Arkadiusz Stempin: Niemiecka demokracja w kryzysie. Czy Niemcy uchronią ją przed erozją od środka?

Już nawet katolicki Kościół oznajmił: „Nie można głosować nad AfD, skoro narusza ona praworządność w kraju”, a rady parafialne wykluczają ze swojego grona zwolenników rasizmu i „kultury przemocy”. Niemiecka demokracja właśnie kończy 75 lat. Czy poradzi sobie z lękami wyborców przed socjalną degradacją, wojną i niekontrolowaną migracją?

Publikacja: 23.05.2024 04:30

75 lat temu, w nocy z 23 na 24 maja 1949 roku na świat przyszły demokratyczne Niemcy

75 lat temu, w nocy z 23 na 24 maja 1949 roku na świat przyszły demokratyczne Niemcy

Foto: Adobe Stock

Dokładnie 75 lat temu, w nocy z 23 na 24 maja 1949 roku, wraz z nową liberalną konstytucją na świat przyszły demokratyczne Niemcy. Przez 40 lat zimnej wojny niemiecka demokracja jak wodór z tlenem zintegrowała się z Zachodem. A po runięciu w otchłań radzieckiego imperium wchłonęła niedemokratyczną część Niemiec. Zjednoczony kraj, bez wielkomocarstwowych i militarnych aspiracji, z tylnego siedzenia kierował projektem unijnej integracji. Dziś czwarte, wyrosłe w demokracji pokolenie Niemców mierzy się z podgryzającą ją od środka gangreną populizmu i utratą sterowności światowego porządku.

Narodziny RFN: na początku był Adenauer

W prestiżowym rankingu niemieckiej telewizji publicznej z 2003 roku największych Niemców wszech czasów pierwsze miejsce pośród setki konkurentów zajął Konrad Adenauer. W pobitym polu zostawił Lutra, Einsteina, Goethego, Gutenberga, Bacha czy Beethovena. „Na początku był Adenauer” – tak rozpoczął swoją analizę o polityce zagranicznej RFN doyen niemieckich historyków Arnulf Baring. Natomiast w najpopularniejszym opracowaniu historii RFN pióra Rudolfa Morseya nazwisko Adenauer w ogóle nie figuruje w indeksie osób. Bo pojawia się na każdej stronie. Nikt inny nie zaważył na pierwszych dekadach demokratycznych Niemiec jak ich ojciec założyciel.

Czytaj więcej

Konrad Adenauer: odnowiciel Niemiec

Urodzony pięć lat po utworzeniu cesarstwa Bismarcka nadreński katolik nie miał w sobie ani odrobiny niemieckiego nacjonalizmu i ani krzty szacunku dla państwa żelaznego kanclerza. Bo katolikom przyniosło ono same nieszczęścia w postaci Kulturkampfu. Prus nie cierpiał tak bardzo, że jadąc pociągiem do Berlina, po przekroczeniu granicy pruskiej zaciągał zasłonki w oknach przedziału. Zaraz po dojściu do władzy w 1933 roku Hitler wyrzucił go ze stanowiska burmistrza Kolonii. Najmłodsza córka Adenauera opowiadała, jak podczas wojny cała rodzina żarliwie modliła się o przegraną. W 1944 roku głowa rodziny trafiła do obozu koncentracyjnego.

Ledwo Hitler przepadł pod gruzami Berlina, ocalały w wojnie polityk porwał się na wielki eksperyment, gdyż tworząc partię chadecką, połączył w niej katolików i protestantów. Jako homo politicus z niejednego pieca jadł chleb, był cierpliwy i elastyczny. W Niemczech okupowanych przez cztery zwycięskie mocarstwa grał kratami mimowolnie wręczonymi mu przez Rosjan. Im szczelniej Stalin zaciągał żelazną kurtynę, tym bardziej zachodni alianci angażowali się na rzecz pomysłu Adenauera: utworzenia nadreńskich, zachodnich Niemiec, bez Prus i Berlina. „Każdy, kto uczyni z Berlina nową stolicę, stworzy nowe Prusy” – przestrzegał.

Bardziej intelektualnie niż emocjonalnie pojął, że przyszłość Niemiec wiąże się z Francją

Rosjanie wyświadczyli mu wielką przysługę, gdy wykluczyli swoją strefę okupacyjną z planu Marshalla, umożliwiając odrębny rozwój gospodarczy zachodnich stref okupacyjnych. A im bardziej Stalin nasilał zimną wojnę, tym bardziej przyśpieszał scalanie się zachodnich stref i powstanie państwa zachodnioniemieckiego. Adenauer gardłował za zjednoczeniem Niemiec, gdyż wypadało to czynić każdemu Niemcowi. Nie pragnął jednak niczego innego, jak zachowania podziału kraju. Co konsekwentnie Rosjanie zrobili za niego.

