Komisja Europejska przedstawiła niedawno pakiet o suwerenności technologicznej UE, który ma zmniejszyć zależność Europy od pozaunijnych dostawców w kluczowych obszarach, m.in. AI, usługach chmurowych, infrastrukturze danych. Czy pana zdaniem Europa rzeczywiście budzi się z zależności od big techów?

Tak, zresztą trzeba przypomnieć, że ten proces zaczął się już wcześniej, przy okazji aktów o rynkach i usługach cyfrowych, sztucznej inteligencji oraz półprzewodnikach, co dało już instrumenty do obciążenia dużych amerykańskich firm wysokimi karami i wpłynęło na ich funkcjonowanie w obszarze europejskim. Ale to właśnie na obszarze regulacyjnym kończy się skuteczność europejska, a stymulowanie własnego przemysłu okazuje się dużo trudniejsze. Radykalna nieprzewidywalność USA, zwłaszcza po powrocie Donalda Trumpa do Białego Domu, sprawiła że w UE pojawiło się poczucie, iż trzeba działać szybciej niż wcześniej zakładano. Nie chodzi o nagłe zerwanie relacji z USA czy z wielkimi firmami technologicznymi, bo to nie byłoby realistyczne. Chodzi raczej o ograniczenie ryzykownych zależności od jednej firmy, jednego kraju czy jednego typu infrastruktury.

Czytaj więcej

Odwrót UE od Big Techów. Oto „cyfrowa tarcza”: gra idzie o chmurę, AI i chipy

Jaka jest skala tego problemu? Komisja Europejska podaje, że ponad 80 proc. produktów, usług i własności intelektualnej w sektorze cyfrowym pochodzi spoza UE, a Europa wydaje rocznie aż 264 mld euro na cyfrowe produkty i usługi z państw trzecich.

Te dane pokazują, jak duże jest uzależnienie. Można dodać kolejne liczby: ponad 90 proc. europejskiej infrastruktury chmurowej obsługują firmy amerykańskie. W obszarze chipów pojawia się z kolei zależność od Azji, a w globalnej mocy obliczeniowej dominują USA i Chiny. Trzeba pamiętać, że zmniejszenie tej zależności jest procesem wieloletnim. Nie da się tego zrobić jedną regulacją ani jednym pakietem. Już raporty Enrica Letty i Mario Draghiego wskazywały, że Europa ma poważny problem z konkurencyjnością, skalą inwestycji, kapitałem i fragmentaryzacją rynku. Ten konsensus narastał od pierwszej prezydentury Donalda Trumpa, utrzymał się za Joe Bidena, którego polityka w sprawach gospodarczych też była dla Europy trudna – przez subsydiowanie amerykańskiej gospodarki, co zmniejszało konkurencyjność europejskich firm. Druga kadencja prezydenta Trumpa to kolejne przyspieszenie tych dla nas niekorzystnych zmian.

Czy pełna suwerenność technologiczna jest w ogóle możliwa? A może chodzi tylko o to, by mieć większy wybór między dostawcami i ograniczyć ryzyko uzależnienia od kilku globalnych firm?

Suwerenność nie ma charakteru absolutnego. Ani polityczna, ani technologiczna. To nie jest stan zero-jedynkowy: albo jesteśmy suwerenni, albo nie. Suwerenność jest stopniowalna.

Minimalistyczne rozumienie, o którym pan mówi, czyli większy wybór między dostawcami i ograniczenie ryzyka uzależnienia, ma sens. Ale ambicja europejska jest trochę większa. Chodzi także o to, by część tych dostawców była europejska. UE nie chce jedynie wybierać między firmami amerykańskimi i azjatyckimi, ale zwiększyć udział firm europejskich w kluczowych segmentach gospodarki cyfrowej.

Problem polega na tym, że Europa nie zbudowała firm chmurowych, AI czy cyfrowych o skali porównywalnej z amerykańską. Przyczyn jest kilka: fragmentaryzacja rynku, nadregulacja, dużo mniejszy dostęp do kapitału, mniejsza skala inwestycji wysokiego ryzyka. Pakiet dotyczący suwerenności technologicznej UE jest próbą odwrócenia tego trendu.

80 proc.

produktów, usług i własności intelektualnej w sektorze cyfrowym pochodzi spoza UE

Czy ten pakiet pokazuje, że Unia Europejska chce zmienić sposób działania – mniej polegać na samych regulacjach, a bardziej na wspólnej polityce gospodarczej i inwestycyjnej?

Tak, i to jest bardzo ważne. Klasyczna rola UE była regulacyjna: Unia wykorzystywała swoje kompetencje, by sterować rozwojem rynku przez przepisy. Teraz widać ostrożniejszy stosunek do samej regulacji i większy nacisk na koordynację polityk przemysłowych.

