Paweł Łepkowski: Król Donald Trump? Niedorzeczne! Prezydent jest chroniony, ale nie bezkarny

Sąd Najwyższy USA orzekł, że każdy prezydent jest chroniony dożywotnim częściowym immunitetem za decyzje podjęte w czasie wykonywania konstytucyjnych obowiązków głowy państwa. W związku z wyrokiem pojawiły się głosy, że Donald Trump jest „królem ponad prawem”. Czyżby?

Publikacja: 02.07.2024 13:42

Prezydent Donald Trump z sędzią Sądu Najwyższego Amy Coney Barrett, Sędzia Barret głosowała 1 lipca

Prezydent Donald Trump z sędzią Sądu Najwyższego Amy Coney Barrett, Sędzia Barret głosowała 1 lipca 2024 r. za orzeczeniem SN stwierdzającym, że były prezydent Donald Trump jest częściowo chroniony immunitetem przed zarzutami dotyczącymi „próby utrzymania się przy władzy” mimo przegranych wyborów

Foto: AFP

1 lipca 2024 r. sześciu z dziewięciu sędziów Sądu Najwyższego (SN) USA uznało, że były prezydent Donald Trump jest częściowo chroniony immunitetem przed zarzutami dotyczącymi „próby utrzymania się przy władzy” mimo przegranych wyborów. Obóz demokratów od razu uznał, że jest to werdykt otwierający furtkę do dyktatury w Ameryce. Liberalna sędzia SN Sonia Sotomayor stwierdziła nawet, że orzeczenie czyni prezydenta „królem stojącym ponad prawem”. Tymczasem wyrok ten niczego nie zmienia.

Od 1788 roku, a więc od czasu utworzenia urzędu prezydenta Stanów Zjednoczonych, trwa nieustanna dyskusja konstytucjonalistów na temat zakresu obowiązków i odpowiedzialności głowy państwa. Spór rozpoczął się od samej tytulatury, bowiem przez 12 pierwszych lat istnienia niepodległej Ameryki (1776–1788) to spikerzy Kongresu Kontynentalnego pełnili funkcję głowy państwa i nosili także tytuł prezydenta USA w Kongresie Zgromadzonych (ang. President of the United States in Congress Assembled). Kiedy więc Jerzy Waszyngton został wybrany na pierwszego prezydenta Stanów Zjednoczonych, należało go jakoś odróżnić od poprzedników noszących ten sam tytuł.

Wbrew powszechnej histerii wywołanej przez obóz Joe Bidena, poniedziałkowa decyzja Sądu Najwyższego USA nic nie zmienia w zakresie odpowiedzialności prezydenta, a jedynie potwierdza to, co było uznawane od 236 lat.

Pierwszy wiceprezydent USA John Adams postulował, żeby prezydentowi Waszyngtonowi i jego następcom nadać tytuł „Jego Wysokości i Obrońcy Swobód”. Kiedy pomysł ten został odrzucony przez delegatów Kongresu, Adams zaproponował przyznanie prezydentowi i wiceprezydentowi (czyli sobie samemu) tytułu „Jego Królewskiej Mości”. Na szczęście Thomas Jefferson nazwał pomysł Adamsa „najbardziej niedorzeczną rzeczą, o jakiej kiedykolwiek słyszał”, a Benjamin Franklin popukał się tylko w czoło, wypowiadając dwa słowa: „całkowicie szalone”. 

W opinii Johna Adamsa tytuł — najlepiej wyniosły i przesadny — miał na celu wzmocnienie prezydentury w oczach obywateli. Sam Jerzy Waszyngton nie wiedział, jak się ustosunkować do tych propozycji. Idąc za radą Jamesa Madisona, uznał, że wystarczy zwracać się do niego po prostu „Panie Prezydencie”. Miał rację, bowiem za brakiem wzniosłych tytułów wcale nie szło ograniczenie władzy wykonawczej prezydenta.