Los raz jeszcze uśmiechnął się do niego, gdy został wybrany na przewodniczącego Rady Parlamentarnej. Gremium ułożyło najlepszą konstytucję w dziejach Niemiec – w nocy z 23 na 24 maja 1949 roku. Gwarantowała zachowanie równowagi między silnym kanclerzem a krajami związkowymi w federacyjnie urządzonym kraju. W porównaniu z tą doby weimarskiej – prawdziwe arcydzieło. Generalnie zakreślała nową niemiecką demokrację, biorąc lekcję z totalitarnych doświadczeń lat 1933–1945. „Godność ludzka jest nienaruszalna” – nieprzypadkowo zapisano w art. 1.

Konrad Adenauer świetnie znał Niemców. Wiedział, co ich zgubiło

Po tym sukcesie przyszedł drugi. Założona przez Adenauera chadecka partia wygrała wybory, a on w wieku 73 lat został pierwszym kanclerzem RFN. Zapamiętał dobrze słowa Churchilla: „Niemcy rzucają się albo do gardła, albo do stóp”. Nie uczynił ani jednego, ani drugiego. Sam świetnie znał Niemców. Wiedział, co ich zgubiło, dlatego im nie dowierzał. W nowej siedzibie Bundestagu w nadreńskim Bonn kazał przyśrubować kałamarze do pulpitów, by nie dopuścić do chuligaństwa. Szpiegował swoich ministrów. Jednego z nich, przyłapanego w burdelu, nie dopuścił do objęcia MSZ. Pomimo że ucieleśniał sobą godność, powagę i dostojeństwo, miał osobliwą skłonność do robienia psikusów. I tak regularnie chował wielki drewniany kloc, który podstawiał sobie przy mównicy niski przewodniczący Bundestagu Eugen Gerstenmaier.

By na trwale zakotwiczyć demokrację nad Renem, w ciągu kilku lat antykomunistyczny kanclerz zachodnioniemiecki kraj zintegrował z Europą Zachodnią. Przede wszystkim pogodził go z odwiecznym arcywrogiem – Francją. Porozumienie dało podstawy do stworzenia zalążka Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej, protoplasty dzisiejszej UE. Był więc Adenauer pierwszym niemieckim mężem stanu, który interesy Europy przedkładał nad interes Niemiec. Bardziej intelektualnie niż emocjonalnie pojął, że przyszłość Niemiec wiąże się z Francją. Pomimo że nie darzył jej większą sympatią, nie gustował w jej kulturze, a do 70. roku życia raz tylko odwiedził Paryż.

Czytaj więcej

Największy proces współczesnych Niemiec. Sąd nad spiskowcem Heinrichem XIII

Pod jego egidą pierwsze pokolenie demokratycznych Niemców zakasało rękawy i zrujnowany po wojnie kraj zamieniło w krainę mlekiem i miodem płynącą. Dwie dekady po wojnie cud gospodarczy nad Renem wzbudził jednak więcej szacunku i podziwu niż sympatii. Samych Niemców, upokorzonych po 1945 roku, napełnił dumą. Tak jak marka zachodnioniemiecka i sukcesy w futbolu. Najpierw w Szwajcarii Niemcy zostali mistrzami świata (1954), a na Wembley finał przegrali z Anglikami (1966), choć decydująca o porażce bramka okazała się największym błędem sędziego w dziejach futbolu. Piłka nie przekroczyła linii bramkowej. Proces, wskutek którego 60 mln Niemców w RFN osiągnęło dobrobyt w ramach ustroju demokratycznego, opartego na rządach prawa, stanowił jedno z najbardziej zdumiewających wydarzeń w dziejach Europy. Co zależało jednak od amerykańskiej gwarancji bezpieczeństwa i obecności US Army.

