Wprawdzie od jakiegoś czasu w środowisku mówiło się, że ktoś gdzieś bardzo dużo zarabia, że są kominy płacowe, ale chyba nikt nie przypuszczał, że te kominy są aż tak wysokie. I dotyczą tak młodej osoby jak Dawid Kacprzyk. Podobno w Wielkopolsce jest już 36 milionerów wśród lekarzy, a pięciu z nich zarabia powyżej 2 mln zł. Uważam, że to jest naganne.

Reklama
Reklama

W Polsce najważniejsze w zawodzie lekarza stały się pieniądze

Wszyscy wiemy, że przez lata pracownicy ochrony zdrowia zarabiali kiepsko. W końcu powoli zaczęto to naprawiać i z roku na rok lekarze i pielęgniarki są coraz lepiej wynagradzani, są przepisy gwarantujące im podwyżki. Niestety nie uregulowano całego systemu i ludzie dostrzegli możliwość wykorzystania tego w sposób nieodpowiedzialny i nieuczciwy. Najważniejsze w naszym zawodzie stały się pieniądze, a mało kto mówi dzisiaj o tym, co jest sensem i wartością tego zawodu. Kompletnie zagubiono poczucie pewnej misji, zapomniano o niezbędnej empatii, szacunku wobec człowieka, o powołaniu i zasadzie primum non nocere.

Słyszę, że lekarze pracują po 300-400 godzin w miesiącu, czyli ok. 15-16 godzin na dobę. Przecież to absurd. Jakie decyzje może podejmować tak zmęczony lekarz? To niebezpieczeństwo dla pacjenta. Wszystko zostało zdezawuowane, a przecież to te wartości, a nie finansowy zysk, są istotą bycia lekarzem. Oczywiście, że tę ciężką pracę, wiele lat nauki – a przypomnę, że w tym zawodzie nauka nigdy się nie kończy, bo medycyna się zmienia, są nowe możliwości leczenia i o tym lekarze muszą wiedzieć na bieżąco – trzeba godnie wynagrodzić, lecz nie w oderwaniu od rzeczywistości.

Czytaj więcej

Nawet 350 tys. za miesiąc pracy na pojedynczej fakturze lekarza. „Rz” ujawnia dane o najwyższych kontraktach w publicznej ochronie zdrowia

W przypadku Szpitala Południowego chodzi nie tylko o zbyt wysokie i nieuzasadnione zarobki, ale też o decyzję o powierzeniu odpowiedzialnego stanowiska komuś, kto nie miał ani wykształcenia do tego, ani doświadczenia w kierowaniu zespołem. Mowa jest jeszcze o nieprawidłowościach w wystawianiu faktur. Ktoś na to wszystko pozwalał, akceptował, podpisywał… To sprawa dla prokuratora.

Lekarze powinni pamiętać, że są tylko częścią całego systemu opieki nad chorymi

Ja chcę mówić o nas. O ludziach służby zdrowia. Przecież my stanowimy pewną społeczność, w której każdy jest ważny – od pań rejestratorek, salowych, laborantek, techników rtg, pielęgniarek, aż po lekarzy wszystkich specjalności. To oczywiste, że wysokość pensji musi być zależna od poziomu wykształcenia, umiejętności, doświadczenia i odpowiedzialności. Jednak nie może tak być, że lekarz, który zarabia 200 tys. zł miesięcznie, przychodzi na blok operacyjny, gdzie cała reszta osób, bez których on nie zrobiłby żadnej operacji, zarabia ledwie po 6 tys. zł czy 7 tys. zł. To jest po prostu nieuczciwe.

Lekarze powinni pamiętać, że są tylko częścią całego systemu opieki nad chorymi, że jest tam jeszcze mnóstwo osób, które muszą spełniać swoje obowiązki wzorowo, żeby ten lekarz mógł takie pieniądze zarobić, ale niech i oni przy okazji też coś z tego mają, czyli dobre pensje. Jednak system jest niespójny. I np. pielęgniarki każdego roku powinny mieć 8-proc. rewaloryzację, tymczasem są szpitale, które nie mogą im tego zapewnić, bo kontrakty i koszty poszczególnych procedur rewaloryzowane nie są i dyrektor nie ma na to pieniędzy. A temu chirurgowi czy innemu specjaliście dał wysokie uposażenie, bo inaczej musiałby zamknąć oddział i straciłby kontrakt z NFZ.

