Polska polityka raz po raz dostarcza nam dowodów na to, że bliskość władzy bywa traktowana jako przepustka do przywilejów niedostępnych zwykłemu obywatelowi. Najnowsza afera związana ze szczególnym traktowaniem polityków Koalicji Obywatelskiej – niezależnie od jej szczegółowego przebiegu i ostatecznych ustaleń – uruchomiła coś, co od dawna tliło się pod powierzchnią polskiego życia publicznego: społeczne oburzenie na zasadę, że jedni są równiejsi od drugich. I właśnie to oburzenie, choć bolesne i kosztowne politycznie, może stać się punktem zwrotnym. Może pomóc nam zbudować Rzeczpospolitą w jej najgłębszym, źródłowym sensie – wspólnotę wolnych i równych obywateli, a nie zbiór kast, układów i koterii.
Moim zdaniem afera ta – i fala gniewu, jaką wywołała – niesie w sobie potencjał konstruktywny. Nie chodzi o to, by cieszyć się z czyjejś kompromitacji, lecz o to, by dostrzec w tym momencie społecznej wrażliwości szansę na odbudowę republikańskiego rdzenia polskiej polityki: przekonania, że prawo i godność obywatelska nie znają wyjątków ze względu na legitymację partyjną, towarzyskie układy czy przynależność do nieformalnej kasty rządzących. Im głośniejszy sprzeciw wobec uprzywilejowania, tym silniejszy fundament pod państwo oparte na zasłudze, kompetencji i służbie – a nie na przynależności do właściwego środowiska.
Kastowość jako choroba wspólnoty
Kastowość nie jest pojęciem zarezerwowanym dla systemów odległych kulturowo. To zjawisko głęboko zakorzenione również w polskiej rzeczywistości: w sądownictwie, w medycynie, na uczelniach, w administracji, a przede wszystkim w polityce. Przejawia się nie tylko w jawnym łamaniu prawa, lecz znacznie częściej w mechanizmach subtelniejszych – w nieformalnych sieciach znajomości, w przekonaniu, że „swój swojemu" załatwi, w milczącej akceptacji, że pewne stanowiska i przywileje krążą w zamkniętym obiegu.
Afera ze specjalnym traktowaniem polityków KO jest bolesna właśnie dlatego, że obnaża ten mechanizm w środowisku, które samo siebie definiowało jako partię z natury obywatelska, a nie elitarystyczna. To pokazuje, że problem kastowości nie jest cechą jednej formacji politycznej, lecz strukturalną pokusą władzy jako takiej – pokusą, która dotyka każdego obozu, jeśli nie zostanie świadomie i systemowo powstrzymana.
Społeczne oburzenie, jakie temu towarzyszy, jest więc czymś więcej niż chwilowym wybuchem frustracji. To sygnał dojrzewania obywatelskiego – znak, że Polacy nie akceptują już podziału na „my, zwykli obywatele" i „oni, którym wolno więcej". A to jest dokładnie ten rodzaj wrażliwości, na którym można zbudować trwałe instytucje.
Czytaj więcej
Przepracowałem w ochronie zdrowia 45 lat i dużo widziałem, ale to, o czym niedawno usłyszałem, wprawiło mnie w kompletne zakłopotanie, osłupienie i...
Rzeczpospolita jako wspólne dobro, nie jako łup
Słowo „Rzeczpospolita" – res publica – oznacza dosłownie rzecz wspólną, sprawę publiczną. Nie jest to nazwa państwa należącego do rządzących, lecz określenie wspólnoty, za którą odpowiedzialność ponosi każdy obywatel, niezależnie od pełnionej funkcji. Im bardziej politycy – dowolnej opcji – traktują urząd jako prywatny zasób, z którego można czerpać korzyści dla siebie i swojego środowiska, tym bardziej oddalamy się od republikańskiego ideału.
Oburzenie wywołane aferą może odegrać rolę korygującą właśnie dlatego, że przypomina elitom – politycznym, ale i zawodowym – iż mandat społeczny nie jest tytułem do przywilejów, lecz zobowiązaniem do służby. To rozróżnienie jest kluczowe. Praca sędziego nie jest jedynie wykonywaniem zawodu prawniczego – jest służbą na rzecz sprawiedliwości jako dobra wspólnego. Praca lekarza nie ogranicza się do wykonywania procedur medycznych – jest służbą na rzecz zdrowia społeczeństwa. Praca profesora czy nauczyciela nie sprowadza się do realizacji programu nauczania – jest budowaniem kapitału intelektualnego i moralnego całej naszej wspólnoty politycznej, naszej Rzeczypospolitej. Każdy z tych zawodów, wykonywany uczciwie, jest formą obywatelskiego wkładu w dobro wspólne – i każdy z nich traci sens, gdy zostaje skażony logiką kastowości, układów, protekcji, partykularnych interesów.
