Nie podzielam euforii niektórych ekspertów i komentatorów wywołanej decyzją Sądu Najwyższego, z której wynika, że prezydenta można obrażać w kampanii wyborczej, bo nie chodzi o pogardę do głowy państwa, a o opinię, że Andrzej Duda nie nadaje się na kolejną kadencję.

Czytaj więcej

SN: Baner z napisem „dureń” nie znieważył Andrzeja Dudy

Sąd Najwyższy nie do końca poczuł się w swojej roli

W Polsce błotem obrzucone zostało już właściwie wszystko, a szacunek do instytucji i najwyższych stanowisk w państwie, popartych często demokratycznym wyborem milionów obywateli, jest dziś wyjątkowo niski. Co więcej: ciągle leci w dół. Śledząc toczącą się w ostatnich latach debatę, można dojść do wniosku, że językiem urzędowym jest dziś pogarda.

W mediach zaraz po decyzji SN pojawił się uproszczony komunikat, że można obrażać prezydenta

Sąd Najwyższy, który powinien być stabilizować system polityczno-społeczny, przypominać o standardach i wyciągać je w górę, nie do końca poczuł się w swojej roli. „Było to zachowanie nie do końca eleganckie, ale nie było to nakręcanie spirali nienawiści, które wymagałoby sankcji karnej” – orzekł. Być może sankcji karnej nie wymagało, ale zdecydowanego określenia przez sędziów wyraźnej granicy debaty opartej na cywilizowanych standardach już tak.

Jakość debaty publicznej poleciała na łeb na szyję

Problem w tym, że sędziom Sądu Najwyższego nie przeszło to przez gardło. W mediach zaraz po decyzji SN pojawił się uproszczony komunikat, że można obrażać prezydenta. A sędziowie Izby Karnej SN dołożyli swoją cegiełkę do tego, by jakość debaty publicznej poleciała na łeb na szyję, zamiast ciągnąć ją górę. Brawo! Obrażajmy się dalej i klaszczmy w dłonie z zachwytu.