Ciemna karnacja, broda, błysk w oku. Piękna polszczyzna, wyraziste opinie i przykuwający tembr głosu. – W nim się cały czas coś pali – mówi jego dobra znajoma. Zawsze o coś walczy. Nie odpuszcza żadnej sprawy, do której się zabiera. Czasem się zapędza, nie szuka kompromisów. Z nikim, w żadnej sprawie. A jednocześnie jest ciepłym, radosnym człowiekiem uwielbianym przez niepełnosprawnych podopiecznych, przez rodziny kresowiaków. Kościół coraz częściej go odrzuca, potępiają politycy zajmujący się współpracą z Ukrainą. Nie pozostawia nikogo letnim. Krytykują go jednocześnie poseł PiS Paweł Kowal, „Gazeta Wyborcza” i kardynał Dziwisz. Ale dostaje setki listów od ludzi, e-maili z poparciem. Często jest zapraszany do stacji telewizyjnych. Gwarantuje dobrą oglądalność. Przykuwa uwagę. Związany przez lata z „Tygodnikiem Powszechnym” przeniósł się do „Gazety Polskiej”.

Zbigniew Fijak, dawny działacz antykomunistyczny, przyjaciel księdza:

– Tadziu jest pryncypialny, przez to taki niedzisiejszy. Robi kłopoty czasem, dawniej zresztą też je robił. Ma w sobie wschodni monumentalizm, zadziorność i powagę. Lubię go, cenię i szanuję.

Przez lata uchodził za „udeckiego księdza”, czyli sympatyka Unii Demokratycznej. Teraz pisze w swoim blogu: „Zagłosuję na Jarosława”, choć wcześniej ostro krytykował Lecha Kaczyńskiego za niechęć do upominania się o prawdę o zbrodniach ukraińskich nacjonalistów.

Kraków jest przepołowiony w swoim stosunku do niepokornego księdza. Jedni mówią o nim: „To absolutny wariat”, inni: „To wspaniały człowiek”. A są tacy, którzy te sądy wypowiadają jeden po drugim. „Wszystko, czym się zajmuje, wynika z wielkiej szlachetności i idealizmu, ale jego działania są zawsze podszyte radykalizmem” – mówi mi pewien bardzo znany krakus, który nie ukrywa swej wielkiej sympatii do księdza Tadeusza.

[srodtytul]Ormianin jesteś, dasz radę[/srodtytul]

Chce pan ze mną o tym potworze rozmawiać?! – odpowiada ze śmiechem Anna Dymna, kiedy dzwonię, by się umówić z nią na spotkanie. Godzi się chętnie, tylko się boi, czy aby nie chcę księdzu zrobić krzywdy.

Nie wiem, jakie słynna aktorka ma poglądy polityczne, ale gołym okiem widać, że musi mieć odwrotne podejście do wielu spraw niż ksiądz Tadeusz. Mimo to go uwielbia. – On zmienił moje życie – mówi w pierwszych słowach, kiedy spotykamy się w krakowskiej knajpce. Ks. Isakowicz-Zaleski zaprosił kiedyś Annę Dymną do Radwanowic, gdzie stworzył ośrodek dla osób niepełnosprawnych umysłowo. – Znalazłam się na innej planecie. Oni byli inni, brzydcy, nieforemni… Rzucili się na mnie, zaczęli ściskać, przytulać. Po chwili wydali mi się piękni. To było niezwykłe przeżycie. Doznałam szoku. Poczułam się najbardziej potrzebną osobą na świecie. Tadeusz zobaczył tę ich i moją radość i wciągnął mnie szybko w tę przestrzeń – tłumaczy.

