W ramach debaty nad praworządnością i jej przywracaniem pojawił się w mediach społecznościowych świeżutki (bo z 18 maja) wyrok nakazowy („W imieniu Rzeczpospolitej Polskiej” – a jakże) skazujący człowieka, który „przed budynkiem Urzędu Miasta i Gminy, za pomocą kredy w sprayu, umieścił na bruku napisy, wystawiając je na widok publiczny, bez zgody zarządzającego tym miejscem”. Napis brzmiał: „Nie lekceważ prawa do jawności”. Kreda była zmywalna – szkody w mieniu nie było.
Artykuł 63a kodeksu wykroczeń, na podstawie którego wydano ten wyrok stanowi dokładnie, że
§ 1 Kto umieszcza w miejscu publicznym do tego nieprzeznaczonym ogłoszenie, plakat, afisz, apel, ulotkę, napis lub rysunek albo wystawia je na widok publiczny w innym miejscu bez zgody zarządzającego tym miejscem podlega karze ograniczenia wolności albo grzywny.
§ 1a Podżeganie i pomocnictwo są karalne.
§ 2 W razie popełnienia wykroczenia można orzec przepadek przedmiotów służących lub przeznaczonych do popełnienia wykroczenia, choćby nie stanowiły własności sprawcy, oraz nawiązkę w wysokości do 1500 zł lub obowiązek przywrócenia do stanu poprzedniego.
Czytaj więcej
Przywracać czy nie przywracać – „oto jest pytanie”! Niedługo PO będzie mogła wybrać do neo-KRS, zgodnie z uchwaloną przez PiS ustawą, takich sędzió...
Ściganie za napisy i ulotki. Przepis z czasów komuny
Od razu ktoś przypomniał, że komuniści wprowadzili go do ustawodawstwa w lipcu 1983 r., po tym, jak ogłosili „zniesienie” stanu wojennego, ale chcieli mieć narzędzie do ścigania ówczesnej opozycji za antyreżimowe napisy i ulotki.
Ówczesna opozycja po dojściu do władzy w 1989 r. z przepisów tych nie uchyliła. Przecież zawsze mogły się przydać. No i się przydają.
Tak to już jest, że prawo jest systematycznie degradowane. Większość przepisów wprowadzanych na szkodę obywateli pozostaje w aktach prawnych po zmianie władzy. Nowa władza korzysta z przepisów wprowadzonych przez poprzedników, choć je krytykowała, gdy były wprowadzane. Niektóre przepisy komunistyczne zostały uchylone, ale za to te, które wprowadzane są sukcesywnie od 2006 r., uchylane nie są. Bywają zmieniane pod pretekstem poprawiania, ale zazwyczaj zmieniane są w praktyce na jeszcze gorsze.
Po tym, jak władzę objął PiS w 2015 i zaczął stanowić własne prawa, pisałem na tych łamach, że przepisy prawne rządzący tworzą nie tylko dla siebie, ale także dla opozycji, która z nich nie omieszka skorzystać, gdy dojdzie do władzy. Ale Jarosław Kaczyński zachowywał się jak by uwierzył Władysławowi Gomółce, który powiedział onegdaj, że „władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy”. Władzę oddał najpierw on sam, potem oddali ją jego towarzysze. A przepisy ograniczające prawa obywateli pozostały. I są wykorzystywane przeciwko nim.
Co ciekawe, przepisy te stosują sądy, które, zgodnie z art. 175 konstytucji „sprawują wymiar sprawiedliwości w Rzeczpospolitej Polskiej”. Chyba raczej wymiar niesprawiedliwości.
W efekcie, gdy przychodzi nowa władza, jak PiS w 2015 r., obywatele bronią niezawisłości i niezależności sądów przed tą władzą tak samo, jak sądy broniły ich przed władzą poprzednią. Ale degradacja nie tylko prawa jako takiego, ale także sądownictwa, które prawo to ma stosować, jest na rękę władzy wykonawczej, która prawa i sędziów potrzebuje do sprawowania władzy, a nie do wymierzania sprawiedliwości.
Czytaj więcej
Mamy dziś kolejną rundę walki o praworządność. Walki politycznej oczywiście. Bo trudno mówić o prawnej.
Więc na koniec jeszcze raz zacytuję „towarzysza Wiesława” (taki pseudonim nosił w czasie wojny Gomułka): „przed wojną staliśmy nad przepaścią, a obecnie uczyniliśmy ogromny krok naprzód”. Za komuny staliśmy nad prawną przepaścią, a za postkomuny „uczyniliśmy ogromny krok naprzód”.
Autor jest adwokatem i doradcą podatkowym, profesorem Uczelni Łazarskiego.