Więcej niż połowa Polaków jest za postawieniem muru na granicy z Białorusią – tak mówią sondaże. Około 36 proc. jest przeciw. Bezwarunkowej zgody więc nie ma. Podobne konstrukcje powstały np. na Węgrzech i na granicy grecko-tureckiej przy rzece Marica. Polska nie byłaby więc pierwsza.

Akceptacja lub jej brak odzwierciedla przede wszystkim podejście obywateli i poszczególnych ugrupowań politycznych do problemu obcokrajowców, napływających od strony naszego wschodniego sąsiada. Jeśli sondaże pokazują, że na tym polu ludzie się ze sobą spierają, jest to świetne paliwo do walki politycznej. Niestety, z tego właśnie powodu trudno odczytać faktyczne intencje rządzących, a także krytykującej ich opozycji.

Czytaj więcej

Żołnierze podczas budowy ogrodzenia na granicy polsko-białoruskiej w okolicy wsi Nomiki
Mur na granicy będzie można zbudować byle jak, a puszczę wyciąć

Ustawa o budowie muru na granicy z Białorusią przewiduje, że do „budowli antyimigracyjnej" nie będą miały zastosowania m.in. przepisy ustaw o zamówieniach publicznych, prawa budowlanego czy o zagospodarowaniu przestrzennym. Jeśli jednak przyjąć, że sytuacja jest wyjątkowa i wymaga specjalnych działań, to rezygnacja z procedur wydłużających proces inwestycyjny wydaje się uzasadniona. Przeciwnicy poczynań rządu twierdzą z kolei, że nie jest ona na tyle szczególna, aby mur powstał z pominięciem prawa zamówień publicznych. Sam rząd dostarczył argumentów swoim krytykom, bo podczas pandemii poza tymi procedurami zostały zamówione respiratory, a operacja ta, mająca zapewnić niezbędny sprzęt do ratowania zdrowia i życia, określona została ostatecznie jako afera. Nie dziwią więc obawy, że teraz również wszystko się skończy nadużyciami.

Arytmetyka sejmowa wskazuje, że to, co rząd wymyśli, zostanie uchwalone. Jest jednak pewne, że pod szczególnym nadzorem mediów i opozycji. Dlatego trudno będzie tym razem wyrzucić w błoto 1,61 mld zł z publicznej kasy.