W 2003 roku niektórzy jego podopieczni mogli stracić możliwość uczestnictwa w warsztatach terapeutycznych. A dla tych ludzi to często jedyna radość i sens życia. – Powiedział wtedy do mnie: „I co, będziemy tak patrzeć na to?! Zrób coś!”, i spojrzał na mnie wyzywająco. Jak sobie wyobraziłam, że moi niepełnosprawni przyjaciele siedzą smutni, kiwają się w beznadziei nikomu na nic niepotrzebni, to wiedziałam, że tak nie może się stać… i założyłam fundację – wspomina.

– Tadeusz umie zarażać swoją pasją. Gdy jest z niepełnosprawnymi lub o nich walczy, ma w oczach takie radosne diabliki, jakie mają młodzi chłopcy, gdy zbudują szałas albo zamek z piasku – opowiada.

Niepełnosprawnymi umysłowo zaczął zajmować się pod koniec lat 70., kiedy nikt jeszcze tego nie robił. – Ich praktycznie nie było. Oficjalnie nie istnieli. Nie było nawet formalnie duszpasterstwa, które by się nimi zajmowało. To on je stworzył w Krakowie. Pierwsze obozy dla Muminków, jak ich przyjaźnie nazywali, były bardzo biedne. Spali razem na betonowej podłodze i siennikach. To dla nas takie doświadczenie było jak „styropian” – mówi Wojciech Bonowicz, poeta i publicysta związany z „Tygodnikiem Powszechnym”, przyjaciel księdza, współautor biograficznej książki o nim „Moje życie nielegalne”.

W 1986 roku trafił do Radwanowic, gdzie stał mocno zniszczony dwór Zofii Tetelowskiej, która chciała go przekazać na jakiś dobry cel. Ten dom pokazał księdzu hrabia Stanisław Pruszyński. Postanowili go odremontować i zrobić tam dom pomocy dla niepełnosprawnych. Na łożu śmierci Pruszyński powiedział mu: „Musisz to pociągnąć”.

– No to musiałem pociągnąć – mówi. Kościół godził się na to, ale niespecjalnie mu pomagał. – Macharski powiedział mi: „Idź tam. Ormianin jesteś, musisz sam sobie dać radę” – wspomina.

[srodtytul]Król w malutkim pokoju[/srodtytul]

Powoli udało się odbudować dwór, postawić kaplicę. Dziś jest tam schronisko dla niepełnosprawnych, sale warsztatów terapii zajęciowej, świetlica terapeutyczna i integracyjna szkoła podstawowa. Pod opieką księdza znalazło się około tysiąca niepełnosprawnych umysłowo ludzi. Fundacja rozwinęła się w potężną instytucję. W całej Polsce ma 27 filii. To dzieło jego życia. Ksiądz Tadeusz jest królem tych niepełnosprawnych. Tyle że w swych włościach król zajmuje dziesięciometrowy pokoik, w którym stoi tylko łóżko i biurko.

Jan Rokita : – Mogę mówić o Tadeuszu tylko dobrze. To człowiek nadzwyczajnej skromności. Daje świadectwo kapłańskiego ubóstwa. W Radwanowicach zajmuje się moim ukochanym bratem ciotecznym, który jest niepełnosprawny umysłowo. Dał mu godne życie.

Wojciech Bonowicz: – „Solidarność” to jest pierwsze słowo, które się z nim kojarzy. Jest jak brat Albert: ma silny imperatyw, by robić coś w imieniu ludzi skrzywdzonych, odrzuconych, słabszych. Tadeusz jest człowiekiem, który tworzy wspólnotę, ale zarazem jest indywidualistą. Kiedy robiliśmy „pogodne wieczory” dla Muminków, przebierał się za Indian, ogrywał różne sceny, wygłupiał się, śmiał. Uwielbiał to. Ale lubił tez odejść na bok, odsapnąć, zostać sam ze swoimi myślami. To taki dobry, ciepły misio, pamięta o ludziach, uwielbia dzieci. Nie lubię za to oglądać go w telewizji. Tam jest zupełnie inny: usztywnia się, przemawia ostrym językiem – mówi.

