A tobie – to do męskiej części przyjaciół – muszę wyznać, że nigdy mnie nie interesowało, dlaczego twoja partnerka spędza wieczorem więcej czasu w łazience niż rano. Nic mnie nie obchodzi, że masz psa, który staje na dwóch łapach, ani to, że sąsiad trzaska drzwiami, a już na pewno nie łączyłem się z Tobą profilami, żeby podziwiać, ile punktów nastukałaś w jakiejś durnej grze internetowej.
Jeżeli naprawdę chcesz już wiedzieć, to powiem ci, co złego wydarzyło się w naszym związku. Gdy powiedziałaś, że e-mail pozwoli nam się komunikować, kiedy wszyscy śpią albo w czasie nudnych konferencji, szczerze wierzyłem, że to naprawdę początek nowej, wspaniałej relacji. Potem przeszliśmy na esemesy i wreszcie na Facebooka, co miało nas bardziej zbliżyć.
W końcu robi to już 845 milionów ludzi na Ziemi, więc i my idźmy z nowoczesnością. Otwierajmy nowe horyzonty. I początki doprawdy były piękne. Krąg przyjaciół poszerzał się z każdym dniem. A to znajomy z podstawówki, a to kolega z siłowni w Teksasie i znajoma, która, jak się okazało, już mi wszystko wybaczyła. Zbliżyłem się z ludźmi, do których nigdy bym pewnie nie podszedł na przyjęciu, a oni pewnie nigdy nie zwróciliby na mnie uwagi. Okazało się, że mamy wspólne zainteresowania, ulubionych autorów i wreszcie jesteśmy razem. Klikamy, piszemy i czytamy.
Gdyby nie twoje rozległe facebookowe kontakty w Internecie, nigdy nie dowiedziałbym się, że nasz wspólny znajomy miał zawał, i nie przelałbym kilkudziesięciu złotych na pomoc jego rodzinie – co znacząco poprawiło moje mniemanie o sobie. I za to dziękuję. Niestety, nasze cenne f-relacje szybko zaczęły tonąć w błahostkach. Niby dzielimy wspólną tablicę, ale jakbyśmy czytali z innego ekranu.
Kiedy przypadkiem spotkaliśmy się ostatnio na balu prasowym, mówiłaś znajomym, że jesteśmy w bliskim kontakcie.
Może za bliski kontakt uważasz to, że byłem wśród 347 twoich znajomych, którzy dowiedzieli się, że wciąż mieścisz się w zeszłorocznej sukience? Ale w realu rzuciłaś mi tylko, że jesteś zawalona robotą i nie masz czasu na telefon. To nie przeszkadza ci godzinami przerzucać zdjęcia z jednego profilu na drugi.
Zarzucać mnie internetowymi krotochwilami, zdjęciem lodów na wakacjach w Egipcie czy irytującymi historiami o psich kupach.
Musisz wiedzieć, że to nie Internet nas rozdzielił. Problemem było to, co tam wypisywaliśmy. Głęboko wierzę, że można podtrzymywać całkiem fajne relacje bez ciągłego wydzwaniania do siebie, nie mówiąc o okazjonalnej wódeczce. Czasem wystarczy zwykły e-mail, tyle że złożony z pełnych zdań. Wystarcza przypomnienie czegoś, co nas kiedyś połączyło, zamiast informacji o sensacjach żołądkowych po wczorajszym burrito.
Słowo pisane potrafi łączyć, ale słowo bez wyrazu i celu potrafi dzielić nawet przyjaciół takich jak my. Kiedy przestajemy wymieniać się myślami, a jedynie przerzucamy elektroniczne zbitki słów, klisze, szablony, wtedy ze słów wyrastają mury. To, co przydarzyło się nam na Facebooku, to nie związek, to karykatura wzajemnych relacji. Tak jak swego czasu głupawe telewizyjne show były parodią ludzkich emocji – radości z wygranej, porażki po wypadnięciu z domu wielkiego brata czy udawanego zafrasowania w „Milionerach", tak teraz facebookowe relacje stały się parodią kontaktów międzyludzkich. Jesteśmy jak stare małżeństwo, w którym mąż i żona, nie mogąc się dogadać, zaczynają mówić sami do siebie. Tyle że dopadł nas w dodatku efekt skali. Kilkadziesiąt albo kilkaset osób naraz mówi do mnie jak do żony.
Nie sposób było tak dalej. Dlatego znalazłaś/eś się wśród dziesiątek znajomych, których profile usuwam dziś ze swojej listy.
To może żadna dla ciebie pociecha, ale ja ze swojej strony też obiecuję się poprawić. Pisać tylko te rzeczy, które chciałbym czytać u innych. Konstruować pełne zdania i nigdy, ale to nigdy nie publikować na twojej tablicy zdjęcia galaretki z nóżek. Jeżeli każde z nas pójdzie dalej swoją drogą i nie będzie powtarzać błędów z poprzedniego związku, to wierzę, że świat portali społecznościowych może stać się naprawdę piękny.