dróg” i „Po prostu” przygotowałem referat o roku 1956. Oprócz tematów historycznych dyskutowaliśmy o polityce, o „Tezach o nadziei i beznadziejności” Kołakowskiego. Wszystko to działo się w roku akademickim 1974/1975, a większość ludzi z naszego kółka to byli studenci piątego roku, więc się rozjechali.

[b]I co wtedy?[/b]

Razem z Magdą Górską i Anką Żurawską zamówiliśmy mszę za robotników poległych w Grudniu ’70 i w trakcie nocnego rozwieszania klepsydr informujących o mszy nas aresztowano. Byłem przekonany, że nie wyjdę wcześniej niż za trzy lata, bo tyle dostał Borusewicz, a tymczasem wyszliśmy po 48 godzinach!

[b]Dlaczego?[/b]

Było już po konferencji KBWE i Gierek liczył się z opinią publiczną na Zachodzie, więc ograniczono represje. Na pewno pomogła nam też odmowa składania zeznań. Podaliśmy imię i nazwisko, i nic więcej – tego nauczyliśmy się na kółku.

[b]To było jeszcze przed słynnymi instrukcjami KOR, jak się zachować przy przesłuchaniach.[/b]

Stąd pamiętam zdumienie esbeka, który wyszedł z pokoju, wrócił, stanął mi na nodze, a potem wyjął pistolet i zaczął przeładowywać, zapewniając, że nie każdy wychodzi stąd żywy. Próbowano nas straszyć, ale tak naprawdę zupełnie nie mieli pomysłu, co z nami zrobić. O naszej sprawie mówiono w Wolnej Europie, żeby pokazać, że można odmówić zeznań.

[b]To dało wam przepustkę do środowisk opozycyjnych.[/b]

Nie było jeszcze zorganizowanej opozycji, KOR ani ROPCiO, za to Borusewicz miał kontakt z dawnymi komandosami. Dzięki niemu mogłem czytać różne emigracyjne wydawnictwa, a wśród nich list otwarty Kuronia i Modzelewskiego, który wprawił mnie w kompletny szok. Ja miałem dobre zdanie o paryskiej „Kulturze” i nagle przeczytałem jawnie marksistowską i antykatolicką książkę, z którą nie mogłem się zgodzić.

[b]Nie poznał pan komandosów na KUL?[/b]

Seweryn Blumsztajn kończył studia, kiedy ja byłem na pierwszym roku, i zetknęliśmy się później. Pamiętam pierwsze spotkanie z nim, kiedy utyskiwałem, że w Lublinie zdegradowano ulicę Świętego Ducha na Hanki Sawickiej, a on na to, że to była bardzo porządna działaczka, walczyła o wolność i takie tam (śmiech)…

[b]Te różnice poglądów bardzo wam przeszkadzały?[/b]

Dostrzegaliśmy je, ale prywatnie wielu z nich było świetnymi ludźmi i kompanami. Słabo znałem Adama Michnika, ale wiem, że potrafił być towarzysko uroczy. Lepiej znałem Mirka Chojeckiego czy Jacka Kuronia, którego ściągnąłem kiedyś do Lublina.

[b]Jan Lityński opowiada, że oni palili wtedy marihuanę.[/b]

My nie. Proszę pamiętać, że ja pochodziłem z rodziny chłopskiej, byłem pierwszym studentem w rodzinie, u nas takie rzeczy się nie zdarzały.

[b]Co piliście?[/b]

Wszyscy piliśmy wino, ale były między nami różnice kulturowe.

Myśmy raczej nie klęli, a lewicowcy i owszem, my byliśmy też na pewno mniej wyzwoleni obyczajowo (śmiech)…

[b]Jak został pan zawodowym opozycjonistą?[/b]

Niezauważalnie. Kiedy zakładaliśmy kółko samokształceniowe, to czułem się jak filomaci i filareci rzucający wyzwanie całemu systemowi. Naprawdę nie miałem innych wzorców niż literackie czy dziewiętnastowieczne, stąd mój wybór KUL, moje zaangażowanie.

[b]Zsyłka was nie spotkała.[/b]

Nie, a to, że nas wypuszczono po 48 godzinach, ośmieliło nie tylko nas. Władze jednak nie były konsekwentne, bo równocześnie aresztowano studenta z naszego koła Staszka Kruszyńskiego za to, że w listach do żony, brata i kolegi pisał, co myśli o komunizmie. I trwał jego proces, na który nie tylko sam chodziłem, ale i angażowałem ludzi z akademika, więc o ile na pierwszej rozprawie było dwadzieścia kilka osób, o tyle na ogłoszeniu wyroku było nas 130.