Unia chce być bardziej aktywna gospodarczo, ale sama ma ograniczone instrumenty. Budżet UE jest relatywnie niewielki, bo wynosi ponad 1 proc. wysokości dochodu narodowego brutto krajów członkowskich. Dlatego Komisja może koordynować, zachęcać, tworzyć ramy i kierunki działania, ale musi grać razem z państwami, jeśli chce wyjść poza regulacje. Ten pakiet jest połączeniem regulacji, zamówień publicznych i bodźców, które mają zorganizować europejską politykę przemysłową w technologiach cyfrowych, mobilizując przede wszystkim kapitał prywatny i krajowy.

Co to oznacza dla zwykłego obywatela? Większość ludzi korzysta na co dzień z usług Google’a, Microsoftu czy Amazona i nie odczuwa bezpośrednio problemu zależności technologicznej.

Są tu dwa poziomy. Pierwszy dotyczy bezpieczeństwa i kontroli. Jeżeli relacje między Europą a państwem, z którego pochodzą kluczowe technologie, się pogarszają, może to mieć bardzo konkretny wymiar. Dobrym przykładem są sankcje USA wobec przedstawicieli Międzynarodowego Trybunału Karnego. W przypadku prokuratora MTK Karima Khana pojawiały się informacje o utracie dostępu do poczty elektronicznej i zamrożeniu rachunków bankowych. To pokazuje, że usługi cyfrowe, finansowe i komunikacyjne mogą stać się narzędziem nacisku politycznego. Co ciekawe, dotąd tego typu obawy częściej formułowaliśmy wobec Chin. Stąd ograniczenia wobec niektórych chińskich dostawców. Ale obecnie widać, że także wobec USA nie ma już takiej pewności, jaką Europa miała wcześniej. Dlatego poszerzenie europejskich opcji ma sens.

Drugi poziom jest gospodarczy. Europa jest daleko w wyścigu o prymat w świecie cyfrowym – w chmurze, centrach danych, AI, chipach i infrastrukturze obliczeniowej. A to będzie coraz większa część gospodarki. Jeżeli Europa nie wejdzie do tego wyścigu, jej państwa będą słabły i staną się technologicznym zapleczem dla innych.

Czytaj więcej

Paweł Rożyński: W XXI wieku suwerenność mierzy się w chipach i danych

W dyskusji pojawia się też amerykański CLOUD Act. W efekcie europejska instytucja, podpisując umowę z firmą podlegającą prawu USA, musi liczyć się z tym, że amerykańskie służby mogą uzyskać dostęp do jej danych.

Tak, to jest jeden z istotnych elementów ryzyka. Firmy technologiczne oczywiście odpowiadają, że budują centra danych w Europie i że dane są fizycznie przechowywane na terytorium UE. Ale sama fizyczna lokalizacja danych nie zawsze rozwiązuje problemu kontroli prawnej nad dostawcą. Jeżeli dostawca podlega jurysdykcji państwa trzeciego, to trzeba badać, jakie obowiązki mogą na nim ciążyć wobec władz tego państwa. Dlatego w pakiecie KE tak ważna jest nie tylko lokalizacja danych, lecz także kontrola nad infrastrukturą, łańcuchem dostaw, cyberbezpieczeństwem i możliwością działania usługi w sytuacji kryzysowej.

W pakiecie znalazły się cztery elementy: Cloud and AI Development Act, Chips Act 2, Open Source Strategy oraz planu cyfryzacji sektora energetycznego. Które z nich są najważniejsze?

Najważniejszy prawnie jest Cloud and AI Development Act (CADA). Ma dotyczyć chmury, centrów danych i infrastruktury obliczeniowej potrzebnej dla AI. Komisja chce wprowadzić czteropoziomowe ramy oceny suwerenności chmury i AI, zwłaszcza dla sektora publicznego i zastosowań krytycznych. Kolejnym ważnym elementem będzie Chips Act 2, w związku z tym, że pierwsza próba w tej sprawie się nie powiodła. Chodzi o półprzewodniki, czyli chipy potrzebne dla AI, centrów danych, przemysłu, motoryzacji, telekomunikacji czy obronności. Tu istotne wydaje się przesunięcie akcentu z przyciągania fabryk do Europy na tworzenie popytu i powiązanie producentów z odbiorcami.

Najważniejszy prawnie jest Cloud and AI Development Act. Ma dotyczyć chmury, centrów danych i infrastruktury obliczeniowej potrzebnej dla AI. Komisja chce wprowadzić czteropoziomowe ramy oceny suwerenności chmury i AI, zwłaszcza dla sektora publicznego i zastosowań krytycznych.

dr Michał Matlak

Trzeci i czwarty element pakietu to open source i energetyka. Otwarte oprogramowanie daje większą kontrolę, możliwość audytu i mniejszą zależność od jednego dostawcy. Z kolei centra danych i AI będą potrzebowały ogromnych ilości energii, więc połączenie transformacji cyfrowej z energetyczną jest bardzo potrzebne.

Jak pan ocenia sam pakiet? Czy w pana ocenie to mocna inicjatywa Europy czy raczej umiarkowany pierwszy krok?

