Paryż, marzec 1918 r. Stolicę ostrzeliwuje z odległości ponad 100 km niemieckie superdziało, które paryżanie, myląc je z kruppowskim moździerzem spod Liège, przezwali Grubą Bertą. W domu aukcyjnym Georges Petit trwa wyprzedaż kolekcji zmarłego Edgara Degasa; część licytantów wymyka się z sali, ceny lecą w dół. Zostają dwaj Anglicy: dyrektor National Gallery Charles Holmes, który zgolił wąsy, by uchodzić za Francuza, i 34-letni urzędnik Brytyjskiego Skarbu John Maynard Keynes. Przywieźli 20 tys. funtów i argument godny ekonomisty: skoro Francja i tak nie odda Londynowi wojennych pożyczek, niech część długu spłaci arcydziełami.

Reklama
Reklama

National Gallery wzbogaciła się o Maneta, Corota, Delacroix i Gauguina. Na martwą naturę z jabłkami Cézanne'a dyrektor się nie poważył, Keynes kupił ją więc za własne pieniądze. Wkrótce potem, obładowany bagażem, zostawił płótno pod żywopłotem przy błotnistej drodze w Sussex, a przyjaciołom z farmy Charleston oznajmił od progu, że za bramą leży Cézanne. Mieszkająca tam malarka Vanessa Bell, siostra Virginii Woolf, była zachwycona, choć zganiła go, że przywiózł z Paryża 5 tys. funtów niewydanych.

Czytaj więcej

Prostacka wersja „Odysei” Elona Muska

Na czym polega filozofia mecenatu kultury?

W tej historii mieści się cała filozofia mecenatu. Keynes sięgał do dwóch kieszeni: publicznej, gdy przekonywał kanclerza skarbu, i prywatnej, gdy płacił za to, czego państwo kupić nie chciało. Państwo kupowało dla wspólnoty, kolekcjoner z upodobania, a jednak granica okazała się mniej szczelna, niż podpowiada księgowość. Cézanne zawisł nad łóżkiem Keynesa, po jego śmierci trafił do King's College i dziś ogląda go każdy, kto wejdzie do Fitzwilliam Museum. Prywatny zachwyt zyskał publiczny ciąg dalszy.

Ta sama logika kierowała Keynesem przez całe życie. W 1936 r. założył Arts Theatre w Cambridge, a w 1942 r., łatając finanse walczącego imperium, stanął na czele rady posyłającej orkiestry i aktorów do fabryk i schronów. W 1945 r. zaś, w kraju zadłużonym jak żaden inny, przekonał rząd do utworzenia Arts Council. Ogłaszając to przez radio, cieszył się, że skarb państwa uznał wreszcie wspieranie „cywilizujących sztuk życia” za swój obowiązek, i dorzucił przekornie: |Niech każdy zakątek Wesołej Anglii weseli się na swój sposób — precz z Hollywood!”. W jednym z toastów nazwał ekonomistów powiernikami nie cywilizacji, lecz jej możliwości; ekonomia była dla niego li tylko środkiem do życia mądrego, przyjemnego i dobrego.

Wydatki na bezpieczeństwo są oczywistością. Ale czego właściwie bronimy?

Cyceron przestrzegał, że wśród oręża milkną prawa; potoczna mądrość dopowiada, że milkną i muzy. Polska żyje dziś w cieniu wojny za wschodnią granicą, a na pierwszy plan publicznych wydatków wysunęło się bezpieczeństwo. Potrzeby obronności nie kwestionujemy. Argument o pilniejszych potrzebach łatwo jednak uczynić zasadą bezterminową: zawsze znajdzie się coś, co trzeba opłacić wcześniej, a kultura przegrywa w tej kolejce po cichu, jej zaniedbania nie mają bowiem terminu wymagalności.

Czytaj więcej

Marek Migalski: Trzeba wreszcie zapytać o limity wydatków na zbrojenia

Warto więc zapytać, co właściwie ma być bronione. Terytorium, rzecz jasna, ale także wspólnota: jej pamięć, język i wyobraźnia. Ekonomista nazwie część tych korzyści efektami zewnętrznymi; wystarczy wszak pomyśleć o gminnej bibliotece, z której korzystają dzieci, rodzice i seniorzy, choć żaden bilet ani abonament nie pokryje wartości jej obecności. Kultura bynajmniej przy tym nie żyje poza gospodarką: według rachunku satelitarnego GUS wytworzyła w 2021 r. 63,2 mld zł wartości dodanej, 2,8 proc. całości. Gdyby jednak była mniejsza, biblioteka nadal nie musiałaby uzasadniać swego istnienia obrotami pobliskiej kawiarni.

Infografika z raportu „Ustawa o społecznym finansowaniu kultury” (NCK, UN Global Compact Network Pol

Infografika z raportu „Ustawa o społecznym finansowaniu kultury” (NCK, UN Global Compact Network Poland, 2026); dane: GUS, satelitarny rachunek kultury

Foto: mat. pras.

Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy co roku dowodzi, że hojności nam nie brakuje. Ale hojność to jeszcze nie system

W 2024 r. państwo i samorządy wydały na kulturę i ochronę dziedzictwa, po wyeliminowaniu transferów między budżetami, 21,4 mld zł, czyli 0,59 proc. PKB. Główny ciężar dźwigają samorządy, a więc te same kasy, z których łata się drogi i szkoły; za ogólnopolską średnią kryją się lokalne decyzje, czy wystarczy na program domu kultury, zakup książek albo utrzymanie niewielkiego muzeum.

Infografika z raportu „Ustawa o społecznym finansowaniu kultury” (NCK, UN Global Compact Network Pol

Infografika z raportu „Ustawa o społecznym finansowaniu kultury” (NCK, UN Global Compact Network Poland, 2026); dane: GUS, Ministerstwo Finansów

Foto: mat. pras.

Poza budżetem nie panuje przy tym pustka. Są fundacje, przedsiębiorcy, kolekcjonerzy i odbiorcy regularnie wspierający twórców, a Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy co roku dowodzi, że hojności nam nie brakuje. Mecenat ma zresztą wiele twarzy: obok darowizn i kolekcji jest mecenat rzeczowy i kompetencyjny, mikromecenat i zaangażowanie lokalnych wspólnot. Mecenasem bywa przedsiębiorca udostępniający przestrzeń, specjalista dzielący się wiedzą, firma oferująca technologię czy mieszkańcy, którzy regularnie wspierają swoją bibliotekę; w tym tkwi demokratyczny wymiar całej idei.

Podatkowy obraz tej hojności pozostaje jednak skromny. Z odliczenia darowizn w CIT skorzystało za 2024 r. 7452 spośród niemal 700 tys. podatników, mniej więcej co setny, i to na wszelkie cele, nie li tylko kulturalne. Wśród 30 organizacji, które otrzymały najwięcej z 1,5 proc. podatku, zabrakło zaś takiej, której głównym polem działania byłaby kultura. Pretensji do podatników mieć o to nie sposób, teatr nie powinien wszak ścigać się z apelem o leczenie dziecka; potrzebuje własnej drogi. Jej brak ma swoją cenę: w tegorocznym Global Soft Power Index Polska zajęła najwyższe w historii 31. miejsce, lecz w filarze „kultura i dziedzictwo” dopiero 41.

Infografika z raportu „Ustawa o społecznym finansowaniu kultury” (NCK, UN Global Compact Network Pol

Infografika z raportu „Ustawa o społecznym finansowaniu kultury” (NCK, UN Global Compact Network Poland, 2026); dane: Brand Finance, Global Soft Power Index 2026

Foto: mat. pras.

Nie zaczynamy od zera. Polska kultura mecenasami stała

Mecenat bywa przedstawiany jako obyczaj społeczeństw zamożniejszych, na który Polska musi jeszcze poczekać. Własna historia przeczy tej wygodnej wymówce. Gdy brakowało państwa, kulturę utrzymywały fundacje i składki: Józef Maksymilian Ossoliński powołał w 1817 r. Zakład Narodowy, Stanisław Kostka Potocki witał gości wilanowskiej galerii sentencją „Cunctis patet ingressus” („Wstęp wszystkim wolny”), Henryk Siemiradzki podarował w 1879 r. „Pochodnie Nerona”, dając początek Muzeum Narodowemu w Krakowie, a gmach Zachęty wzniosło towarzystwo miłośników sztuki. Po odzyskaniu niepodległości 6,3 tys. darczyńców, ot choćby szkoły, cechy i stowarzyszenia, kupowało cegiełki na odnowę Wawelu; kilkaset z nich do dziś tkwi w murze przy drodze do Bramy Herbowej. Prywatne nie musiało stać się państwowym, by stać się publicznie dostępnym.

Znamy też cenę przerwanej ciągłości. Obrazy, które londyński marszand Noël Desenfans gromadził od 1790 r. dla Stanisława Augusta, nie dotarły do Warszawy, bo zabrakło Rzeczypospolitej, i dały początek Dulwich Picture Gallery. Po 1945 r. mecenat stał się zaś na pół wieku monopolem państwa, a przyzwyczajenie, że za kulturę płaci wyłącznie budżet, przetrwało dłużej niż ustrój, który je zrodził. Stąd współczesny polski paradoks: przez trzy dekady nauczyliśmy się tworzyć bogactwo, budować przedsiębiorstwa i gromadzić prywatny kapitał, lecz nie zbudowaliśmy równie dojrzałej architektury, która zamieniałaby ten sukces w trwałe instytucje dobra wspólnego. Miarą cywilizacyjnej dojrzałości jest przecież nie tylko zamożność, ale i gotowość do dzielenia się oraz mechanizmy, które tę gotowość wspierają.

Kalendarium mecenatu: wybrane daty przywołane w tekście; opracowanie własne

Kalendarium mecenatu: wybrane daty przywołane w tekście; opracowanie własne

Foto: mat. pryw.