Z ks. Isakowiczem-Zaleskim kłopoty mieli wszyscy i prawie zawsze. Zaczęło się, kiedy jako nastolatek i kleryk trafił do wojska. – Tam była totalna indoktrynacja. Wtedy próbowano niektórych kleryków zwerbować do współpracy z SB. Wyszedłem stamtąd jako antykomunista – wspomina.

Pod koniec lat 70. na studiach zaprzyjaźnił się z działaczami nielegalnego SKS: Różą Woźniakowską, Bronisławem Wildsteinem. Kolportował bibułę wśród kleryków.

Wojował z komuną, ale też chciał zmieniać Kościół. I to nie spotykało się z entuzjazmem hierarchów. Po 80. roku działał na rzecz reformy seminarium duchownego i za to też został skarcony przez przełożonych. Zarzucili mu, że w seminarium chce zakładać „Solidarność”. – Krzyczeli na mnie, że mam słuchać, a nie dyskutować. A ja się stawiałem – opowiada. – Byłem zszokowany tą sytuacją, bo myślałem, że będzie normalna rozmowa, że przełożeni w seminarium będą prowadzić z nami dialog – .

[srodtytul]Lity antykomunizm[/srodtytul]

W sierpniu 1982 roku prowadził grupę pielgrzymkową do Częstochowy. Szli w niej działacze podziemia. – Byliśmy jak Pierwsza Brygada – mówi z dumą. Po powrocie zrobiono rewizję w jego mieszkaniu, znaleziono bibułę. Władze kościelne były coraz bardziej poirytowane.

– Pozwolili mi skończyć studia, ale pod warunkiem, że będę mieszkał na parafii, a potem wyjadę za granicę, do Rzymu – opowiada. Wyjazd miał być awansem, o którym marzył. Ale wtedy nie chciał. Uznał, że woli zostać z robotnikami, z działaczami „Solidarności”. Obawiał się, że zostanie odcięty od tego świata, gdzie trwała walka. Złościło go bardzo, że niektórzy biskupi idą na ustępstwa wobec komuny.

Mocno zaangażował się w duszpasterstwo ludzi pracy w Mistrzejowicach wraz z legendarnym księdzem Kazimierzem Jancarzem. Powstał tam swoisty bastion podziemnej „Solidarności”. Ksiądz Tadeusz robił to na własną rękę, bez akceptacji władz kościelnych.

Piotr Mucharski, zastępca redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego”: – Pamiętam go dobrze z czasów komuny. Był człowiekiem o żelaznym charakterze. Był bardzo ostry wobec milicji. Stosował wobec nich przemoc werbalną. To był lity antykomunizm. Nie chwalił się ranami, nie sprawiał wrażenia męczennika. Dla mnie był archetypem kapłana „Solidarności”.

W 1985 roku napadnięto go w piwnicy, gdzie miał skład bibuły. Dostał gazem po oczach, poparzono go. – Zrozumiałem wtedy, że pociągnąłem diabła za ogon – mówi. – Leżałem na ziemi, byłem poparzony, myślałem, że umrę.

Kardynał Macharski przeniósł go wtedy na Wolę Justowską, na drugi koniec Krakowa. Byle dalej od wywrotowca Jancarza. Pół roku później nastąpił drugi napad. Pobili go jeszcze bardziej brutalnie. W oczy zajrzała mu śmierć.

„Nieznani sprawcy” przebrani za pracowników pogotowia ratunkowego wdarli się nocą do domu, związali i chcieli uprowadzić. – Moim zdaniem miał wtedy zginąć – twierdzi Zbigniew Fijak, ówczesny działacz opozycji. – Miał założoną pętlę katyńską – związane z tyłu ręce, sznur owinięty wokół szyi. Usta zakneblowane. Doczołgał się do mieszkania i stukał głową w drzwi domu, w którym mieszkały siostry. Zadzwoniły po milicję.

