Suwerenność to w najpowszechniejszym znaczeniu zdolność do samodzielnego i niezależnego sprawowania władzy politycznej. Za pierwszego, który ją zdefiniował, uchodzi Jean Bodin. Ten francuski myśliciel określił ją w 1576 r. jako najwyższą, niepodzielną i trwałą władzę państwa, sprawowaną wówczas przez monarchę. Przez stulecia fundamentem suwerenności była nienaruszalność granic i wewnętrzne wyznaczanie władzy. Z czasem do tego obrazu doszedł wymiar gospodarczy. Kto miał własny przemysł, dostęp do energii i strategicznych surowców, ten zyskiwał niezależność. Uzależniona od rosyjskiego gazu Europa boleśnie przypomniała sobie o tym po inwazji Kremla na Ukrainę.
Chmura i algorytmy zamiast armii
Dziś podobny proces zachodzi w świecie cyfrowym. Państwo bez własnej infrastruktury IT i odpowiednich mocy obliczeniowych staje się zakładnikiem obcych korporacji. Pojawiły się już pojęcia „cyfrowego wasalizmu” oraz „Ghost GDP” (widmowego PKB). Za tym drugim terminem kryje się bolesny paradoks: jako państwo ponosimy ogromne koszty edukacji elit technologicznych, ale wypracowana przez nich własność intelektualna i patenty uciekają za granicę. A my stajemy się głównie rynkiem zbytu.
Czytaj więcej
Oczy świata najnowszych technologii skierowały się na Warszawę. To tu start-up ElevenLabs, wyceniany na 11 mld dol., zaprezentował najnowsze modele...
Najcenniejszym surowcem XXI wieku nie jest już bowiem ropa, lecz właśnie własność intelektualna. To ona daje najwyższe marże i pozwala kontrolować całe technologiczne i gospodarcze ekosystemy. Kraj, który nie uczestniczy w jej tworzeniu, skazuje się na rolę klienta, nawet jeśli posiada świetnych programistów.
Problem ten dotyka nie tylko poszczególnych krajów, ale też całej Unii Europejskiej. Na ile jest ona niezależna, gdy zaawansowane chipy produkują przede wszystkim USA, Tajwan i Chiny? Dla Tajwanu te mikroskopijne kawałki krzemu stały się geopolityczną polisą ubezpieczeniową – strach przed globalnym paraliżem gospodarczym odstrasza skutecznie.
Czy fakt, że Polska tak zależy od chmury Microsoftu i Amazona, oznacza utratę suwerenności? Nie jest to ryzyko teoretyczne. Amerykański Cloud Act pozwala tamtejszym służbom na dostęp do danych przetwarzanych przez amerykańskie korporacje, nawet jeśli serwery stoją w Europie. Z kolei ograniczenia eksportu chipów AI nakładane przez Waszyngton pokazują, że dostęp do technologii zależy dziś od decyzji politycznych podejmowanych za granicą. Taka cyfrowa zależność jest w praktyce niewidoczna dla obywateli.
Nikt już nie jest w pełni suwerenny
Tu oczywiście warto zachować perspektywę: obecnie nikt nie jest w pełni suwerenny. Oddaliśmy część niezależności na rzecz NATO czy UE w zamian za bezpieczeństwo i gospodarcze profity. Nawet USA silnie zależą gospodarczo od Chin, choćby ich minerałów. Dlatego nie ma powodów do paniki, ale jasne jest, że na kluczowych polach musimy oddawać jak najmniej. Paryż i Berlin już działają, inwestując miliardy w centra danych i półprzewodniki. Warszawa na tym tle wciąż pozostaje w sferze deklaracji.
A potrzebujemy konkretów, np. prawa zamówień publicznych, które promuje konkurencyjność, czy zachęt podatkowych wspierających komercjalizację rodzimych badań. Pamiętajmy jednak, że suwerenność cyfrowa to odporność, a nie izolacja. Nikt rozsądny nie proponuje budowy „polskiego Windowsa” – to byłaby droga do technologicznego skansenu. Suwerenność nie oznacza samowystarczalności, lecz mądrą dywersyfikację dostawców i posiadanie alternatywy, dzięki której nikt nie będzie mógł nas pewnego dnia po prostu „wyłączyć”.