Łona i Weber w jednym z moich ulubionych utworów „Co tam, mordo?” rapują: „Co poradzić, gdy ponure mnie tu wjeżdża saudade”. To pewien rodzaj melancholii właściwy kulturze Portugalii, ale także hiszpańskiej Galicji. „Rodzaj nostalgii związanej z silną waloryzacją przeszłości, kontemplacją przemijania i piękna rozkładu, odbieranej z subtelną dumą i radością, w sposób pozytywny”, definiuje internetowa encyklopedia. To coś jak kurz, który unosi się w tlącym jeszcze powietrzu schyłkowym latem. Nic więc dziwnego, że szczecińscy raperzy opiewają go w rytmie samby.

Ale jeśli istnieje coś takiego jak „polska dusza”, to galicyjskie „saudade” pasuje jak ulał i do naszej Galicji – Wschodniej. I świetnie, bardzo czule sportretował je właśnie Jesse Eisenberg – reżyser i scenarzysta filmu „Prawdziwy ból”.

„Prawdziwy ból” Jesse’ego Eisenberga: Polska bez kompleksów

David i Benji (Eisenberg i Kieran Culkin) to kuzyni. Ich babcia przeżyła Zagładę i wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych. W testamencie zapisała mężczyznom pieniądze na wycieczkę do Polski. Odłączają się od zorganizowanej grupy i stają wreszcie u drzwi jej domu. Jeden z bohaterów jest poukładany, drugi zupełnie pogubiony. Wcześniej oddaleni, teraz próbują się zrozumieć.

Czytaj więcej

Estera Flieger: Jaka Polska jest warta poświęceń?

Amerykańscy Żydzi przyjeżdżają do Polski poszukiwać korzeni? Byłam sceptyczna. Spodziewałam się tego co zawsze: stereotypy, szarzyzna i nic nowego. A okazało się, że to jeden z tych filmów, który przypomina, za co kocha się kino. I Polskę. Widziana oczyma Amerykanów zachwyca: zielona, sentymentalna, sfilmowana przy pomocy palety barw ciepłych. Wypełnione architekturą kadry, muzyka Chopina. Ale żadnego kiczu i epatowania bólem, który ma zresztą różne wymiary. Jest jak u Leopolda Staffa, który w „Przedśpiewie” pisał: „I pochwalam tajń życia w pieśni i w milczeniu / Pogodny mądrym smutkiem i wprawny w cierpieniu”.

Kreacje Eisenberga i Culkina są wielkie

Kiedy David i Benji lokalizują dom babci, nie spotyka ich nic złego, a wręcz przeciwnie – młody syn sąsiada bez trudu rozmawia z nimi po angielsku, jest ciekawy drogi, którą pokonali, ma w sobie sporo empatii. Polska się zmieniła, ale czy my sami to widzimy? Jeśli spojrzymy na kraj oczami dwóch Amerykanów, okaże się, że zachwyca. Może czas więc pożegnać się z kompleksami?

Jest to obraz wrażliwy, a kreacje Eisenberga i Culkina są wielkie. Reżyser, scenarzysta i aktor zresztą stara się o polskie obywatelstwo. Nam tej jego czułości wobec siebie samych czasem brakuje. Kiedy my się tej chopinowskiej wierzby wstydzimy – bo tandeta, bo egzaltacja – Eisenberg czaruje „galicyjskim” saudade, wiedząc, gdzie ma przeszywać, i medytując nad splecionymi ze sobą pięknem i bólem przemijania.