Jak wskazano w uzasadnieniu projektu, wpis dłużników alimentacyjnych do rejestru dłużników niewypłacalnych nie zwiększył ściągalności alimentów, proponuje się więc zastąpić go rejestracją w Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej.

To kolejny pomysł, bo pod koniec ubiegłej kadencji Sejmu MS przygotowało projekt odejścia od rejestrowania alimenciarzy. Dziesięć lat pokazało, że nakład pracy i kosztów postępowania o wpis dłużnika alimentacyjnego jest nieadekwatny do efektów.

Według szacunków stowarzyszeń uprawnionych do alimentów (w praktyce matek dzieci), alimentów nie otrzymuje ok. miliona dzieci w Polsce, a ściągalność wynosi 11–22 proc. Z kolei ze względu na ograniczenia dochodowe Fundusz Alimentacyjny pomaga tylko 330 tys. dzieci.

Ostatnio, wraz z programem 500+ pojawia się nowy problem. Z jednej strony matki mogą dać sobie w niektórych wypadkach spokój ze ściąganiem od ojca alimentów, gdyż bez nich jakoś dadzą sobie radę, z drugiej strony, już pojawiają się zastrzeżenia, że podatki ściągane z niezamożnych osób mogą iść na cudze alimenty. Jeżeli więc państwo wykłada miliardy na świadczenia wychowawcze, na pomoc rodzinom z dziećmi, powinno też znaleźć siły, by poprawić ściągalność.

Jedno jest pewne: tak jak od mieszania herbata nie jest słodsza, tak samo zastępowanie jednego rejestru innym nie gwarantuje większej ściągalności alimentów. Tym bardziej że po ludzku patrząc, raz wpisany do rejestru dłużników alimentacyjnych może stać się tylko bardziej odporny na takie rygory. A nie chodzi przecież o stygmatyzowanie ludzi, ale zwiększenie ich odpowiedzialności wobec własnych dzieci.

Setki tysięcy dłużników niespełniających tego podstawowego ludzkiego obowiązku to nie jest już tylko problem ich krewnych, ale także społeczny. Czas więc szukać narzędzi skuteczniejszych niż rejestrowanie patologii.