Najpierw KSeF, teraz zmiany w PIP. Przedsiębiorcy są przez rządzących uszczęśliwieni już drugą w tym roku potężną reformą, która wykuwała się w bólach, wymagała od firm często ogromnych wydatków, a na starcie wciąż rodzi więcej obaw i pytań niż odpowiedzi.
Z tym uszczęśliwianiem oczywiście ironizuję, bo jak wiemy, nie o przychylanie nieba biznesowi chodzi. KSeF, choć w wielu przypadkach uprościł obieg faktur, ma przede wszystkim uszczelnić system podatkowy i zapewnić budżetowi państwa dodatkowe miliardy złotych, a poszerzenie kompetencji inspektorów pracy – ukrócić patologie na rynku pracy (a w efekcie także – powiedzmy to wprost – zapewnić dodatkowe wpływy z tytułu składek i podatków).
Czytaj więcej:
Można jeszcze zrezygnować z pomysłu przekształcania, w drodze decyzji, innych form zatrudnienia w umowy o pracę – przekonują członkowie i eksperci...
Pro
Nie twierdzę, że nowe narzędzia do skuteczniejszego eliminowania naruszeń prawa pracy nie są potrzebne. Ważne jednak, by były przemyślane, przepisy je wprowadzające – jasne i czytelne, a adresaci nowych norm – odpowiednio przygotowani. I tu zaczynają się kłopoty. Wdrażana ustawa to efekt zgniłego kompromisu, poprzedzonego tarciami w koalicji rządzącej, protestami organizacji przedsiębiorców zaskakiwanych kolejnymi wersjami projektów i pomrukami zniecierpliwienia płynącymi ze strony Komisji Europejskiej (za opóźnienie groziły nam kary i wstrzymanie wypłaty środków z KPO). Jej ostateczny kształt biznes poznał w marcu, miał zatem ledwie trzy miesiące na przygotowania. Nie miał za to tzw. listy samokontroli, czyli zapowiadanego przez inspekcję dokumentu ułatwiającego weryfikację stosowanym w danej organizacji umów i kontraktów. Projekt listy pokazano w grudniu zeszłego roku, po krytyce ekspertów słuch po nim zaginął.
A szkoda, bo powstającym pod presją czasu (i poszczególnych interesariuszy) regulacjom ustawowym daleko, delikatnie mówiąc, do doskonałości czy wewnętrznej spójności, nie wspominając już o zastrzeżeniach natury konstytucyjnej.
Czytaj więcej
Zdecydowana większość działających w Polsce firm uczciwie i sprawiedliwie podchodzi do swoich pracowników, zatrudnia ich zgodnie z przepisami. Tacy...
Nowe kompetencje inspektorów PIP. Które branże zostaną skontrolowane w pierwszej kolejności?
Te braki obnażą się, gdy rzesza inspektorów ruszy z kontrolami. Gdzie pójdzie? Ano właśnie. Tak jak reformy nie poprzedziły porządne badania, które uwidoczniłyby skalę unikania nawiązywania stosunku pracy, tak w przepisach nie zadbano o transparentne kryteria typowania przez PIP obszarów do weryfikacji. Gdy kilka miesięcy temu ówczesny główny inspektor pracy zasugerował w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”, że branża IT, powszechnie uważana za najbardziej nasyconą umowami B2B, nie musi się obawiać, bo „zainteresujemy się raczej »samozatrudnieniem« osób sprzątających, pracujących dla firm ochroniarskich czy w branży budowlanej”, cześć firm się ucieszyła, a część zaczęła się zastanawiać – jaka jest podstawa takiej deklaracji? Bo zawsze im więcej uznaniowości urzędników, tym większe pole do nadużyć.
Teraz słyszymy, że w najbliższych 12 miesiącach PIP skupi się na reagowaniu na napływające skargi od pracowników. Tyle że nie trzeba wielkiej wyobraźni, by dojść do wniosku, że skargi mogą być też świetnym narzędziem do pognębienia konkurencji, zwłaszcza gdy na lokalnym rynku działają tylko dwa podmioty z jednego sektora. Tym bardziej, że kontrole PIP nie są limitowane ani czasem trwania, ani liczbą w roku, co jest niezrozumiałym wyjątkiem od ogólnych gwarancji przewidzianych w prawie przedsiębiorców.
Zastrzeżenia wobec reformy długo można by mnożyć. Z punktu widzenia biznesu główną jej „zaletą” jest to, że nowe rozwiązania nie są tak złe i groźne, jak pierwotnie planowali rządowi legislatorzy. Ale to chyba marna pociecha.
Czytaj więcej
Inspektor zdecyduje, czy biznesowy partner stanie się pracownikiem. Taką zmianę przynoszą wchodzące w życie 8 lipca przepisy reformujące Państwową...