Zgodnie z danymi GUS, po waloryzacji świadczenia 500+ do 800 zł w 2024 r., liczba skrajnie ubogich dzieci – czyli żyjących poniżej minimum egzystencji – spadła do 364 tys. z około 522 tys. w 2023 r. W 2025 r. jednak znów wzrosła – do 435 tys., czyli o prawie 20 proc. Taki jest efekt zamrożenia wysokości świadczenia?
W latach 2022–2023 mieliśmy bardzo wysoką inflację. W tym czasie rząd nie zwiększał świadczenia wychowawczego, a to skutkowało wzrostem ubóstwa skrajnego.
Jeszcze w 2021 r. skrajnie ubogich dzieci mieliśmy około 371 tys.
Świadczenie 500+ początkowo było bardzo hojne, ale przy wysokiej inflacji jego wpływ ochronny na sytuację rodzin malał. W 2024 r. świadczenie podniesiono o 60 proc. i nastąpił spadek skali ubóstwa skrajnego wśród dzieci, w tym w rodzinach wielodzietnych.
Rząd nie waloryzuje jednak świadczenia co roku. Zamraża też świadczenia rodzinne, w tym zasiłki dla ubogich rodzin. W efekcie w 2025 r. znowu doszło do wzrostu skrajnego ubóstwa dzieci. Podejście rządów do świadczeń pieniężnych w zasadzie się więc nie zmienia – z tą różnicą, że jeden z nich wprowadził bardzo hojne świadczenie, które potem zostało rozszerzone na wszystkie dzieci. Stosunek do waloryzacji i do indeksacji pozostaje jednak ten sam, a niezmienność tego stanowiska wpływa na poziom skrajnego ubóstwa dzieci.
To niejedyny czynnik, ale chciałbym na to zwrócić szczególną uwagę: żadne z głównych świadczeń na dzieci nie jest systematycznie waloryzowane, tak jak np. emerytury, renty czy zasiłki dla bezrobotnych. W przypadku zasiłku rodzinnego, zgodnie z ustawą o świadczeniach rodzinnych, wymagana jest weryfikacja jego kwoty i progu dochodowego co trzy lata. Kolejne rządy wywiązują się z tego obowiązku w ten sposób, że od 2016 r. przeprowadzają weryfikację „zerową” – od dekady te wartości się nie zmieniły.
Czytaj więcej
Przemysław Czarnek zapowiada zmianę w programie 800 plus – więcej pieniędzy na każde kolejne dziecko. Jednocześnie przyznaje, że samymi świadczenia...
Wyliczenia np. Centrum Analiz Ekonomicznych CenEA wskazują, że generalnie większość pieniędzy ze świadczenia 800 plus trafia do wyższych decyli dochodowych. W tym sensie przy jego waloryzacji tylko relatywnie niewielka część płynie do uboższych osób. Czy widzi pan potrzebę zmiany tego świadczenia – czy powinno być ono celowane?
To dobre pytanie, ale jego ograniczenie polega na tym, że koncentruje się tylko na jednym świadczeniu. Do rachunku musimy dodać jeszcze zasiłki rodzinne, które są dla najuboższych – a w obecnych warunkach wręcz dla „superskrajnie” ubogich, bo duża część skrajnie ubogich rodzin w ogóle z nich wypada – i jest jeszcze pomoc społeczna. Razem jest to kilka filarów, które powinny być traktowane łącznie.
Żadne z głównych świadczeń na dzieci nie jest systematycznie waloryzowane, tak jak np. emerytury, renty czy zasiłki dla bezrobotnych
I co wtedy z tego wynika?
Cały czas wynika z tego, że rodziny najuboższe nie otrzymują dużo więcej niż te z górnej części rozkładu dochodów. Choć oczywiście – jako że mają niższe dochody – to relatywnie bardziej na tym korzystają. Ale gdyby myśleć w kategoriach dystrybucyjnych, to ten drugi i trzeci filar – czyli zasiłki rodzinne i pomoc społeczna – powinny być znacznie dowartościowane. Moim zdaniem najłatwiejsze byłoby radykalne – np. o 100 proc. – podniesienie zasiłków rodzinnych: progu, kwoty, dodatków do nich itd. oraz wprowadzenie waloryzacji rocznej. Według mnie rząd mógłby to zrobić bez żadnych problemów, choć zakładam, że przy oporze ministra finansów. Na pewno byłoby to mniej kosztowne niż kolejne podniesienie 800+. Można też zadziałać ambitniej.
