Na zajęciach ze studentami kierunku zarządzanie i socjologia w biznesie i mediach na renomowanej polskiej uczelni pytam: „Kto z państwa wie, że oprócz obywatelstwa krajowego posiada również obywatelstwo Unii Europejskiej i co z niego wynika?”. Cisza. Nikt nie podnosi ręki. Tłumaczę zatem, że obywatelstwo Unii ma charakter dodatkowy w stosunku do obywatelstwa krajowego i posiada je każdy obywatel państwa członkowskiego UE. Gdy pytam, czy wiedzą, jakie prawa przysługują im z racji bycia obywatelami Unii, sala nerwowo wzrusza ramionami. Gdy wyjaśniam, że zarówno prawo do swobodnego przemieszczania się po całej UE, prawo wyborcze do Parlamentu Europejskiego, ochrona dyplomatyczna i konsularna w krajach trzecich, w których nie ma polskiej placówki, a także prawo składania skarg do Europejskiego Rzecznika Praw Obywatelskich – dla studentów to szczere zaskoczenie. Dla mnie z kolei to już nie jednorazowa anegdota, tylko smutny, powtarzalny wzór.
Jako że zbliżamy się do dziesiątej rocznicy referendum brexitowego (23 czerwca 2016 r.) – momentu, w którym deficyt elementarnej wiedzy o UE połączył się z agresywną kampanią antyunijną, doprowadzając Wielką Brytanię do brexitu – warto zapytać, czy Polska wyciągnęła z tego doświadczenia jakąś lekcję. Wspomniane wyżej zakłopotanie studentów dotyczące ich statusu obywateli Unii jest tylko jednym z przykładów na to, że nie.
Czytaj więcej
Dziesięć lat po referendum rozwodowym po raz pierwszy na Wyspach rozgorzała debata, jak wrócić do Unii Europejskiej.
Młodzi ludzie urodzeni po wejściu Polski do UE funkcjonują w Unii bez świadomości jej znaczenia: bez trudu przekraczają granice, korzystają z programów mobilności, wchodzą na europejski rynek pracy i głosują w wyborach europejskich, lecz nie identyfikują tych doświadczeń jako przejawów przynależności do wyjątkowej wspólnoty. Unia stanowi dla nich przezroczyste środowisko działania – zestaw oczywistych możliwości, które „po prostu są”, a nie wynikają z określonego porządku instytucjonalnego.
Kolejnym dowodem ograniczonej wiedzy o Unii wśród Polaków są wyniki badań opinii publicznej, w tym sondażu pracowni Opinia24 z marca 2024 r. dla TOK FM, w którym aż 58 proc. respondentów błędnie uznało, że prawo krajowe ma pierwszeństwo przed prawem unijnym. Większość Polaków nie wie nie tylko, że prawo UE ma pierwszeństwo stosowania przed prawem krajowym, lecz także że nie jest to wrogim przejęciem suwerenności, lecz efektem dobrowolnej zgody państw, które przystąpiły do Unii w celu uzyskania konkretnych korzyści. Rezygnując z części indywidualnej suwerenności de iure, państwa zyskały kolektywną suwerenność de facto – rozumianą jako zdolność wspólnego działania i rozwiązywania problemów pozostających poza ich indywidualną kontrolą oraz wzmocniły swoją pozycję przetargową na arenie globalnej.
Co więcej, w świadomości publicznej rzadko wybrzmiewa fakt, że to państwa współtworzą prawo unijne poprzez swoich ministrów w Radzie UE. W Parlamencie Europejskim czynią to z kolei europosłowie wybierani w wyborach powszechnych przez obywateli. Prawo unijne nie jest zatem „narzucane” z zewnątrz przez tzw. „Brukselę”, lecz stanowi efekt współdecydowania naszych przedstawicieli. Problem w tym, że rzadko bywa to jasno i rzeczowo komunikowane.
Czytaj więcej
Weto prezydenta Karola Nawrockiego wobec ustawy o SAFE to nie tylko kolejna odsłona sporu z rządem Donalda Tuska. To przede wszystkim element narra...
Paradoks socjalizacji. Żyjemy w Unii, której nas nie nauczono
Przywołane powyżej przykłady dobrze ilustrują jeden z najbardziej niedocenianych paradoksów integracji europejskiej – asymetrię między wysokim poziomem współzależności polityczno-instytucjonalnej państw członkowskich, a chronicznie niskim poziomem socjalizacji obywateli do funkcjonowania w porządku unijnym. Można zaryzykować tezę, że UE jest jedynym na świecie ponadnarodowym systemem politycznym dysponującym kompetencjami prawotwórczymi, własnymi wybieralnymi instytucjami demokratycznymi oraz autonomicznym systemem prawnym, który nie wykształcił efektywnych mechanizmów edukacyjnych i komunikacyjnych budujących podstawy jego społecznej legitymizacji.