Ostpolitik i pacyfizm – DNA drugiej i trzeciej generacji demokratycznych Niemców

Do 1968 roku wojenna generacja Niemców dzięki zdrowym rumieńcom gospodarki, która nad Ren przyciągała gastarbeiterów z całej Europy, dzięki pojednaniu z Francją i integracji z Zachodem, nie przeprowadziła rachunku sumienia z nazistowską przeszłością. Lustro do twarzy ojców i matek przyłożyło pokolenie zbuntowanych długowłosych synów i córek w minispódczniczkach (1968). W imieniu obydwu pokoleń most pojednania do sąsiadów ze wschodu przerzucił już inny kanclerz Willy Brandt. Jego postać, klęcząca na mokrej od deszczu granitowej płycie przed warszawskim pomnikiem Powstańców Getta, najbardziej ucieleśniała pojednanie z Polską i radziecką Rosją (1970). Drugie pokolenie demokratycznych Niemców przyklasnęło nowej „Ostpolitik” (dialogowi ze Wschodem), a własną gospodarczą potęgę, trzecią na świecie, pozbawiło militarnych ambicji.

To pozwoliło demokratycznej RFN po upadku imperium radzieckiego przyłączyć komunistyczne Niemcy Wschodnie (1990). Trzecia generacja demokratycznych Niemców, a pierwsza w zjednoczonym kraju, pozostała przy polityczno-kulturowym DNA: dużo pacyfizmu i ekologii, mało geopolitycznych ambicji. Co najlepiej wyrażało zwijanie niemieckiej armii. Niemcy czuły się jednak bezpiecznie. Niczym sprężyna napędowa nakręcały integrację europejskiego kontynentu, korzystały z parasola atomowego USA, w turbotempie eksportowały na gigantyczny rynek chiński. I uwzględniały interesy Rosji. Z inspiracji Berlina wciągnięto ją do klubu G7, a NATO podpisało z nią układ dwustronny – pierwszy w dziejach paktu. Nastolatki z Moskwy masowo przyjeżdżały na szkolne wycieczki do Berlina i okupowały tamtejsze sieciówki typu H&M. Chór Dońskich Kozaków przy pełnych salach występował w niemieckich miastach. Ich mieszkańcy kamperami wyjeżdżali na Syberię, zachwyceni nieznaną nad Renem przestrzenią. Niemcy wygodnie się urządziły w zglobalizowanym świecie, który rozwijał się pod flagą pokoju i który miał tak trwać w nieskończoność.

Wyzwanie czwartego pokolenia Niemców – obrona demokracji przed bakcylem autorytaryzmu

24 lutego 2022 roku wszystko runęło w gruzach. Choć Angela Merkel już po 2014 roku ustaleniami z Mińska i rurą na dnie Bałtyku niczym żelaznym łańcuchem przytrzymywała politycznego gangstera przy stole. Po napaści Putina na Ukrainę pacyfistyczne Niemcy w ciągu 24 godzin przestawiły swoją politykę obronną o 180 stopni. Odsuwane w ciągu ostatnich 30 lat w niebyt projekty militarne w przeciągu jednej nocy otrzymywały parafkę „do realizacji”. Przykładowo tylko za rządów Angeli Merkel deliberowano bezproduktywnie, czy na wypadek wystrzelenia 20 amerykańskich rakiet z głowicami nuklearnymi B61, zdeponowanych w Fliegerhorst Buechel in der Eifel, można użyć przestarzałych bombowców Tornado. Czy może lepiej je zmodernizować albo wycofać, a w ich miejsce zakupić nowoczesne F-35. Po 24 lutego F-35 zakupiono na pniu. Co więcej, przyklepano 100-mld fundusz militarny na dozbrojenie Bundeswehry. I przede wszystkim Zeitenwende przyniosła militarne, finansowe i humanitarne wsparcie Niemiec dla Ukrainy. Pękały kolejno bariery w dostarczaniu ciężkich broni. Także w tej chwili, kiedy pakiet pomocowy USA najpierw zwisł w próżni, a jego dostarczenie przeciąga się, nikt w UE nie zakupił dla Ukrainy 800 tys. pocisków artyleryjskich ani nie wysłał systemów Patriot – z wyjątkiem Niemiec. Berlin jasno zdaje sobie sprawę z konieczności obrony zachodniej demokracji przed Rosją. Nieprzypadkowo Niemcy pozostają priorytetowym celem rosyjskiej wojny hybrydowej.