To jest propozycja dość umiarkowana. Kierunek jest słuszny, ale z punktu widzenia części państw i środowisk politycznych, zwłaszcza francuskich czy bardziej krytycznych wobec dominacji USA, te rozwiązania mogą być uznane za zbyt słabe. Nie ma tu twardej blokady udziału amerykańskich firm technologicznych w rynku europejskim. Raczej mamy zachęty, ramy oceny, pokazanie kierunku i pozostawienie dużej roli państwom członkowskim. To nie jest wojna z Ameryką. Nie jest to też próba zamknięcia rynku. Pamiętajmy też, że pakiet dopiero rozpoczyna proces legislacyjny i jego ostateczny kształt może się jeszcze zmienić.

Czytaj więcej:

Raporty ekonomiczne Szokujące wyniki testu AI. Polskie modele daleko za Google i Chinami

Pro

Czy czegoś w nim brakuje?

Jeśli chodzi o całość pakietu, można powiedzieć o dwóch sprawach: z jednej strony nie ma tam przewidzianego realnego budżetu – co jest wynikiem kształtu budżetowego UE, a więc środków na wspieranie suwerenności technologicznej Unia ma niewiele. Z drugiej strony jest to w dużej mierze regulacja importu, a pewnie właściwą ambicją byłoby kształtowanie takich rozwiązań, które można eksportować. To jednak nie zmienia faktu, że pakiet jest krokiem we właściwym kierunku. Można też wskazać słabe miejsce energetyki jądrowej w strategii energetycznej. Jeżeli Europa chce rozwijać centra danych, AI i infrastrukturę obliczeniową, musi rozwiązać problem taniej, stabilnej energii. OZE są ważne, Polska zrobiła w tym obszarze duży skok, zwłaszcza w północnych regionach kraju, ale sama energia odnawialna może nie wystarczyć. Energochłonność centrów danych jest tak duża, że bez stabilnych źródeł energii Europa będzie miała problem z konkurencyjnością. Dlatego silniejsze powiązanie pakietu technologicznego z energetyką jądrową byłoby uzasadnione.

ok. 45 mld zł

tyle w 2024 r. wyniósł deficyt Polski w handlu produktami cyfrowymi

Premier Donald Tusk zapowiedział test suwerenności dla dużych zakupów technologicznych państwa – powyżej 5 mln zł. Czy to jest zgodne z założeniem propozycji unijnej?

Tak, to jest bardzo w duchu tego pakietu: zamówienia publiczne jako narzędzie ograniczania ryzykownych zależności. Chodzi więc o to, by przy dużych zakupach technologicznych państwo analizowało, jakie skutki dla bezpieczeństwa, zależności od dostawców i kontroli nad danymi będzie miała dana decyzja. To nie oznacza, że zawsze należy wybierać rozwiązanie europejskie. Ale oznacza, że państwo powinno świadomie oceniać ryzyko, sprawdzać, kto kontroluje technologię, gdzie są dane, jakie prawo stosuje się do dostawcy, czy możliwa jest migracja do innego rozwiązania i jakie są konsekwencje kryzysowe. Jest jedna różnica: test polski jest oparty na progach kwotowych, a CADA to czterostopniowa rama oparta na skali ryzyka, nie na wartości kontraktu. Jak pokazuje przywołany przez premiera raport Jana Oleszczuka-Zygmuntowskiego wydany przez Centrum Łukasiewicz, deficyt Polski w handlu produktami cyfrowymi sięgnął w 2024 r. ok. 45 mld zł, a do 2030 r. import cyfrowy przewyższy łączny import wszystkich nośników energii.

Czytaj więcej

Michał Szułdrzyński: Trump odcina świat od AI. Sprawa Anthropic zmienia reguły gry

Kto powinien wykonywać taki test?

Moim zdaniem odpowiedzialność musi być państwowa. Premier wspomniał o Komitecie Rady Ministrów do spraw Cyfryzacji, ale rozumiem, że tu chodzi o stworzenie ram. Naturalnym punktem odniesienia może być tworzony system nadzoru nad AI, w tym powoływana właśnie Komisja Bezpieczeństwa i Rozwoju Sztucznej Inteligencji. To pokazuje zresztą szerszy trend: wzmocnienie roli państwa. Unia sama nie ma wystarczających środków ani kompetencji, by prowadzić pełną politykę przemysłową. Musi więc współpracować z państwami członkowskimi i dopiero na tym poziomie okaże się, czy strategia suwerenności technologicznej przyniesie realne skutki.

Czy spodziewa się pan, że ten pakiet wywoła ostrą reakcję Waszyngtonu?

Wszystko jest możliwe przy obecnej administracji USA, ale pakiet jest na tyle łagodny, że zdziwiłbym się, gdyby wywołał bardzo ostre reakcje i realne konsekwencje dla Europy. To raczej umiarkowana propozycja, która sygnalizuje zmianę kierunku, ale nie oznacza konfrontacji ze Stanami Zjednoczonymi.

Wywiad przeprowadziliśmy przed piątkową decyzją administracji Donalda Trumpa, na mocy której nakazano firmie Anthropic zablokowanie obcokrajowcom dostępu do najnowszych flagowych modeli AI: Claude Fable 5 oraz Claude Mythos 5