Naprawę systemu w ochronie zdrowia zacząłbym od ograniczenia wynagrodzeń lekarzy

Dlatego naprawę systemu w ochronie zdrowia zacząłbym od ograniczenia wynagrodzeń, przede wszystkim lekarzy, tak jak w krajach Unii Europejskiej. Kierownik kliniki w Niemczech czy Szwajcarii, który jest profesorem, ma najwyższe wykształcenie, wiedzę, doświadczenie i wygrał konkurs na to stanowisko, może zarobić mniej więcej w granicach 250 tys. euro rocznie, czyli ok. 1 mln zł. Przypominam, że mówimy o lekarzu z najwyższym stopniem referencyjności, odpowiedzialności, prowadzącym klinikę w szpitalu uniwersyteckim, która zapewnia postęp w leczeniu, wysoki poziom terapii i gdzie trafiają najtrudniejsze przypadki. Natomiast jeżeli ktoś chce dorobić, to oczywiście są prywatne szpitale, profesor może być zaproszony przez chorego na konsultację albo poproszony, żeby go zoperował, za co ten pacjent mu zapłaci. Ale praca w klinice z „usługą” prywatną nie może być w żaden sposób łączona.

Czytaj więcej

Podwyżki dla medyków od 1 lipca. W tle możliwe cięcia w finansowaniu ochrony zdrowia

Zacząłbym więc od określenia limitu zarobków. Kryteria są jasne: wykształcenie, umiejętności, doświadczenie. Uważam, że lekarz w Polsce nie powinien zarabiać więcej niż 50-60 tys. zł miesięcznie. I to ten z najwyższymi kwalifikacjami. Odpowiednio mniej ci, których umiejętności i wykształcenie są niższe, którzy dopiero zaczynają pracę. Jeżeli tak wyglądałby system na terenie całego kraju, to skończyłoby się przekupywanie specjalistów. Lekarz z określonym wykształceniem i kwalifikacjami dostałby wszędzie tyle samo pieniędzy: w Krakowie, Suwałkach i Krotoszynie. Jeżeli młody lekarz się dokształci, zda egzaminy specjalizacyjne i nabędzie doświadczenia, będzie coraz lepiej zarabiał w publicznym szpitalu. Jeżeli będzie na tyle dobry, że pacjenci mu zaufają, to poza pracą w szpitalu może dorabiać w prywatnym gabinecie. Jest wolny rynek, będziesz dobry, będziesz miał pacjentów i pieniądze.

Czas zmienić system kształcenia lekarzy i zmniejszyć różnice w zarobkach między lekarzami różnych specjalności

Uważam również, że trzeba zmienić system ewaluacji lekarza w trakcie specjalizacji i system kształcenia rezydentów. Lekarz rezydent nie jest na tyle wykształcony, żeby mógł samodzielnie pracować, a powinien. Decydujący jest system szkolenia wewnętrznego. Ale znowu: pieniądze z NFZ są za konkretne procedury, wycenione są zabiegi, określona liczba dni hospitalizacji, wszystko musi się „domknąć”. To kto będzie ryzykował i dopuszczał młodego i niedoświadczonego medyka do stołu operacyjnego? No, to gdzie on ma się wszystkiego nauczyć?

Kolejną patologią są różnice w zarobkach między lekarzami różnych specjalności. Dlaczego jedni specjaliści zarabiają dobrze, a inni nie? Ponieważ lobbyści różnych specjalności załatwili sobie bardzo dobrze wycenione kontrakty, podczas gdy inna grupa specjalistów nie miała takiej siły przebicia i dostała kontrakty o niskich wycenach procedur, więc mają mniej pieniędzy. Ale przecież wszystkie specjalności są równie ważne. Każdą chorobę trzeba leczyć.

Dlaczego szpitale podlegają politykom?

Następny problem to niesamowity bałagan administracyjny spowodowany tym, że szpitale mają różne organy założycielskie, czyli podlegają marszałkom, starostom lub prezydentom miast, a więc politykom. Są jeszcze szpitale uniwersyteckie, gdzie organem założycielskim jest Uniwersytet Medyczny, i branżowe, jak szpitale MSWiA, i wreszcie instytuty naukowo-badawcze, np. Instytut Onkologii w Warszawie, podlegające bezpośrednio Ministerstwu Zdrowia. Tych „udziałowców” do mieszania w szpitalnym kotle jest tylu, że dyrektorzy w razie kłopotów mają gdzie szukać wsparcia.