Obecna tam rosyjska propaganda nie produkuje ordynarnych kłamstw, tylko subtelnie sieje wątpliwości, podważa oficjalne informacje, podmywa zaufane do niemieckiego państwa

Czwarte pokolenie demokratycznych Niemców znajduje się dopiero na początku procesu zrozumienia znaczenia przełomu Zeitenwende. Wprawdzie opowiadają się oni za wsparciem Ukrainy, ale sprzeciwiają się wysłaniu rakiet Taurus – z eksplozywnym ładunkiem militarnym i politycznym. Obawiają się bowiem, że wciągnie to NATO w wojnę z Rosją, skoro żołnierze Bundeswehry musieliby zaprogramować rakiety. Nie do końca też Niemcy z pokolenia boomu lat 50., milenialsów czy pokolenia Z rozumieją, że nowy priorytet bezpieczeństwa w polityce państwa nie ogranicza się do wystawienia armii leopardów na wojnę obronną. Kluczowym elementem obronności jest nabycie przez samo społeczeństwo militarnej odporności. Bo jeśli np. po trzech tygodniach od wejścia w życie punktu piątego porozumienia z Waszyngtonu Niemcy nie będą chcieli potwierdzić mandatu Bundeswehrze, to jej unowocześnione uzbrojenie nie będzie miało większego znaczenia.

Zbyt mało Niemców rozumie, że Putin i Xi prowadzą z Zachodem wojnę hybrydową

Największe zagrożenie dla Berlina czy Monachium uosabia nie rosyjska rakieta, lecz dezinformacja, cyberataki i finansowanie prorosyjskich sił politycznych nad Renem. Konstatacja na dziś musi być następująca: rząd szybciej uzbroi Bundeswehrę, niż wpoi przynajmniej 80 proc. obywateli militarną asertywność. Nie tyle ze względu na niską ogólnie podatność demokratycznego społeczeństwa, ile z powodu specyficznie pacyfistycznego DNA społeczeństwa niemieckiego. Zbyt mało Niemców rozumie, że dyktatura Putina czy autorytaryzm Xi od lat prowadzą ze światem zachodnich demokracji wojnę hybrydową. Obecna tam rosyjska propaganda nie produkuje ordynarnych kłamstw, tylko subtelnie sieje wątpliwości, podważa oficjalne informacje, podmywa zaufane do niemieckiego państwa. Przed próbami takiej jego destabilizacji i przed cyberatakami Bundeswehra nie uchroni kraju w stu procentach.

Zagnieżdżona w zachodnich państwach rosyjska agentura chętna jest, by wywrócić niemiecką demokrację od środka. Tam jej wehikułem została AfD. Nie opozycyjna, działająca w ramach demokratycznego systemu partia, lecz nowoczesna forma narodowego socjalizmu. W tej chwili ma 15-proc. poparcie, choć w pięciu wschodnich landach co trzeci Niemiec chce na nią oddać głos, co czyni AfD największą siłą polityczną na wschodzie Niemiec. Niedawne upublicznienie agenturalnej współpracy dwóch polityków AfD z rosyjskimi i chińskimi służbami nie podcięło notowań.

Czytaj więcej

Niemcy: Sąd orzekł, że AfD może być inwigilowana przez służby

Populistów, gotowych podłożyć siekierę pod demokrację nad Renem, uskrzydlają nie tyle słupki poparcia, ile potencjał możliwości. Jeszcze niedawno 70 proc. Niemców nie wyobrażało sobie oddania głosu na AfD. Obecnie procent ten spadł do 60. Zapora ogniowa przed populistami w społeczeństwie kurczy się, a AfD radykalizuje. Dziś nie kryje się już ona z rasistowskim programem i w przypadku przejęcia władzy deportuje masowo migrantów z Niemiec, także tych z zalegalizowanym prawem pobytu. Z namysłem podkręca temperaturę sporu, a jej nieformalny lider, charyzmatyczny Björn Höcke, najchętniej doprowadziłby do podprogowej sytuacji wojny domowej. Z użyciem przemocy na ulicach i interwencją militarnych bojówek.

Ostatnie fizyczne ataki na komunalnych polityków odzwierciedla rosnącą od 2015 roku brutalizację kultury politycznej i nienawiść, kiedy to AfD maszerowała z plakatami przedstawiającymi dyndających na szubienicach polityków z partii demokratycznych. „Będziemy polować na Merkel, aż ją dopadniemy!” – wrzeszczeli demonstranci. Nie z tego powodu Merkel zrezygnowała z reelekcji (2021), ale burmistrz wschodnioniemieckiego miasta Arnsdorf Martina Angermann ustąpiła ze stanowiska po groźbach ze strony prawicowych radykałów (2019). Powód? Polityczka potępiła czwórkę mężczyzn, którzy przywiązali do drzewa psychicznie labilnego migranta z Iraku. Angermann nie okazała się jedynym samorządowcem, który w poczuciu zagrożenia poddał się do dymisji. Z kolei podczas pandemii koronawirusa ultraprawicowi radykałowie organizowali przemarsze po wioskach i miasteczkach, zatrzymując się pod domami polityków, atakowali służby medyczne, policjantów i migrantów. I reaktywowali faszystowskie praktyki z okresu dojścia Hitlera do władzy.

