Nie trzeba było długo czekać. Wystarczyło, że rząd zaczął chwalić się swoim maratonem umów podpisywanych w ramach SAFE, żeby się zaczęło. Wizualizacja Hydrografa, który powstanie w polskiej stoczni, została przemalowana w barwy Niemiec. Podobny los spotkał polski bojowy wóz piechoty Borsuk. Stali i namiętni bywalcy X, z wrodzoną sobie „eksperckością”, z satysfakcją wytykali rządowi, że nie każda „obdarowana” przezeń kontraktem firma jest polska. Bo przecież na mapie jest też PZL Mielec. A wiadomo, że to własność Lockheed Martin, firma nie polska, a amerykańska. Tak samo PZL Świdnik. Tu właścicielem jest Leonardo, więc firma nie polska, tylko włoska. I oczywiście dostało się też PGZ, bo przecież wiadomo: państwowy moloch dostał kontrakty, to kasę z SAFE będzie można sobie i swoim politycznym kolegom w gigantycznych premiach wypłacić.
Beneficjenci programu SAFE w Polsce
Oceniając kontrakty z SAFE, nie patrzmy na świat z perspektywy średniowiecznego chłopa
Co by się nie stało i czego by w Polsce nie zrobiono, nie potrafimy dostrzegać jasnej strony. Zawsze duża część Polaków czuje się w obowiązku, żeby wszystko skrytykować dla samej przyjemności krytykowania, opluć, obrzydzić.
Czytaj więcej
Do 2030 roku liczba użytkowanych w Wojsku Polskim samobieżnych automatycznych moździerzy 120 mm Rak zwiększy się o 64. Łącznie w jednostkach bojowy...
Przyznam, że czasem naprawdę nie rozumiem, co się z nami, jako narodem, dzieje. Skąd ta skłonność do narodowej samodestrukcji, ta zapalczywość? Partyjniactwo tak mocno tkwi w naszych głowach, że najwyraźniej nie umiemy już inaczej myśleć, jak tylko przez pryzmat: kto nie ze mną, ten przeciwko mnie. Tymczasem świat jest dużo bardziej zniuansowany i nawet jeśli szary, to jednak w różnych odcieniach tej szarości, a nie czarno-biały.
I nie chcę przez to powiedzieć, że nie musimy patrzeć władzy na ręce. Wręcz przeciwnie, musimy, i to każdej: tej, z którą sympatyzujemy, i tej, której szczerze nie znosimy. Kłopot jednak w tym, że nadal postrzegamy świat z perspektywy średniowiecznego chłopa: albo coś jest moje, albo coś jest obce. A jak jest obce i nie mogę tego mieć, to lepiej niech na moje podwórko nie przyłazi.
Pamiętajmy, że w firmach działających w Polsce pracują Polacy
Rozumiem, trudno czasem pogodzić się z tym, że polskim, rodzimym firmom skórę przed upadkiem musiały ratować obce koncerny. Ale oznacza to przecież, że takie firmy od razu przestają być polskie. Rozumiem formalny legalizm. Mam jednak jedno pytanie, żeby nie szukać daleko, nawiązując do wspomnianych już Mielca i Świdnika: czy w tych „niepolskich” zakładach pracują amerykańskie i włoskie krasnoludki, które zaraz po wyjściu z pracy biegną tajnymi tunelami do USA i Włoch kupić sobie kolację? Pomyślcie państwo przez chwilę, gdzie te firmy dają ludziom zarobić na życie? Ilu osób z państwa grona podniosłoby larum, gdyby pozbawiony zamówień Świdnik czy Mielec upadł i tych miejsc pracy już by nie było?
Czy nie lepiej zatem postrzegać „polskość” również przez pryzmat tego, gdzie dane zakłady się znajdują, gdzie dają ludziom pracę, gdzie budują potencjał intelektualny? Czy nie powinniśmy sobie życzyć, by takich firm, inwestujących w polskich pracowników i polską gospodarkę, było jak najwięcej? Ja uważam, że tak. I po to między innymi płacę podatki, z których opłacani są politycy, aby starali się o to, by jak najwięcej produkowało się i wytwarzało w Polsce.