Jak?
Choćby połączyć zasiłki rodzinne ze świadczeniem wychowawczym w jedno zintegrowane świadczenie. To była propozycja CenEA już w 2014 r. Wtedy to rozwiązanie działałoby tak, że wszyscy otrzymują 800 zł na dziecko, natomiast rodziny z niższymi dochodami jeszcze coś w rodzaju automatycznego dodatku – rosnącego wraz ze spadkiem dochodu – o który nawet nie muszą występować. Niestety rząd nie chce łączyć zasiłków rodzinnych ze świadczeniem wychowawczym w ZUS-ie, lecz zintegrować je z pomocą społeczną.
To źle?
Problem polega na tym, co stwierdzono niedawno, kiedy przyszły dane o pomocy społecznej z 2025 r.
Progi dochodowe uprawniające do świadczenia pieniężnego z pomocy społecznej w 2025 r. wzrosły po raz pierwszy od trzech lat – i to o kilkadziesiąt procent (np. z 2400 zł do 3292 zł miesięcznie dla rodziny 2+2) – ale właściwie nie urosła liczba osób, które zgłaszają się po wsparcie.
Otóż to. Z większym dostępem do pomocy mamy do czynienia tylko na papierze – otrzymujących świadczenie przybyło o 1–2 proc. Ludzie, którzy w latach 2023–2024 „odbili się” od pomocy społecznej, mimo że byli skrajnie ubodzy, nie wrócili do niej po podniesieniu kryteriów dochodowych. Pozostają w przekonaniu, że nic im się nie należy. Zmiany przełożyły się głównie na wyższe wsparcie dla osób objętych pomocą społeczną już wcześniej. Co więcej, w 2026 r. kryteria dochodowe nie wzrosły, a w 2027 r. też najprawdopodobniej nie pójdą w górę. Znów część osób będzie „wypadać” poza próg dochodowy.
To prowadzi mnie do wniosku: jeśli włączymy zasiłki rodzinne do pomocy społecznej, to duża część ubogich rodzin po prostu nie dołączy do tego systemu. W przypadku integracji ze świadczeniem wychowawczym w ZUS-ie działałby automat. Przy pomocy społecznej trzeba zaś sprawdzać dochody, przyjmować pracownika socjalnego itd. Zresztą paradoks polega na tym, że od lat 90. cały czas trwała dyskusja o tym, jak odłączyć zasiłki rodzinne od pomocy społecznej, a ostatecznie dochodzimy do tego, że rząd proponuje, żeby jednak znowu je połączyć.
Może da się coś zrobić, żeby jednak po pomoc społeczną przychodziło więcej osób?
Na początku pewna obserwacja: mowa już nie tylko o rodzinach z dziećmi. W pomocy społecznej zaczynają dominować osoby określane w sprawozdaniach jako emeryci i renciści. To nie tylko efekt demografii, ale też tego, że gdy rodzinom rosną dochody – a świadczenia z pomocy społecznej są bardzo niskie – to część po prostu z nich rezygnuje.
Żeby pomóc emerytom i rencistom, na pewno należałoby, po pierwsze, radykalnie podnieść kryteria dostępu do pomocy społecznej. Po drugie – i mówi to zarówno Unia Europejska, jak i EAPN Polska – kluczowe jest, żeby do potrzebujących w ogóle docierać. Przykładowo, Francja prowadzi reformy polegające na minimalizowaniu liczby osób, które są uprawnione do świadczeń, ale z nich nie korzystają – bo nie wiedzą, bo się wstydzą, bo kiedyś „odbili się”. Odpowiedniki ZUS-u w innych krajach przeprowadzają takie akcje, w Polsce nie. Podobnie w pomocy społecznej. Monitorowanie zjawiska niekorzystania z uprawnień dopiero teraz wpisano do projektu nowelizacji ustawy o pomocy społecznej. Czyli to zjawisko w Polsce cały czas oficjalnie nie istniało. Tymczasem na świecie już się o tym mówi, a UE zaleca nam, żebyśmy to monitorowali i z tym walczyli.
