„Rzeczpospolita”: Rakieta wlatuje w polską przestrzeń powietrzną, znika z radarów, a na polu zostaje 10-metrowy krater. Dlaczego tego typu obiekty nie są zestrzeliwane?
Jarosław Wolski: Po pierwsze, trzeba mieć świadomość, że wojsko z natury nie strzela do wszystkiego, co wlatuje w przestrzeń powietrzną Polski. Z kilku przyczyn. Należy mieć w okolicy zestawy przeciwlotnicze rozwinięte na pozycjach bojowych, co ma miejsce bardzo rzadko. Po drugie, trzeba wiedzieć, że cel w ogóle leci, a pokrycie radarowe południowo-wschodniej Polski jest słabe. Wymagałoby to bardzo dużej liczby rozstawionych radarów, aby dokładnie śledzić obiekty o obniżonej skutecznej powierzchni odbicia radiolokacyjnego – na przykład rakiety Ch-101, które posiadają cechy zmniejszające ich wykrywalność.
Pocisk Ch-101
Rosyjska rakieta nad Polską. „Zanim wypracowano pozycję do strzału, rakieta po prostu się rozbiła”
Brakuje nam procedur, woli politycznej, czy też wojsko ma świadomość, że zestrzelenie niesie za sobą większe ryzyko niż sam upadek obiektu?
Kolejna sprawa dotyczy zasad użycia broni (rules of engagement). Dla polskich pilotów wymogiem wciąż pozostaje wzrokowe rozpoznanie celu. Wynika to z faktu, że w przestrzeni operuje szereg małych awionetek i odbywają się krótkie, niezgłoszone loty cywilne. Nikt nie chce ryzykować pomylenia i zestrzelenia cywilnej maszyny, która porusza się z prędkością przelotową zbliżoną np. do większego drona. W mojej opinii konieczność wzrokowego rozpoznania powinna zostać zniesiona, ale na ten moment procedura obowiązuje. Samoloty muszą więc wykryć cel, śledzić go i upewnić się, co to dokładnie jest. Przy ewentualnym zestrzeleniu należy ponadto uważać, aby szczątki nie spadły na teren gęsto zabudowany, co mogłoby wyrządzić duże szkody. Z natury nie strzela się więc do takich celów bez wyraźnej potrzeby.
Czytaj więcej
- Jeżeli chcemy, aby takich zdarzeń było więcej, no to nie trzeba pomagać Ukrainie. Trzeba realizować to, co powiedział pan Czarnek, a Rosja będzie...
Z tego wynika, że polska obrona powietrzna – pod względem technologicznym i operacyjnym – nie jest w stanie zareagować na kilkuminutowy incydent?
Jest w stanie zareagować. Zdaniem Dowództwa Operacyjnego cele były śledzone jeszcze po stronie ukraińskiej. Część z nich następnie zgubiono, prawdopodobnie z powodu obniżenia pułapu lotu. Po około 10 minutach jeden cel – prawdopodobnie rakieta manewrująca – został ponownie wykryty już w polskiej przestrzeni powietrznej. Podjęto procedurę przechwycenia za pomocą myśliwców F-16 właśnie po to, by wzrokowo zweryfikować obiekt. Zanim jednak wypracowano pozycję do strzału i zanim podjęto decyzję o zestrzeleniu, rakieta po prostu się rozbiła.
Podobne zdarzenia w przyszłości to nieuniknione ryzyko wynikającego z sąsiedztwa działań wojennych?
Tak, takie incydenty będą miały miejsce. Pytanie brzmi, na ile jest to prowokacja rosyjska, a na ile awaria pocisku. Osobiście obstaję przy tym, że mieliśmy do czynienia po prostu z awarią pocisku manewrującego.
Czyli był to raczej błąd, a nie celowe badanie polskich systemów i narodowej odporności?