[b]Potem było zbieranie pieniędzy na KOR.[/b]

Tuż przed Radomiem rozrzucaliśmy ulotki po angielsku na młodzieżowym kongresie KBWE w Warszawie. A zanim jeszcze powstał KOR, zbieraliśmy pieniądze dla robotników z Radomia i przekazywaliśmy im je przez ojca Ludwika Wiśniewskiego. Ja w swojej wsi przeszedłem od drzwi do drzwi.

[b]Jak reagowali ludzie?[/b]

Nie było przypadku, żeby ktoś odmówił, dawali najczęściej po 100 złotych, i zebrałem niecałe 3 tysiące. To była wtedy dobra pensja. Potem, pod koniec września, powstał KOR i to było dla mnie epokowe wydarzenie.

[b]Tak trafił pan do „Dzienników” Brandysa.[/b]

Kiedy powstał Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela, pani Halina Mikołajska, żona Kazimierza Brandysa, powiedziała, że ROPCiO jest organizacją niemal o charakterze ubeckim i uderzającą w KOR, więc ja, zaangażowany w ROPCiO, poszedłem do niej i bardzo kulturalnie, ale zdecydowanie tłumaczyłem, że się myli i powinna to odwołać.

[b]Jak zareagowała wielka aktorka na wizytę studenta z Lublina?[/b]

Była bardzo zaskoczona moją reakcją, nie spodziewała się, że ktoś może mieć w tej sprawie inne zdanie.

[b]Brandys opisał was ciepło.[/b]

Bo nie byłem agresywny, tylko chciałem jej wytłumaczyć, że należy wspierać każdą inicjatywę opozycyjną, a nie z nimi walczyć. Myślę, że ona to powiedziała w emocjach, nie przemyślała tego.

[b]Później pańskie losy skrzyżowały się z Aleksandrem Hallem.[/b]

Poznałem go przez ojca Ludwika Wiśniewskiego, który, zanim trafił do Lublina, był w Gdańsku, gdzie wokół niego skupili się tacy ludzie, jak Olek Hall, Aram Rybicki, Piotr Dyk, Maciek Grzywaczewski i inni, z którymi działałem później w Ruchu Młodej Polski. Spotykaliśmy się gdzieś od początku 1976 roku. W czerwcu Andrzej Czuma przekazał nam, że Piotr Dyk, który pojechał z rodzicami do Francji, przywiezie nam powielacz od Giedroycia. No i trzeba go odebrać po czechosłowackiej stronie Tatr i przerzucić przez zieloną granicę.

[b]Padło na was.[/b]

To było we wrześniu 1976 roku. Ja z Tomkiem Lewandowskim odebraliśmy powielacz w okolicach Szczyrbskiego Plesa i ruszyliśmy w góry, bo mieliśmy go przekazać na Przełęczy pod Chłopkiem. Niestety, nastąpiło gwałtowne załamanie pogody i myślałem, że tam z Tomkiem w nocy zamarzniemy. Musieliśmy się cofnąć, a koledzy, którzy mieli to od nas odebrać, wrócili do domu. Musiałem dzwonić do Gdańska, do Halla i Dyka, i dopiero razem z nimi przenieśliśmy powielacz przez zieloną granicę. Jako niedoświadczony taternik kupiłem sobie za małe buty, które mnie strasznie uciskały, i nogi mi potwornie spuchły.

[b]Później była „Solidarność”, w którą się pan zaangażował. A jak pana internowano?[/b]

Zasnąłem przy telewizorze, a mama mówi: „Marian, wstawaj, milicja dobija się do drzwi”. „A która godzina?”. „Przed pierwszą”. „Nie mają prawa” – mówię, ale wiem, że i tak wejdą. Wziąłem więc szczoteczkę do zębów, golarkę, podręcznik do angielskiego, „Historię filozofii” i kiedy wyłamali drzwi, byłem już przygotowany.

[b]Jak Andrzej Mietkowski w latach 70., który zawsze brał ze sobą do celi Dostojewskiego. A że był grzeczny, to pozwolili mu czytać.[/b]

Zawieźli mnie do Garwolina, potem do Białej Podlaskiej. Chciałem wtedy uciec i poprosiłem, żeby się zatrzymali, bo muszę udać się za potrzebą. Ale nie dość, że zatrzymali się w szczerym polu, a nie w lesie, to jeszcze jeden z klawiszy przykuł się do mnie kajdankami. No i dowieźli mnie.