Czytaj więcej
Co czwartej osoby w Polsce nie stać na tygodniowe wakacje dla rodziny, a co piątej – na nagły wydatek 2 tys. zł. Ale tylko co 50. przyznała, że nie...
Właśnie minął rok od wprowadzenia renty wdowiej, czyli – w uproszczeniu – możliwości łączenia w odpowiedniej proporcji renty rodzinnej i emerytury zamiast wyboru jednego z tych świadczeń. Według danych ZUS-u korzysta z niej prawie milion osób. To sukces?
Można było rentę wdowią zaprojektować tak, żeby bardziej wspierała uboższe emerytki, ale moim zdaniem to dobre rozwiązanie, bo zapobiega ubóstwu osób starszych, które mają prawo do emerytury. Oczywiście jednak są tam luki, choćby taka, że jeśli kobieta nie ma prawa do emerytury i nie wychowała przynajmniej czworga dzieci [co uprawnia do minimalnej emerytury, dziś około 1980 zł brutto – red.], to pozostaje jej tylko zasiłek stały z pomocy społecznej, maksymalnie 1229 zł.
Ten system też powinien działać w sposób bardziej zintegrowany. Tak jak mówiłem o integracji w ramach ZUS-u świadczeń dla najuboższych rodzin z tymi dla wszystkich, tak samo tu. Powinniśmy mieć pewien zerowy filar emerytalny, który zapewnia wszystkim osobom starszym pewien minimalny poziom życia. Mógłby to być np. zasiłek stały, mniej „agresywny”, jeżeli chodzi o sprawdzanie dochodów. Teraz zapewne część osób starszych żyjących na niskim poziomie nie korzysta z niego ze względu na kryteria, ale też przez to, że się po niego nie zgłasza.
Można zapytać: pomagamy osobom, które mają niskie emerytury, ale co z tymi, którzy są skazani na zasiłki stałe z pomocy społecznej, a ich sytuacja materialna jest bardzo zbliżona? Pojawią się argumenty: dlaczego te osoby nie mają emerytur? W przypadku kobiet trzeba pytać, czy miała dzieci, czy pracowała, dlaczego nie pracowała? W przypadku kobiet to jest może bardziej uzasadnione moralnie, bo to zwykle one się opiekują, jak nie dziećmi, to np. rodzicami.
Czy dobrze rozumiem tę koncepcję filaru zerowego, czy coś sobie dopowiadam? Już dziś mamy instytucję emerytury minimalnej, uzależnionej od stażu składkowego (20 lat dla kobiet, 25 dla mężczyzn). Część osób tego nie „wyrobiła” z różnych przyczyn: chorób, opieki nad członkami rodziny, długoletniej pracy na umowach cywilnoprawnych nie w pełni przekładających się na staż składkowy. Czy pan postuluje uniezależnienie tego zerowego filara od stażu składkowego?
Coś w tym duchu – bo głównymi kryteriami byłyby dochody i wiek – ale też nie do końca. Obecnie system emerytalny działa tak, że mamy nie tylko minimalne emerytury, ale też niższe od minimalnych. Jeśli ktoś ma emeryturę 100 zł, to jak ma za to przeżyć? Wtedy pomoc społeczna uzupełnia mu to poprzez zasiłek stały, dostaje też trzynastki i czternastki.
Tyle że przy zasiłku stałym, który działa jako uzupełnienie do określonej kwoty, włączony jest cały mechanizm pomocy społecznej: regularne wizyty pracownika socjalnego ze skrupulatnym sprawdzaniem dochodów, gdy niewiele się zmienia itd. Mój postulat jest taki, żebyśmy zasiłek stały potraktowali mniej jako pomoc społeczną, a bardziej jako automatyczne wyrównanie do minimalnego standardu życia. Nie do minimum emerytalnego, ale niższego, bo sprawiedliwość wymaga, aby ci, co sobie je wypracowali, dostawali więcej. Można by więc różnicować te minima. Już obecnie się to dzieje, ale bez koordynacji.