Unia nie posiada nawet minimalnego, wspólnego systemu edukacji europejskiej, który pozwalałby obywatelom poznać i zrozumieć sens oraz cele integracji, mechanizmy decyzyjne, podział kompetencji między poziomem unijnym a krajowym, a także prawa i obowiązki wynikające z członkostwa w UE – swoistego, zeuropeizowanego odpowiednika wiedzy o społeczeństwie.
Źródłem tego paradoksu jest fakt, że edukacja należy do wyłącznych kompetencji państw członkowskich. Zgodnie z art. 165 Traktatu o funkcjonowaniu UE Unia może jedynie koordynować i uzupełniać działania państw, nie może natomiast harmonizować systemów edukacyjnych, ani narzucać treści nauczania. Oznacza to, że zakres wiedzy o UE pozostaje w gestii władz krajowych i kształtowanych przez nie programów nauczania.
Te zaś traktują edukację europejską – ujmując rzecz dyplomatycznie – marginalnie. W polskim curriculum tematyka unijna pojawia się stosunkowo późno, zwykle na końcu podręczników, w kilku suchych podrozdziałach poświęconych instytucjom, oderwanych od doświadczenia ucznia. Ponadto krajowi politycy nie inwestują wystarczających zasobów intelektualnych i komunikacyjnych w wyjaśnianie korzyści płynących z integracji, logiki funkcjonowania Unii, ani w systematyczne obalanie mitów na jej temat. Unia bywa przy tym implicite traktowana jako projekt samouzasadniający się funkcjonalnie. Ten strukturalny deficyt europejskiej socjalizacji jest szczególnie uderzający w sytuacji, gdy stosunek do UE staje się jedną z głównych osi podziałów socjopolitycznych w Europie.
Czytaj więcej
Dlaczego Europa – kontynent o ogromnym potencjale – zachowuje się jak polityczny karzeł? Dlaczego oczywiste fakty nie przekładają się na działanie?...
Europeizacja sprzeciwu postępuje szybciej niż europeizacja zrozumienia
Efekt jest dość ponury. Badania nad eurosceptycyzmem pokazują, że sprzeciw wobec UE został skutecznie zeuropeizowany: partie, media i organizacje krytyczne wobec Unii są aktywne i szeroko przebijają się do głównego nurtu ze swoim przekazem o „dyktacie Brukseli”, „ideologii elit” i „zamachu na suwerenność”. Jednocześnie pogłębione wyjaśnienia procesów decyzyjnych, kompromisów i realnych dylematów integracyjnych przebijają się słabo, w sposób fragmentaryczny i techniczny. Obywatele częściej stykają się z uproszczonymi i emocjonalnymi opiniami niż z systematyczną wiedzą opartą na faktach.
Co bardziej niepokojące, w Polsce w ostatnich latach eurosceptyczna narracja – od ostrzeżeń przed „dyktatem Niemiec” po opowieści o „obcej ideologii z Brukseli” – przestała być domeną jednej partii. Przeniknęła do dyskursu głównego nurtu, także tam, gdzie deklaratywnie dominuje proeuropejskość. Przy braku elementarnej wiedzy na temat funkcjonowania Unii skutkiem takiego stanu rzeczy jest obniżenie unijnej legitymizacji i wzrost eurosceptycyzmu.
Najbardziej uderzające jest to, że zaniechania w obszarze edukacji europejskiej trudno wytłumaczyć, kierując się zdrowym rozsądkiem. Są one strategicznie irracjonalne, bo czynią Unię i jej państwa członkowskie, w tym Polskę, bezbronne wobec dezinformacji i antyeuropejskiej propagandy. W czasach zaawansowanej wojny hybrydowej i zagrożeń informacyjnych ze strony aktorów zewnętrznych, takich jak Rosja, Chiny czy ostatnio także USA, stabilność demokracji i UE coraz bardziej zależy od odporności poznawczej obywateli. Europejska edukacja obywatelska powinna zatem być traktowana jako jedno z kluczowych narzędzi polityki bezpieczeństwa państwa.
Co istotne – i podwójnie paradoksalne – problem ten został zdiagnozowany przez samych obywateli: w raporcie końcowym Konferencji w sprawie Przyszłości Europy z 2022 r. uczestnicy wielomiesięcznych deliberacji kilkukrotnie rekomendowali podjęcie działań na rzecz uczynienia UE bardziej zrozumiałą i dostępną, m.in. poprzez zagwarantowanie minimalnego poziomu edukacji na temat UE, historii integracji i obywatelstwa europejskiego. Badania opinii publicznej, w tym specjalne fale Eurobarometru dotyczące demokracji, przestrzeni informacyjnej i mediów społecznościowych (2024–2025), wskazują też na rosnące oczekiwanie obywateli, by instytucje unijne aktywniej chroniły obywateli przed manipulacją informacyjną.