Najczęściej idą do władzy, czyli do polityków. Kto ma lepsze dojścia i układy, ten zapewnia lepszy byt swojemu szpitalowi. Jedni dyrektorzy urządzają 200-osobowe spotkania noworoczne, a innych nie stać na kupno nowego stołu operacyjnego. Do służby zdrowia wkroczyła polityka i np. podczas konkursów na dyrektora lokalna władza może, choć nie powinna, w znaczący sposób wpływać na różne szpitalne decyzje. Zdarzają się sytuacje, że ktoś dyrektoruje przez 30 lat – dlaczego nie ustanowiono kadencyjności? – staje się nieomylny, najlepiej wie, dobiera sobie „odpowiednich” ludzi, i bywa, że ta placówka nie rozwija się tak, jak mogłaby się rozwijać, ma kłopoty. A organ założycielski patrzy i… dosypuje kilka milionów. Jakiż polityk dopuściłby do upadku „jego” szpitala?

Foto: rp.pl/Weronika Porębska

Warto też przyjrzeć się administracji szpitali i liczbie pracowników, zrobić profesjonalny audyt, policzyć, ile pieniędzy z kontraktów pochłaniają płace tej grupy. Może dałoby się to trochę ograniczyć?

Jak się zmieni władza, saloniki VIP pozostaną, bo dyrektorzy wiedzą, że warto z politykami trzymać

Ogromne oburzenie wywołała teraz wiadomość o saloniku dla VIP-ów. Otóż ja, przez tyle lat pracy jako szef kliniki, wprawdzie nie miałem saloniku, ale telefony od polityków i owszem. Z lewa, z prawa, z centrum, ze środka, opcja nie ma znaczenia… Trzeba kogoś przyjąć, natychmiast skonsultować, pilnie zoperować. Czasami polityk dzwonił wprost do dyrektora, a dyrektor do mnie, że trzeba to absolutnie załatwić. Takie saloniki były i są w szpitalach od Gdańska po Zakopane. Co więcej, jak się zmieni władza, saloniki pozostaną, bo dyrektorzy wiedzą, że warto z politykami trzymać, w razie czego lepiej mieć ich po swojej stronie. A politycy, każdej opcji, są tego świadomi. Takie obyczaje zresztą panują w wielu krajach Europy Środkowo-Wschodniej, ale nie Europy Zachodniej. Czy ktoś wreszcie odetnie polityków od ingerencji w „organizację” pracy w polskich szpitalach?

Przy okazji rozważmy sens istnienia rad nadzorczych. Co robią i np. jaką odpowiedzialność poniosą jej członkowie w Szpitalu Południowym? Na razie dowiedziałem się z radia, że w radzie nadzorczej można zarobić rocznie ok. 90 tys. zł. Czy to też są pieniądze z NFZ?

Czytaj więcej

Prywatny biznes pracuje nad deregulacją ochrony zdrowia. Ustalenia „Rzeczpospolitej”

To zaledwie garstka najpilniejszych spraw do uporządkowania systemu ochrony zdrowia. Muszę wyznać, że sporo lekarzy jest zadowolonych, że afera w Szpitalu Południowym wybuchła, bo ten wybuch wielu obudził, choć nie wszystkich od razu. Boli mnie, że tak długo milczało Ministerstwo Zdrowia, gdy społeczeństwo niemal każdego dnia dowiadywało się, iż nie jest to jedyny szpital, w którym źle się dzieje – to nas akurat nie cieszy – ale może wreszcie rozpocznie się poważna publiczna debata na ten temat.

Jak powinny wyglądać zmiany w ochronie zdrowia?

Nawet jeśli najpierw wszyscy się pokłócimy, politycy skonfliktowanych partii będą się prześcigać we wzajemnych oskarżeniach, to w końcu kurz opadnie i trzeba będzie usiąść do stołu ponad podziałami, ponad interesami partyjnymi, i zacząć rozmawiać. Bez polityków, za to z fachowcami: medykami, ekonomistami, demografami, specjalistami od spraw społecznych. Niech ustalą, ile i gdzie potrzeba szpitali, o jakich profilach, ile pieniędzy przeznaczamy na płace, ile na terapie, itp. itd. I zapiszmy dużymi literami, że to, co uzgodniono, obowiązuje każdą kolejną władzę, która wygra wybory.

A potem to wszystko cierpliwie i klarownym językiem trzeba wyjaśnić społeczeństwu. Ludzie muszą wiedzieć, ile naprawdę kosztuje służba zdrowia, i na co konkretnie idą ich pieniądze. Zwłaszcza wtedy, gdy oni sami idą do lecznicy prywatnej albo organizują zbiórki na leczenie. Bo nie mają wyjścia.

Autor

Prof. zw. dr hab. n. med. Wojciech Golusiński

Kierownik Katedry i Kliniki Chirurgii Głowy, Szyi i Onkologii Laryngologicznej. Jeden z pionierów chirurgii robotowej w Polsce, specjalizujący się w nowotworach głowy i szyi