Polska już trzeci tydzień żyje historią gdańskiego lokalu, dla którego sprzedaż pizzy z krewetkami i nabicie na paragon złej stawki VAT skończyły się mandatem w wysokości 2,5 tys. zł i chyba wartą więcej niezłą reklamą. A jak temat jest głośny i można się z czegoś lub kogoś ponabijać, zgarniając kliki i tani poklask (zwłaszcza w szeregach gawiedzi siedzącej przy piwie z braku lepszych zajęć), to wiadomo, że zaraz pochyli się nad nim Krzysztof Stanowski.

Mandat za pizzę z krewetkami. Czego nie zrobił Krzysztof Stanowski?

Twórca Kanału Zero nie przyczepił się jednak do skomplikowanych, a miejscami wręcz nielogicznych przepisów podatkowych (fakt, ich lektura wymaga intelektualnego wysiłku i zerknięcia, o zgrozo, choćby do Dziennika Ustaw).

Nie zrugał szefostwa skarbówki, które wysyła pracowników w teren, oczekując, że czynności sprawdzające czy zakupy kontrolowane zaowocują mandatami, choć można by pewnie w wielu wypadkach poprzestać na jakiejś formie pouczenia.

Nie obśmiał właściciela pizzerii, który prowadzi biznes, a nie zna przepisów, które tego biznesu dotyczą.

Oberwało się Bogu ducha winnej urzędniczce, która po prostu wykonywała swoją pracę – wykrywała nieprawidłowości. Nie zacytuję plugawych słów, którymi Stanowski opisał, co myśli o kobiecie i co należałoby z nią zrobić. Mam nadzieję, że prokuratura, tak rychliwa ostatnio w niektórych sytuacjach, zrobi swoje, w paragrafach może tu przebierać. Liczę też, że publicysta Tomasz Terlikowski, który w geście protestu publicznie ogłosił swoją rezygnację z udziału w Kongresie Zero, znajdzie kolejnych, obok filozofa Tomasza Stawiszyńskiego, naśladowców. Swoją drogą panowie mieli dyskutować w „kanałowozerowej” debacie zatytułowanej „Czy ludzkość straciła moralny kompas?”. Oto ironia losu.

Ale przede wszystkim warto wyedytować i uaktualnić opis Stanowskiego w Wikipedii, w którym wciąż można przeczytać, że to „polski dziennikarz, przedsiębiorca, osobowość medialna i działacz społeczny”. Ja bym wpisała: patocelebryta i zwykły cham.

Czytaj więcej

Mandat za pizzę z krewetkami. Fiskus tłumaczy się z podatkowych prowokacji