Czytaj więcej

Sąd Najwyższy USA wydał orzeczenie korzystne dla Donalda Trumpa. "Prezydent jest teraz królem"

Niepewny obszar prawa konstytucyjnego

Ustanawiający władzę wykonawczą rządu federalnego Artykuł II Konstytucji USA jest z dzisiejszego punktu widzenia dość archaiczny i zbyt ogólnikowy. Określa sposób wyboru prezydenta, zakres jego uprawnień i obowiązków oraz proces odwoływania go ze stanowiska, ale nie wskazuje zakresu odpowiedzialności głowy państwa za czyny podjęte w czasie prezydentury.

Akty oskarżenia wobec urzędującego lub byłego prezydenta są określane w amerykańskim prawoznawstwie jako „niepewny obszar prawa konstytucyjnego” (ang. uncertain area of Constitutional law). Konstytucja nie odnosi się bowiem bezpośrednio do aktów oskarżenia w żadnej z tych kwestii. Przed poniedziałkowym orzeczeniem tylko raz w historii Sąd Najwyższy USA zajął się tą kwestią, kiedy w 1974 r. orzekł, że urzędujący prezydent Richard Nixon powinien zastosować się do wezwania do sądu, ponieważ „ani doktryna podziału władzy, ani potrzeba zachowania poufności komunikacji na wysokim szczeblu nie mogą utrzymać absolutnego, bezwarunkowego prezydenckiego przywileju immunitetu od procesu sądowego w każdych okolicznościach” (USA v. Nixon, 418 U.S. 683, 706 [1974]).

Czy były prezydent USA jest objęty pełnym immunitetem?

Powyższe pytanie spędza od dziesięcioleci sen z powiek amerykańskich konstytucjonalistów. Ustawa zasadnicza nie przyznaje bowiem immunitetów jakimkolwiek byłym urzędnikom państwowym. Czy zatem były prezydent może być traktowany w inny sposób? Fakt, że Konstytucja pozwala sądom sądzić prezydenta po jego usunięciu ze stanowiska przez Senat, skłania wielu konstytucjonalistów do wniosku, że sądy powinny mieć taką możliwość przynajmniej w przypadku byłego prezydenta.

W podręczniku prawa konstytucyjnego Cornell Law School możemy przeczytać: „Większość argumentów przeciwko postawieniu w stan oskarżenia byłego prezydenta dotyczy jedynie tego, czy byłym prezydentom można postawić zarzuty za zachowanie, które miało miejsce wyłącznie podczas sprawowania urzędu. A jeśli tak, to jakie to zachowanie? Powszechnie wiadomo, że prezydenci muszą otrzymać ochronę ze względu na wyjątkowy charakter urzędu w zakresie spraw związanych z postępowaniem oficjalnym, a wielu twierdzi, że granice między postępowaniem oficjalnym a nieoficjalnym mogą być niewyraźne”.

Zatem jak odróżnić czyny formalne od nieformalnych dokonane podczas prezydentury? To niezwykle trudne wyzwanie. Wielu konstytucjonalistów uważa, że rozróżnienie czynów oficjalnych i osobistych w czasie pełnienia prezydentury stworzyłoby niebezpieczny precedens ograniczający decyzyjność głowy państwa, a przez to zagrażający bezpieczeństwu narodowemu

Stąd poniedziałkowe orzeczenie Sądu Najwyższego nie jest jedynie polityczną manifestacją poparcia dla Donalda Trumpa, jak sugeruje to obóz Partii Demokratycznej, ale przede wszystkim ochroną wszystkich osób, które w przyszłości będą sprawować najwyższą władzę wykonawczą w Stanach Zjednoczonych.

Należy przy tym podkreślić, że w liczącym 100 stron orzeczeniu Sądu Najwyższego nie można doszukać się formalnego zezwolenia na bezkarność. W opinii najwyższego organu władzy sądowniczej prezydenci są chronieni „absolutnym” immunitetem tylko w zakresie obowiązków określonych przez Konstytucję, a immunitet nie obejmuje „nieoficjalnych” działań. 