Milicja po przyjeździe w ramach rekonstrukcji wydarzeń kazała mu odegrać całą scenkę. Nakręcili to kamerą. 20 lat później ksiądz odnalazł ten film w dokumentach IPN. – Wtedy naprawdę się bałem. Ale wiedziałem, że nie mogę się temu diabłu poddać.

Widział pod domem samochody SB, wiedział, że robiono mu zdjęcia . Przyjaciele z podziemia, by poczuł się bezpieczny, postanowili mu kupić psa obronnego. Wybrał największego i najpiękniejszego. Nie wiedział pewnie, że był najdroższy, ale „Solidarność” zapłaciła. W jego małym pokoiku zajmował połowę przestrzeni. Ksiądz Tadeusz uwielbiał swojego psa. To był Grand Pierwszy. Kiedy zdechł po latach, zastąpił go Grand Drugi.

Kiedy kończyła się komuna, uznali razem z księdzem Jancarzem, że ich rola „księży na barykadach” się skończyła.

I zajął się na poważnie niepełnosprawnymi. Stworzył Fundację im. Brata Alberta. Podobnie intensywnie zajmuje się Ormianami. Od 2002 roku jest duszpasterzem Ormian, a w 2009 arcybiskup Nycz mianował go proboszczem parafii personalnej z siedzibą w Gliwicach. Jeździ często po Polsce i opiekuje się rodzinami ormiańskimi.

[srodtytul]Smutek księdza[/srodtytul]

Do niedawna byłem przekonany, że na tym skończę. Dochodziłem pięćdziesiątki i myślałem, że już mnie nic nie zdziwi. Aż 8 października 2005 r. zadzwonił do niego dziennikarz i powiedział, że odnaleziono jego akta w IPN. Nie zainteresowało go to. Do momentu, kiedy ktoś w pociągu go zapytał, jak powinno traktować się księdza, o którym wiadomo, że był współpracownikiem SB. – Zaskoczyło mnie, że ktoś zna taki przypadek. Wcześniej kilku kolegów mówiło mi coś o strasznej prawdzie, która wychodzi z teczek, ale jakoś nie rozumiałem problemu. Dopiero wtedy złożyłem wniosek o swoje akta – opowiada.

Dostał tysiące stron dokumentów i kasetę z nagraniem dawnego pobicia.

– Ten film mną wstrząsnął. Chyba bardziej niż wtedy te pobicia. Zacząłem czytać akta. Zobaczyłem, że gruba kreska to było oszustwo. Zobaczyłem, że moi znajomi – i księża, i świeccy – na mnie donosili. Byłem wstrząśnięty

– mówi.

Bardzo to przeżył, poszedł do swojego biskupa Stanisława Dziwisza. – Powiedział mi: „Napisz mi o tym”. Napisałem list i przez miesiąc nie dostałem odpowiedzi. Napisałem drugi list. W końcu dostałem odpowiedź, że „poleca mnie opiece Matki Bożej”. Ktoś powiedział mi: „Wrzuć to do pieca”. Nastąpiła cisza. Dziwisz mnie unikał – mówi.

Na spotkaniu dawnych działaczy podziemia jeden z ich, płacząc, przyznał się, że był współpracownikiem.

– Podszedłem ucałowałem go, przytuliłem. Potem powiedziałem: „Jeśli robotnik był wstanie przeprosić, przyznać się, to księża, którzy donosili, też to powinni zrobić”.

To oświadczenie wywołało lawinę. Zaczął się publiczny atak na księdza.

A on uznał, że ma misję, że sprawę relacji księży ze Służbą Bezpieczeństwa trzeba wyjaśnić do końca. Otworzył projekt badawczy, napisał książkę. Zaczęła się szarpanina, z wydawnictwem, z hierarchami. – Nagle dostaję pismo z kurii. Nogi się pode mną ugięły. Przeczytałem, że jestem oskarżycielem, niemiłosiernym inkwizytorem, że rozbijam jedność Kościoła . Zakazano mi publicznie mówić o tym. To był prezent na moje 50. urodziny – mówi smutnym głosem. Jego przyjaciele opowiadają, że nigdy nie widzieli go tak załamanego. Przeżył to niezwykle głęboko.