AfD na celowniku niemieckich służb i na cenzurowanym w Kościele

Fundament zapory ogniowej, chroniącej przed brunatną falangą – historyczna hipoteka lat 1933–1945 – kruszeje. Ale niemiecka demokracja się broni. Trzy regionalne oddziały landowe AfD w Saksonii, Saksonii-Anhalt i Turyngii trafiły pod monitoring Urzędu Ochrony Konstytucji, zaklasyfikowane jako „ekstremalnie prawicowe”. Niższa kategoria „podejrzenie o prawicowy ekstremizm” w myśl wyroku sądu sprzed tygodnia dotyczy całej AfD.

Rząd w Berlinie nie sięga jeszcze po ostateczną, gwarantowaną w konstytucji delegalizację partii. Męczeńska stygmatyzacja mogłaby w efekcie zadziałać kontrproduktywnie, zwiększając AfD liczbę sympatyków

Nawet konferencja katolickiego episkopatu na swoim posiedzeniu w ostatni weekend w bawarskim Augsburgu wydała sensacyjne jak na tamtejsze warunki zalecenie wyborcze: „Nie można głosować nad AfD, skoro narusza ona praworządność w kraju”. Biskup Trewiru Ackermann zapowiada: „Wychodzę na ulicę, by bronić demokracji i ludzkiej godności”. Rady parafialne szeregu diecezji wykluczają ze swojego grona zwolenników rasizmu i „kultury przemocy”.

Rząd w Berlinie nie sięga jeszcze po ostateczną, gwarantowaną w konstytucji delegalizację partii. Męczeńska stygmatyzacja mogłaby w efekcie zadziałać kontrproduktywnie, zwiększając AfD liczbę sympatyków. Bardziej efektywne byłoby pozbawienie jej dofinansowania z budżetu lub wykluczenie od kandydowania w wyborach jednostek depczących zasady demokracji. Jak choćby Björna Höckego. O pozbawienie go praw podstawowych, eliminujących z kandydowania w wyborach, (tzw. Grundrechtsverwirkung, w oparciu o art. 18 konstytucji), petycję podpisało milion Niemców. Nawet jednak eliminacja Höckego czy delegalizacja partii nie zdelegalizuje jej wyborców, przesiąkniętych lękami przed socjalną degradacją, wojną i niekontrolowaną migracją. Tylko pacyfikacja tych lęków ochroni niemiecką demokrację przed erozją od środka.

Tytuł, lead i śródtytuły pochodzą od redakcji

Autor

Arkadiusz Stempin

Jest historykiem i politologiem, profesorem Uczelni Korczaka w Warszawie oraz Uniwersytetu Alberta Ludwika we Freiburgu

Dokładnie 75 lat temu, w nocy z 23 na 24 maja 1949 roku, wraz z nową liberalną konstytucją na świat przyszły demokratyczne Niemcy. Przez 40 lat zimnej wojny niemiecka demokracja jak wodór z tlenem zintegrowała się z Zachodem. A po runięciu w otchłań radzieckiego imperium wchłonęła niedemokratyczną część Niemiec. Zjednoczony kraj, bez wielkomocarstwowych i militarnych aspiracji, z tylnego siedzenia kierował projektem unijnej integracji. Dziś czwarte, wyrosłe w demokracji pokolenie Niemców mierzy się z podgryzającą ją od środka gangreną populizmu i utratą sterowności światowego porządku.

Pozostało 97% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Opinie polityczno - społeczne
Jerzy Surdykowski: Bez profesorów z PiS i Róży Thun, za to z Grzegorzem Braunem. Plecami do Europy
Opinie polityczno - społeczne
Paweł Kowal: Charków to zwrotny moment wojny. Zwycięstwo Rosjan byłoby hańbą dla Zachodu
felietony
Trump i Farage o prowokacji NATO. Wierzy w to nie tylko skrajna prawica
Opinie polityczno - społeczne
Michał Szułdrzyński: Sondaż o rządzie. Tusk, Sikorski i Bodnar. Kogo Polacy oceniają najlepiej
Opinie polityczno - społeczne
Patriarcha z misją. Jürgen Habermas świętuje 95. urodziny
Materiał Promocyjny
Sztuczna inteligencja może być wykorzystywana w każdej branży