Co to oznacza? Na przykład to, że Bill Clinton powinien zostać postawiony do pełnej odpowiedzialności karnej za kłamstwo przed komisją parlamentarną dotyczące jego romansu ze stażystką w czasie pełnienia obowiązków prezydenckich. Uznano jednak, że w tym wypadku prezydenta chronił całkowity immunitet. Clinton nie stanął też przed sądem po zakończeniu kadencji, mimo że bardzo się tego obawiał.

Czytaj więcej

Czy Ameryce grozi rozpad?

Trump jak król stojący ponad prawem?

Niezmiennie od lat 70. XX w. Departament Sprawiedliwości (DOJ) prowadzi politykę, zgodnie z którą urzędujący prezydenci nie mogą być stawiani w stan oskarżenia, ponieważ uniemożliwiałoby im to wykonywanie obowiązków zwierzchnika władzy wykonawczej. Przywilej ten dotyczy wyłącznie urzędującego prezydenta i nie rozciąga się na żadną inną osobę, w tym nawet na wiceprezydenta. Dwóch sędziów Sądu Najwyższego USA Joseph Story i Samuel Alito zwróciło uwagę (w orzeczeniu do sprawy Trump v. Vance z 2020 r.), że władza wykonawcza ma pełną swobodę w podejmowaniu czynności prokuratorskich. A to oznacza, że podjęcie działań przeciw prezydentowi może odbyć się wyłącznie za jego zgodą. Czyli wbrew powszechnej histerii wywołanej przez obóz Joe Bidena, poniedziałkowa decyzja Sądu Najwyższego USA nic w tym zakresie nie zmienia, a jedynie potwierdza to, co było powszechnie uznawane od 236 lat.

Prezes Sądu Najwyższego John Roberts jedynie potwierdził znaną i powszechnie uznawaną zasadę, że „prezydent nie może zasłaniać się immunitetem za swoje nieoficjalne działania, ponieważ nie stoi ponad prawem. Jednak Kongres nie może kryminalizować postępowania prezydenta w zakresie wykonywanych przez niego obowiązków władzy wykonawczej wynikających z Konstytucji”.

Co to oznacza w przypadku byłego prezydenta Donalda Trumpa? Taką samą odpowiedzialność za przestępstwa jak w przypadku każdego innego obywatela USA, z wyjątkiem wszystkich czynów i decyzji podjętych w czasie wykonywania konstytucyjnych obowiązków prezydenta. Orzeczenie Sądu Najwyższego nie jest pozwoleniem na bezprawie, ale jedynie gwarancją dla osoby rządzącej państwem, że może podejmować decyzje zgodne z interesem swojego narodu.


1 lipca 2024 r. sześciu z dziewięciu sędziów Sądu Najwyższego (SN) USA uznało, że były prezydent Donald Trump jest częściowo chroniony immunitetem przed zarzutami dotyczącymi „próby utrzymania się przy władzy” mimo przegranych wyborów. Obóz demokratów od razu uznał, że jest to werdykt otwierający furtkę do dyktatury w Ameryce. Liberalna sędzia SN Sonia Sotomayor stwierdziła nawet, że orzeczenie czyni prezydenta „królem stojącym ponad prawem”. Tymczasem wyrok ten niczego nie zmienia.

Pozostało 94% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Opinie polityczno - społeczne
Michał Szułdrzyński: Kukiz z Ardanowskim. Mały sojusz, który może wstrząsnąć wielkimi planami Kaczyńskiego i PiS
Opinie polityczno - społeczne
Joanna Ćwiek-Świdecka: Czym różni się Jarosław Kaczyński od Janusza Korczaka?
felietony
Gambit Emmanuela Macrona i polskie karpie cieszące się na Wigilię
Opinie polityczno - społeczne
Daniel Jankowski: W upamiętnianiu powstania warszawskiego nie chodzi o spieranie się, czy było warto
Materiał Promocyjny
Mazda CX-5 – wszystko, co dobre, ma swój koniec
Opinie polityczno - społeczne
Marek Kozubal: Rzeź wołyńska w naszych głowach
Materiał Promocyjny
Branża bankowa gorszy okres ma za sobą