[b]Do Białej Podlaskiej?[/b]

Tam nawet nie przeprowadzono ze mną żadnych rozmów. Wiedzieli, że nic nie mówię, więc uznali, że szkoda czasu. To było dla mnie nowe doświadczenie, bo byłem co prawda wielokrotnie zatrzymywany, ale nigdy nie siedziałem dłużej niż tydzień. A tu najpierw Biała, potem Włodawa i wreszcie Załęże koło Rzeszowa.

[b]Jak was traktowano?[/b]

Formalnie obowiązywał reżim więzienny, czyli na przykład tak zwana kostka. To znaczy, że trzeba było na noc złożyć ubrania w kostkę i wystawić je razem z butami na zewnątrz. Rano pobudka i odbiór kostki, a bodajże Jurek Malinowski patrzy i mówi: „O, buty niewyczyszczone”. Klawisz z Włodawy wrzeszczy: „Zabieraj to”, a on do niego: „Nie po to wystawiałem, by odebrać niewyczyszczone”. Wściekły klawisz postanowił wrzucić je do celi, ale tamten je odrzucił na korytarz. No, farsa. Od tego czasu postanowiliśmy nie wystawiać kostki. We Włodawie zdarzyło się jeszcze coś, ale o tym nie może pan pisać…

[b]Napiszę bez nazwiska.[/b]

Jeden ze współpracowników KOR, matematyk z Podlasia, podszedł podczas spaceru do jednego z klawiszy i go najzwyczajniej w świecie obsikał. Strażnika zamurowało i nie był w stanie się ruszyć. Obserwowali to również osadzeni w pawilonie trzecim kryminaliści, którzy na ten widok zawyli z radości. Wieczorem przez radiowęzeł podano komunikat, że człowiek ten został ukarany „za zgorszenie więźniów z oddziału trzeciego”. Ale nie zawsze było tak łagodnie, pamiętam, że jeden z trzech braci Goławskich został ukarany za wyłudzenie łyżki zupy!

[b]Jak wydostał się pan z tego uroczego miejsca?[/b]

Mogłem skorzystać z oferty emigracji, co było sporą pokusą, bo więzienie jest jednak traumatycznym przeżyciem i nikt, kto nie siedział, nie potrafi zrozumieć jak ciężkim. Walczyłem ze sobą, ale w końcu, zamiast emigrować, postanowiłem uciec.

[b]Podkop?[/b]

(śmiech) Próbowałem przez szpital. Niestety, nie miałem żadnych dolegliwości, ale przypomniałem sobie, że mam żylaki, i zażyczyłem sobie, żeby mnie zoperowali. Myślałem, że uda mi się uciec przed operacją, ale w końcu zoperowali mnie w Rzeszowie. Po 22 lipca 1982 roku zwolniono większość internowanych chorych, ale mnie nie.

[b]Nadal był pan w szpitalu?[/b]

Jako że przyjmowałem gości, kolportowałem w szpitalu bibułę. Dowiedział się o tym znajomy jednej z pielęgniarek, ubek, i zrobili rewizję. Chcieli mnie zabrać prosto do więzienia, więc poszedłem na oddział okulistyczny, gdzie pracowała siostra Mariana Krzaklewskiego, późniejsza posłanka AWS Barbara Frączek. Miałem tam przygotowane ubranie, bo często w nocy wyskakiwaliśmy na miasto.

[b]Rozumiem, że na kielicha.[/b]

Również. W każdym razie na tej okulistyce założyłem cywilne ciuchy, zgoliłem wąsy, zdjąłem okulary i poszedłem prosto do klasztoru Ojców Bernardynów.

[b]Do nowicjatu?[/b]

Nie, do proboszcza (śmiech). Kazał mi założyć habit i mówił, że jakby co, to przedstawi mnie jako zakonnika z Włocławka, który jest tu na rekolekcjach.

[b]Jak tam życie klasztorne?[/b]

Udawanie szło mi słabo, bo jak był obiad, to siadałem i zaczynałem jeść, zamiast zmówić modlitwę. Kiedyś przysiadł się do mnie pewien brat i mówi, że my, bracia, powinniśmy trzymać się razem, bo ojcowie tu nami pomiatają, a on z tym walczy, więc go nawet przenieśli karnie do innego klasztoru… Ni mniej, nie więcej, tylko namawiał mnie do swoistej monachomachii.