Prawo, które dostrzega pożytek z mecenatu kultury

Takie pytania postawiliśmy sobie, współtworząc raport o społecznym finansowaniu kultury, przygotowany z inicjatywy Narodowego Centrum Kultury i UN Global Compact Network Poland; jego premiera odbędzie się 29 października podczas II Forum Mecenatu we Wrocławiu. Pracowały nad nim zespoły praktyków prawa podatkowego i administracyjnego, doradców podatkowych, ekonomistów, przedstawicieli organizacji pracodawców i środowisk mecenasów; łącząc ich perspektywy z doświadczeniem instytucji kultury, proponujemy nową umowę społeczną na rzecz kultury. Diagnoza jest prosta: polskie prawo nie tyle zakazuje mecenatu, ile go nie dostrzega. Preferencje, rozproszone po kilkunastu ustawach, zależą od formy organizacyjnej podmiotu, a powinny zależeć od tego, czy jego działalność rzeczywiście służy publiczności.

Najlepiej pokazać to na przykładach. Kolekcjoner otwierający zbiory dla zwiedzających winien móc liczyć na preferencje w podatku od nieruchomości, podobnie jak właściciel, który nieodpłatnie oddaje lokal na próby czy wystawy. Fundator stypendium za osiągnięcia artystyczne powinien dostać mechanizm, jaki dziś przysługuje li tylko osiągnięciom naukowym i sportowym. Proponowana ulga na kulturę objęłaby zarówno wsparcie instytucji, jak i wydatki na uczestnictwo: bilety, karnety, edukację artystyczną. Dzieła sztuki, dziś obłożone 23-proc. VAT, mogłyby korzystać ze stawki obniżonej, a ich czasowy wywóz na zagraniczne wystawy stałby się prostszy.

Czytaj więcej

Michał Laszczkowski: Bardzo lubię przełamywać stereotypy

Jest wreszcie pomysł, który Keynes by docenił: gdy spór o karę umowną z zamówienia publicznego kończy się ugodą korzystniejszą od prawdopodobnego wyroku, ustawowo ograniczona część tej nadwyżki mogłaby trafić na cel kulturalny, przy przejrzystym wyborze beneficjenta i bez korzyści dla stron sporu.

Niczego egzotycznego przy tym nie wymyślamy. Francuska ustawa Aillagona z 2003 r. pozwala firmom obniżyć podatek o 60 proc. wartości darowizny, a osobom prywatnym o 66 proc.; włoski Art Bonus od 2014 r. zwraca darczyńcom dziedzictwa 65 proc. wpłaty. W obu krajach mecenat przestał być gestem wyjątkowym i stał się obyczajem.

Mecenat nie zwalnia państwa z odpowiedzialności za kulturę

Publiczne finansowanie kultury należy do największych osiągnięć nowoczesnego państwa i mecenat nie ma go ani ograniczać ani zastępować. Za zachętami stoi, rzecz jasna, publiczny koszt; ulga nie staje się darmowa tylko dlatego, że nie nazywa się dotacją. Trzeba więc sprawdzać, czy uruchamia nowe wsparcie, czy jedynie nagradza wydatki, które i tak by poniesiono, i pilnować, by jej owoce nie zostawały w wielkich miastach i przy widowiskowych festiwalach. Zależność od jednego darczyńcy nie staje się zaś bezpieczna tylko dlatego, że jest on prywatny, a mecenat to coś więcej niż elegantsza nazwa sponsoringu: sponsor kupuje umówioną promocję, mecenas wspiera działalność, nie nabywając prawa do rozstrzygania, co artysta ma powiedzieć.

Kultura potrzebuje pieniędzy publicznych, przychodów własnych, darowizn i długofalowych funduszy; ich rozsądne połączenie daje większą szansę na ciągłość niż oczekiwanie na jednego wybawcę. Wolność kultury wyrasta właśnie z różnorodności źródeł: żaden fundator, publiczny ani prywatny, nie powinien mieć monopolu na artystyczną wyobraźnię. Chodzi o poszerzenie społecznej odpowiedzialności za kulturę, a nie o zwolnienie państwa z jego zobowiązań.

Prawo nie stworzy zachwytu nad obrazem ani nie nauczy hojności. Może jednak sprawić, że człowiek gotowy podzielić się jednym i drugim nie straci zapału w zetknięciu z formularzem. Ekonomista z Cambridge sięgnął wszak do dwóch kieszeni. Polska kultura również potrzebuje obu.

Waldemar Karpa

Waldemar Karpa

Foto: mat. pras.

Autor

Waldemar Karpa

Ekonomista, kierownik Katedry Ekonomii w Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie

Robert Piaskowski

Robert Piaskowski

Foto: mat. pras.

Autor

Robert Piaskowski

Dyrektor Narodowego Centrum Kultury

Elżbieta Wojtczak

Elżbieta Wojtczak

Foto: mat. pras.

Autorka

Elżbieta Wojtczak

Pracodawcy RP – przewodnicząca Platformy Kultury, CEO Communication Unlimited