Bonowicz: – Dla księdza, który przeżywa głęboko swoje kapłaństwo, to jest tak, jakby wyrzekł się go ojciec. Isakowicza atakowały też niechętne lustracji media. – Ale gdyby nie dziennikarze, władze kościelne by mnie zniszczyły. Sprawa zostałaby zabetonowana. Zrozumiałem wtedy, jak ważne są media – ocenia.

[srodtytul]Ostatnia misja w pojedynkę[/srodtytul]

Wojciech Bonowicz i wielu innych przyjaciół stanęło wtedy blisko przy nim. Choć w Krakowie nie musiało być to dla nich łatwe. Dlaczego to zrobił? – Bo przypomniały mi się dawne czasy. Rozpuszczano o nim takie wieści, jakie rozpuszczali ubecy w latach 80.: że jest chory, że zwariował. To było okropne. Musiałem być przy nim – wyznaje publicysta „Tygodnika”.

W krakowskim Kościele panuje ostracyzm. Nie zaprasza się go do odprawiania mszy, do prowadzenia rekolekcji. Stał się takim gorącym kartoflem. Zaczął zadawać sobie najbardziej dramatyczne pytanie: czy nie odejść ze stanu duchownego? Ale postanowił zostać. Między innymi dlatego, że – jak sam mówi – w ciągu kilku dni dostał 3,5 tysiąca e-maili, esemesów i listów.

Miał przyjaciół i miał Radwanowice. – Tam znalazłem azyl. Kocham tych ludzi. Wie pan dlaczego? Bo są szczerzy. Oni są odarci z intelektu, ale dzięki temu nie kombinują. Są bardzo szczerzy. To bardzo wrażliwi ludzie. Jak coś mają do mnie, mówią to od razu i prosto w oczy. Nigdy za plecami. Oni są prawdziwi.

Potem zaczął kolejną batalię, która wywołuje równie wiele kontrowersji. Po ukazaniu się słynnej już książki „Księża wobec bezpieki” przestał zajmować się lustracją. Od dawna pasjonowały go kresy, także z powodu pochodzenia rodziców. Po opublikowaniu kilku felietonów na temat niewyjaśnionych do końca mordów na Polakach przez ukraińskich nacjonalistów, które zamówiła u niego „Gazeta Polska”, zaczął dostawać setki listów od ludzi, którzy nie mogli zaakceptować tego, że prawda o historii stosunków polsko-ukraińskich jest fałszowana. Że ofiary ludobójstwa nie są czczone i nikt nie chce nazywać tego po imieniu.

Isakowicz-Zaleski nie zważał na proukraiński nastrój polskich elit, na to, że niemal wszyscy u nas wspierają Juszczenkę, który chciał się uwolnić od Moskwy, ale czcił banderowców. Interesy i geopolityczne racje nie miały i nie mają dla niego znaczenia. – Bez prawdy nie da się zbudować żadnego pojednania – powtarza.

Zaczęto go zapraszać na rozmaite imprezy kresowiaków. – Zobaczyłem, ze oni są sami. Że ani prezydent, ani żadne władze się nimi nie interesują. Że nie reagują na ich prośby i postulaty.

Znów poczuł, że ma misję. Założył blog, zaczął o tym pisać, występować publicznie, wygłaszać wykłady, pisać artykuły. Ku swojemu zdziwieniu spotkał się z potępieniem polityków, także tych, do których wydawało mu się blisko. Przeżył kolejny wstrząs i coraz bardziej się radykalizuje – oceniają znajomi.

Atakuje wszystkich mających inne zdanie. Używa coraz mocniejszych słów. Działaczy mniejszości ukraińskiej oskarża o agenturalną działalność, polityków o służenie interesom obcego państwa. Sojuszników zdarza mu się robić z komunistów, a w wystąpieniach powoływać na Władimira Putina.