Czytaj więcej
PiS nie musi zyskać na aferze w Szpitalu Południowym, ale Donald Tusk wraz z KO i tak znaleźli się na kursie do utraty władzy.
Zasługa zamiast układu. Otwartość w życiu publicznym
Jeśli afera ma przynieść coś dobrego, powinna stać się impulsem do jasnego ustalenia reguły: o awansie, o stanowisku, o dostępie do zasobów publicznych decydować ma kompetencja i zasługa, nie legitymacja partyjna ani towarzyskie powiązania. To zasada banalna w teorii i trudna w praktyce – bo wymaga rezygnacji z najwygodniejszego narzędzia władzy, jakim jest rozdawanie stanowisk swoim.
Otwartość, o której tu mowa, nie jest sloganem, lecz konkretnym programem instytucjonalnym: przejrzyste konkursy na stanowiska publiczne, jawne kryteria awansu, niezależne mechanizmy kontroli, realna odpowiedzialność za nadużycia – niezależnie od tego, kto i z jakiego środowiska się ich dopuścił. To podejście, które można nazwać ideą otwartości w życiu publicznym – odpowiednikiem otwartej dyplomacji w polityce zagranicznej: nie zamknięty krąg wtajemniczonych, lecz przejrzystość, kompetencja i dialog jako fundamenty działania.
Czytaj więcej
Tego typu afery, jak ta Szpitala Południowego, odkładają się w pamięci społeczeństwa. PiS też nie straciło władzy z powodu jednego wydarzenia, lecz...
Od oburzenia do odpowiedzialności. Jak przekuć emocje w zmianę?
Największym ryzykiem każdej afery jest to, że oburzenie wyczerpie się w emocjach – w komentarzach, w internetowej furii, w chwilowym spadku poparcia – nie przekładając się na trwałą zmianę instytucjonalną. Dlatego kluczowe jest, by ten moment społecznej wrażliwości przekuć w coś więcej niż polityczny spór o to, kto bardziej zawinił.
Prawdziwą miarą dojrzałości obywatelskiej nie jest to, czy potrafimy się oburzyć, lecz to, czy potrafimy z tego oburzenia wyciągnąć wnioski systemowe – niezależne od tego, kogo akurat dotyczy afera. Obywatel odpowiedzialny za dobro wspólne to ktoś, kto domaga się tych samych standardów od własnej formacji politycznej, co od przeciwników. To ktoś, kto odrzuca kastowość nie dlatego, że akurat krzywdzi go ona personalnie, lecz dlatego, że jest sprzeczna z samą ideą równości obywatelskiej i szkodzi naszej wspólnej Rzeczpospolitej.
Polacy wierzą we wspólnotę wolnych i równych. Nie godzą się na jej zamianę w system kast.
Afera ze szczególnym traktowaniem polityków KO obnażyła mechanizm, który od dawna podgryza polską wspólnotę polityczną – przekonanie, że bliskość władzy daje prawo do wyjątków. Społeczne oburzenie, jakie temu towarzyszy, jest bolesne dla rządzących, ale cenne dla państwa. Jest bowiem dowodem, że Polacy coraz bardziej zaczynają wierzyć w ideał Rzeczpospolitej jako wspólnoty wolnych i równych – i nie godzą się na jej zamianę w system kast.
Jeśli z tego kryzysu wyciągniemy właściwe wnioski – jeśli zasada zasługi i służby zastąpi logikę układów, jeśli sędzia, lekarz, profesor, dyplomata i nauczyciel będą postrzegani nie jako wykonawcy zawodu, lecz jako współbudowniczowie dobra wspólnego – to afera, która dziś wydaje się kompromitacją, może okazać się jednym z tych bolesnych, lecz koniecznych momentów, w których wspólnota uczy się siebie samej na nowo. To jest stawka, na którą warto postawić. Bo naszym najważniejszym zadaniem jest budowanie Najjaśniejszej Rzeczpospolitej – dobrze funkcjonującej i sprawiedliwej wspólnoty politycznej, co, według Jamesa Harringtona, jest najwyższym, najpiękniejszym dziełem sztuki, jakie ludzie mogą stworzyć na tym świecie.