Co to wszystko znaczy dla Polski?
Biorąc pod uwagę sondaże wskazujące, że niemal jedna czwarta Polaków poparłaby hipotetyczny polexit (np. badania IBRiS i Ogólnopolskiej Grupy Badawczej z przełomu 2025–2026), warto przywołać lekcję z historii. W czerwcu 2008 r. Irlandczycy w referendum ratyfikacyjnym odrzucili Traktat Lizboński głosami 53,4 proc. przeciw. Zlecony przez rząd zaraz po głosowaniu sondaż wykazał, że największa grupa głosujących przeciw głębszej integracji uzasadniła swoją decyzję brakiem wiedzy na temat tego, co dokument zawiera, a ponad połowa osób, które nie wzięły udziału w referendum, przyznała, że było to spowodowane brakiem zrozumienia zagadnień, których ono dotyczyło.
Czytaj więcej
Przez dekady to Polacy emigrowali do Wielkiej Brytanii. Teraz ruch, za który odpowiadają nie tylko polscy migranci, odbywa się w drugą stronę. Cora...
Osiem lat później, w nocy z 23 na 24 czerwca 2016 r., tuż po zamknięciu lokali wyborczych po referendum w sprawie brexitu, brytyjską wyszukiwarkę Google rozgrzały dwa pytania: „Czym jest Unia Europejska?” i „Co się stanie, jeśli opuścimy UE?”. Przypomnijmy, że okres poprzedzający referendum był naznaczony agresywną antyunijną kampanią demonizującą imigrację z krajów Europy Środkowo-Wschodniej i rzekome odbieranie przez Brukselę kompetencji narodowych. Konsekwencji brexitu przedstawiać nie trzeba, wystarczy wspomnieć, że – w zależności od źródeł – PKB Wielkiej Brytanii jest o ok. 4–5 proc. niższe, niż byłoby, gdyby kraj pozostał w UE, a system ochrony zdrowia, który miał skorzystać na brexicie, znajduje się w zapaści.
W nocy z 23 na 24 czerwca 2016 r., tuż po zamknięciu lokali wyborczych po referendum w sprawie Brexitu, brytyjską wyszukiwarkę Google rozgrzały dwa pytania: „Czym jest Unia Europejska?” i „Co się stanie, jeśli opuścimy UE?”.
Dla Polski, dla której cena ewentualnego polexitu byłaby z pewnością wyższa niż koszt brexitu dla Brytyjczyków, stawką powinny być dziś zatem umysły i wyobraźnia obywateli. Podczas gdy kilka miesięcy temu Konrad Szymański ostrzegał w „Rzeczpospolitej” polską prawicę przed hodowaniem antyunijnych resentymentów prowadzącym do utraty kontroli nad ich skutkami, mój apel kieruję przede wszystkim dla proeuropejskiego mainstreamu: kto nie podejmie walki o to, jak myślimy o Unii, ten odda pole tym, którzy umiejętnie zamieniają niewiedzę w resentyment.
Dopóki młodzi Polacy urodzeni po wejściu Polski do UE będą korzystać z prawa unijnego, nie rozumiejąc, skąd się ono bierze, dopóty coraz więcej młodych będzie odpływać do partii skrajnych, które serwują obywatelom zniekształcony obraz Unii jako elementu zagrożenia. Trzeba zacząć od podstaw i zapewnić młodym obywatelom „pakiet startowy”: od lekcji w szkole, przez zajęcia na uczelniach, po publiczną rzetelną debatę, która tłumaczy, czym jest nasza Unia i w jaki sposób Polacy ją współtworzą. To nie jest miękki dodatek dla euroentuzjastów, tylko twardy zasób odporności demokratycznej.
Czytaj więcej
Polska potrzebuje liberalnego euroentuzjazmu – podejścia, które z jednej strony będzie odpierać antyunijne mity i narracje prowadzące do marginaliz...
Warto także przestać się bać sensownej krytyki Unii i zacząć traktować ją – jak czyni to główny nurt nauk politycznych – jako system polityczny sui generis, ze swoimi mocnymi i słabszymi stronami. Rozsądna i zniuansowana krytyka niektórych decyzji unijnych może odebrać skrajnej prawicy monopol na suwerenistyczny, oparty na przekłamaniach język sprzeciwu wobec „Brukseli”. Jednocześnie pokazuje, że Unia nie jest opresyjną strukturą zewnętrzną, lecz wyjątkową przestrzenią zarządzania współzależnością i współdzielenia suwerenności, w której polski głos ma realne znaczenie.