Paweł Kowal, eurodeputowany PiS:

- Najlepiej byłoby, gdyby w sprawach polityki wschodniej ks. Zaleski zaczął normalną dyskusję bez atakowania osób o innych poglądach. Tymczasem w jego blogu, kiedy tam ostatnio zajrzałem, można znaleźć sporo insynuacji, a mało argumentów. Trudno mi się pogodzić z taką postawą -.

Rzeczywiście, ks. Isakowicz chłoszcze słowami ludzi, z którymi się nie zgadza. O Jarosławie Gowinie i ks. Adamie Bonieckim czytamy, że to „Dyżurne autorytety moralne, a zarazem dyletanci w sprawach kresów”. O Pawle Kowalu pisze per „ów autorytet moralny”, polityk, który „sprzyja banderowcom”, „którego Juszczenko nie na darmo odznaczał swoim orderem” , i „jest nadal gotów rzucać mu się na szyję”. Związek Ukraińców w Polsce to „lobby banderowców”, „Gazeta Wyborcza – „sekta z ulicy Czerskiej”.

Jak mówi Zbigniew Fijak, o ile w sprawie lustracji w Kościele jeszcze miał gdzieś sojuszników, to w sprawie Wołynia – żadnych. Z redakcją „Tygodnika Powszechnego” jest dziś w stanie zimnej wojny. Pokłócił się z nimi o jakąś jedną publikację. Oddał Medal św. Jerzego. Piotr Mucharski: – Nie zdobędę się na żaden publiczny sąd w jego sprawie. Bo przy każdym twierdzeniu pojawia się jakieś „ale”.

W znamienitej krakowskiej redakcji można dziś znaleźć jego gorących wielbicieli, jak i tych, którzy mówią o nim w bardzo ostrych słowach. – Bo ks. Tadeusz mówi: „Tak, tak, nie, nie”. W ocenie jego działalności kresowej jestem rozdarty. Muszą być ludzie, którzy pokazują prawdę, którzy walczą o nią, a nawet ją wyostrzają. Ale jednocześnie jego radykalne działania są problemem, bo zaogniają stosunki z Ukrainą. Czasem idzie o jeden most za daleko – tłumaczy Fijak.

– Lubię rąbać prosto z mostu – przyznaje Isakowicz.

Anna Dymna: – Ksiądz Tadeusz to człowiek, który jak chce coś zrobić, to odda za to życie. Ogień się w nim pali, ma w sobie coś zadziornego. Nie kalkuluje. Kiedy wie, że trzeba coś zrobić, wie, że to służy prawdzie, czyjemuś dobru, to po prostu w to idzie. Nie myśli o skutkach. W drastyczny, odważny sposób wypowiada swoje sądy o świecie. Ale może właśnie dzięki takim ludziom świat idzie do przodu! Ja znam jego najpiękniejszą stronę, czyli to, co robi na rzecz drugiego człowieka – mówi Dymna.

Jan Rokita: – Ma absolutny wewnętrzny imperatyw poświęcania się. Całe życie składa ofiarę. W dramatyczny sposób poszukuje doskonałości w swoim życiu. A jednocześnie to dobry, ciepły, życzliwy ludziom człowiek.

Wojciech Bonowicz: – Jak widzi słuszność jakiejś sprawy, idzie naprzód. Walczy jak bokser. Wali, wali, aż drugi nie padnie. Ale gdyby taki nie był, nie zbudowałby Radwanowic. Tadeusz to taki ostatni samuraj.

Znajomy, który nie chciał wystąpić pod nazwiskiem w moim tekście: – W wielu sprawach się nie wypowiadam, by nie zostać jego wrogiem, bo łatwo jest zostać jego wrogiem. Ale dobrze, że jest ktoś taki jak Tadeusz. Święty spokój nie zawsze jest dobry.