To jest główna idea: nie typowa emerytura obywatelska (ta sama kwota dla wszystkich osób powyżej pewnego wieku), ale filar zerowy, który chroni osoby najuboższe – bez uprawnień emerytalnych albo ze świadczeniami niższymi niż emerytura minimalna – w określonym wieku, który mógłby być wyższy od wieku emerytalnego, np. 70 lat. I robi to w sposób bardziej zautomatyzowany niż obecnie w ramach pomocy społecznej.
Czytaj więcej
Wiele osób zauważa wyłącznie korzyści płynące z zatrudnienia na kontrakcie np. niższe daniny publiczne, w praktyce czeka ich ubóstwo emerytalne i b...
Dużo miejsca w sferze publicznej poświęcamy temu, że mamy wysoki wzrost gospodarczy, jesteśmy w gronie europejskich czy wręcz globalnych liderów w tym zakresie. Taki dyskurs – przekonanie, że jest nam średnio coraz lepiej – sprawia, że mało uwagi pozostaje dla osób, które mają w społeczeństwie gorzej niż inne.
Rozmawiamy głównie o ubóstwie pod kątem finansowym. Jednak jako EAPN Polska mówicie też państwo o rażącym niedoszacowaniu kluczowych problemów społecznych: ubóstwa transportowego, żywnościowego czy realnej skali bezdomności w Polsce. Wymienia się też ubóstwo energetyczne, menstruacyjne czy opiekuńcze, czyli dotyczące braku wsparcia w codziennym funkcjonowaniu np. osób w podeszłym wieku.
Z jednej strony przyjmuję takie upowszechnienie myślenia w kategoriach ubóstwa z zadowoleniem, z drugiej – z pewnym niepokojem. Wtedy bowiem może się rozmyć to, że o ubóstwie decydują przede wszystkim dochody i wydatki. Chodzi mi o to, że mając odpowiednie fundusze, możemy sobie kupić to, czego potrzebujemy. To jest kluczowe dla wielu niezaspokojonych, szczególnych potrzeb.
Ważne jest też to, aby programy społeczne, które nie mają charakteru finansowego, docierały do uboższych osób. Przykładowo w przypadku ubóstwa energetycznego to są kwestie związane z termomodernizacją i efektywnością energetyczną, a więc bardziej dotyczą jakości warunków mieszkaniowych.
Jednocześnie chciałbym zaznaczyć, że z mojej perspektywy to, że mówimy w kategoriach ubóstwa o różnych obszarach życia w Polsce, jest jednak fundamentalnie ważne.
Dlaczego?
Dużo miejsca w sferze publicznej poświęcamy temu, że mamy wysoki wzrost gospodarczy, jesteśmy w gronie europejskich czy wręcz globalnych liderów w tym zakresie. Mamy coraz większe wydatki na obronność. Będziemy mocarstwem militarnym, gospodarczym i tak dalej. Taki dyskurs – przekonanie, że jest nam średnio rzecz biorąc coraz lepiej – sprawia, że mało uwagi pozostaje dla osób, które mają w społeczeństwie gorzej niż inne. „Średnio” oznacza, że jedni mogą iść do przodu bardzo szybko, a inni pozostawać cały czas w tak samo złej sytuacji. Nawet jeśli im się poprawia, to wolniej niż tym, którzy są zamożniejsi.
Dla mnie kluczowe jest, abyśmy patrzyli na społeczeństwo także z perspektywy nierówności i ubóstwa. Oczywiście skala skrajnego ubóstwa powinna maleć, a nie oscylować wciąż na poziomie około 2 mln osób. Cały czas mamy duże grupy osób i rodzin, do których powinna być kierowana polityka społeczna w postaci gotówki i usług, aby ich sytuacja się trwale poprawiała.