Pamiętajmy, że usterkowość rakiet manewrujących – zarówno amerykańskich, jak i rosyjskich – wynosi od kilkunastu do kilkudziesięciu proc., średnio od 15 do 27 proc. Oznacza to, że co najmniej jedna czwarta lub jedna piąta rakiet nie trafia w cel lub doznaje awarii na trasie. To stałe statystyki. Podczas I wojny w Zatoce Perskiej usterkowość pocisków Tomahawk przekraczała 27 proc. Rosyjskie rakiety odpalane w Syrii miały usterkowość na poziomie 27 proc., a w pierwszym roku wojny w Ukrainie – 25 proc.
Obecnie usterkowość rosyjskich rakiet szacuje się na 17–23 proc., co oznacza, że realnie co piąty pocisk spada po drodze. Awaria jest rzeczą częstszą, niż się wydaje. Rakieta posiada zaprogramowane punkty zwrotne i prawdopodobnie w tym przypadku doszło do usterki. Zamiast wykonać manewr i skręcić w kierunku celu na terytorium Ukrainy, poleciała prosto i spadła po wyczerpaniu paliwa.
Czytaj więcej
Gdy rosyjska rakieta wleciała do Polski nie wszędzie tam, gdzie powinny zawyły syreny i nie wysłano komunikatów RCB. Stać nas tylko na monitorowani...
Nie przychyla się pan zatem do teorii o celowej prowokacji.
Moim zdaniem była to awaria – najprawdopodobniej rakiety typu Ch-101 lub Kalibr, ze wskazaniem na Ch-101. Z celową prowokacją i próbą wybadania polskiej oraz NATO-wskiej obrony powietrznej mieliśmy do czynienia w zeszłym roku, gdy w naszą przestrzeń wpuszczono kilkadziesiąt dronów typu Gerbera.
Szef MSZ Radosław Sikorski proponował w przeszłości strącanie rosyjskich rakiet i dronów jeszcze nad terytorium Ukrainy, zanim wlecą do Polski. Czy z punktu to realne rozwiązanie i czy nie stanowiłoby niebezpiecznej eskalacji?
Uważam, że jako NATO powinniśmy mówić jednym głosem i nie podejmować działań ryzykujących spójność Sojuszu. Z tego względu nie zestrzeliwujemy celów w przestrzeni powietrznej Ukrainy. Jako szeroka koalicja wspieramy ukraiński wysiłek obronny, ale nie prowadzimy bezpośrednich działań strategicznych. Należy skupiać się na osłonie terytorium natowskiego. NATO pomaga Ukrainie, ale nie jest stroną konfliktu.
Obrona powietrzna. „Nawet Izrael nie może sobie pozwolić na pełną ochronę terytorium”
Czy szczelne zamknięcie polskiego nieba przy granicy z Ukrainą jest w ogóle technicznie możliwe, czy opowiadanie o pełnej ochronie to jedynie polityczna iluzja?
Nigdy nie ma możliwości pełnej ochrony całego terytorium kraju – na to nie jest w stanie pozwolić sobie nawet Izrael. Tego typu zapewnienia to deklaracje polityczne. Zawsze wybiera się obszary, które będą chronione, oraz te, które chronione nie będą.
W Polsce obroną objęta będzie infrastruktura krytyczna: elektrownie, rafinerie czy kluczowe obiekty wojskowe, a także największe aglomeracje miejskie. Na pełną osłonę reszty terytorium nie ma środków. W warunkach wojny nikt nie będzie zużywał rakiet na ochronę małych miejscowości, o ile nie znajduje się w nich kluczowa infrastruktura.
Czytaj więcej
Oprócz rosyjskiego obiektu, który spadł w pobliżu miejscowości Tarnawa-Kolonia, bardzo blisko naszej granicy leciał drugi pocisk. Celem najpewniej...
Należy skończyć z mitem, że obrona przeciwlotnicza zbuduje szczelną ścianę na wschodzie i obroni każdą wieś czy las. Tak nie działa żaden system na świecie. Tworzenie takiego wrażenia przez polityków jest technicznie niemożliwe do realizacji. Zawsze coś może wlecieć i spaść. W czasie pokoju optymalnym rozwiązaniem jest próba przechwytywania pojedynczych zagrożeń przez lotnictwo, co obecnie robimy. W warunkach konfliktu priorytetem pozostaje ochrona infrastruktury krytycznej oraz głównych ośrodków miejskich.