Sprawa szczepień, podobnie jak wprowadzonych z powodu pandemii obostrzeń, nieraz już wywoływała dyskusje, które przepisy są ważniejsze oraz ile ważą różne konstytucyjne dobra i wartości. Tak jest właśnie z prawem do prywatności oraz prawem wszystkich obywateli do bezpieczeństwa zdrowotnego. Konflikt tych dóbr jak na dłoni widać w opisywanej w „Rzeczpospolitej" sprawie dostępu pracodawców do informacji o tym, czy pracownik jest ozdrowieńcem lub przyjął szczepionkę. Pracodawcy twierdzą, że muszą to wiedzieć, by uniknąć kolejnych fal wirusa – a nie w każdej branży da się zorganizować pracę zdalną.

Bez nowelizacji przepisów się nie obejdzie, bo w obecnym stanie prawnym trudno byłoby zmusić podwładnego do ujawnienia tej informacji. Tylko czy rząd zdecyduje się na taki krok, ryzykując bunt antyszczepionkowego elektoratu? Choroba zakaźna to bowiem coś więcej niż inne schorzenie, które mamy prawo zachować w tajemnicy, bo nie stanowi ono zagrożenia dla innych. Ale czy możemy być pewni przywiązania władz do litery prawa, pamiętając, jak unikano ogłaszania stanu nadzwyczajnego, który pozwoliłby na legalne wprowadzenie pandemicznych nakazów i zakazów, które następnie uchylały sądy?

Najsmutniejsze jednak, że w Polsce nie udało się dotąd przekonać większości społeczeństwa, że szczepienia mają sens prewencyjny i że z przyjęcia dwóch lub czasem nawet jednej dawki szczepionki wynika coś dobrego. Że warto odzyskać możliwość bezpiecznego podróżowania, spotkania się z najbliższymi bez lęku o siebie i o nich. Fake newsy i wzięte z kosmosu teorie o spisku i szkodliwości szczepień nie tracą na popularności. Ludzie uważają, że skoro wszystko to eksperyment medyczny – bo pod taką postacią w Polsce i innych krajach zarejestrowano szczepionki – rodzą się więc lęki i niechęć. Ludzie, którzy poszli się zaszczepić i opisują, jak przez kilka godzin, dzień czy dwa nie czuli się najlepiej, oświadczają, że z tego powodu kolejnej dawki nie przyjmą. Nie trafia do nich argument, że choroba może trwać dłużej i przebiegać jeszcze ciężej. Ten brak logiki nie przestaje zadziwiać.

Władze zachęcają do szczepień, robiąc to dobrze. Od dłuższego czasu przyglądam się imponującej aktywności i olimpijskiemu spokojowi prowadzących twitterowe konto #Szczepimysię, którzy merytorycznie odpowiadają na każde, nawet absurdalne, pytanie i prostują nieprawdy, nikogo przy tym nie obrażając.

Dobre pomysły mają samorządy, które m.in. własnym sumptem opracowują system zachęt dla zaszczepionych. Trudno zaś powiedzieć, co miała na myśli prof. Magdalena Marczyńska z Rady Medycznej przy premierze, która w poniedziałek rano w radiu RMF FM ujawniła, że rozważane jest wprowadzenie odpłatności od usługi szczepienia przeciw koronawirusowi i może to wejść w życie nawet późną jesienią. Czy to zachęta, by zdążyć przed odpłatnością? Wątpliwa. Nawet jeśli ktoś wpadnie na pomysł, by darmową dawkę wygrać w szczepionkowej loterii.

Czytaj także:

Pracodawcy chcą wiedzieć, kto jest zaszczepiony

Informacja o szczepieniu tylko za zgodą rządu