[b]Co potem?[/b]

Ukrywałem się tam jeszcze u działaczy „Solidarności”, a potem w Warszawie, w Milanówku u państwa Drzewieckich. Aresztowali mnie w końcu w Garwolinie, zawieźli z powrotem do Załęża, ale dostałem wyrok w zawieszeniu, więc mnie puścili. I podjąłem działalność w RMP, który działał półjawnie.

[b]Dlaczego w ogóle zaczął pan spiskować?[/b]

Jak się człowiek urodził w rodzinie, w której i ojciec, i dziadek walczyli w AK, prapradziadek w powstaniu styczniowym, to się ma to we krwi.

[b]Pańska praprababka uratowała powstańca.[/b]

W ten sposób, że ścigany przez Kozaków powstaniec wpadł do domu, gdzie ona właśnie rodziła mojego pradziadka. Kozacy załomotali do drzwi, więc powstaniec buch pod łóżko, na którym praprababka leżała w tych piernatach.

[b]Z powstania styczniowego do opozycji droga daleka.[/b]

W naszym domu niechęć do komunizmu, który nękał rodzinę, była żywa i moi rodzice, chłopi, mieli poczucie degradacji społecznej i narodowej związanej z przyjściem komunistów. Dla nich PRL to nie była żadna Polska, ale najazd sowiecki, i tyle. W domu normalnie mówiono o Katyniu.

[b]Trudno mi uwierzyć, że o tym ot, tak sobie, rozmawiano.[/b]

Wychowałem się w czasach przedtelewizyjnych i wtedy na wsiach, zwłaszcza zimą, sporo opowiadano. Tak spędzano wieczory, dopiero telewizja zdezorganizowała życie towarzyskie.

[b]I dziś Marian Piłka ogląda „Taniec z gwiazdami”.[/b]

Nie (śmiech). Za późno się kończy.

[b]A tak, zapomniałem, że pan chadza spać o 21.[/b]

Ale wstaję o czwartej rano.

[b]Mimo wszystko droga z pobożnej, wiejskiej rodziny do uniwersyteckich dysydentów nie jest prosta.[/b]

Ale możliwa. Pamiętam, że Marzec 1968 roku był u nas zapamiętany jako bunt studentów przeciwko komunizmowi i wszyscy byli po stronie studentów.

[b]Borusewicz, Bartoszewski, u którego pisał pan pracę magisterską – towarzystwo dziś od pana odległe…[/b]

Pod koniec lat 70. organizowałem wspólne manifestacje z Bronkiem Komorowskim. Nie było mnie, kiedy z Andrzejem Czumą składali wieńce pod Grobem Nieznanego Żołnierza w Warszawie, bo chciałem złożyć wieńce w Lublinie.

[b]I dlatego nie sądził pana sędzia Kryże.[/b]

To prawda, za to zatrzymano mnie w Lublinie, tuż po wyjściu z kościoła.

[b]Co pan dziś robi?[/b]

Pracuję w Archiwach Państwowych.

[b]Właściwy człowiek na właściwym miejscu.[/b]

Nie, mój temperament…

[b]Myślałem raczej o poglądach, które należy archiwizować.[/b]

(śmiech) Nie sądzę, żebym był tak archaiczny, posługuję się e-mailem, Internetem…

[b]W ogóle jest pan bardzo postępowy. W końcu mieszkał pan w Waszyngtonie w dzielnicy gejowskiej.[/b]

Dzielnicy to za dużo powiedziane, powiedzmy okolicy, gdzie było dużo klubów gejowskich, sklepów i różnych przybytków, do których nie zaglądałem, więc na temat tej subkultury nie mam zbyt wiele do powiedzenia. Choć kiedyś ze swoich okien obserwowałem ogromną manifestację gejowską. Przechadzali się tuż pod moimi oknami.

[b]Skąd pomysł, by właśnie tam zamieszkać?[/b]

Kiedy upadł rząd Suchockiej, straciłem pracę w URM i pojechałem na roczne stypendium do Waszyngtonu. To organizatorzy zapewniali zakwaterowanie. Przez jakiś czas razem z Andrzejem Wojtyłą, byłym ministrem zdrowia, mieszkaliśmy w dużym apartamentowcu.

To było panopticum! (śmiech) To, że dwóch facetów mieszka ze sobą, nikogo tam oczywiście nie dziwiło, ale kiedy do Andrzeja przyjechała żona… O, takiej perwersji, żeby mieszkać z kobietą, to oni zrozumieć nie mogli (śmiech).

[b]Jak opowiadam studentom, że jest pan gawędziarzem, to nie wierzą.[/b]

I tak dobrze, że w ogóle wiedzą, kim jestem.