Anna Słojewska: Dojrzewanie z Polską w Unii Europejskiej

Na brukselskich korytarzach Polacy dopiero niedawno zaczęli być uważniej słuchani. Szkoda, że powodem jest wojna na Wschodzie – pisze korespondentka „Rzeczpospolitej” w Brukseli.

Publikacja: 30.04.2024 04:30

Anna Słojewska: Dojrzewanie z Polską w Unii Europejskiej

Foto: AFP

Jest 31 sierpnia 2003 roku. Małym oplem agilą jadę z Warszawy do Brukseli objąć placówkę „Rzeczpospolitej”. Negocjacje już się skończyły, traktat akcesyjny został podpisany, ale Polska jeszcze przez kilka miesięcy będzie poza Unią Europejską. I jeszcze przez ponad cztery lata poza strefą Schengen, co odczuwam, zatrzymując się do kontroli na przejściu w Świecku. Wtedy nie budzi to we mnie żadnych emocji – to przecież normalne, że na granicy musimy stanąć w kolejce i pokazać paszport. Gdy w 2020 roku, po wybuchu pandemii, wracają kontrole na granicach wewnątrz UE, wszyscy dziwią się, jakby to był koniec świata.

Polski kompleks nowicjusza w Brukseli

Gdy myślę o 20 latach Polski w UE, nie mogę oddzielić tego od moich osobistych doświadczeń. Bo prawie dokładnie pokrywa się to z moim pobytem w Brukseli jako unijnej korespondentki „Rzeczpospolitej”. Gdy wyjeżdżałam, o poruszaniu się po brukselskich korytarzach miałam równie słabe pojęcie jak polscy politycy i inni decydenci. Nie mieliśmy sieci kontaktów, nie znaliśmy nieoficjalnych kodów dostępu do unijnych instytucji i mieliśmy, ja też, ciągle kompleks nowicjusza z Europy Wschodniej.

Pamiętam moje pierwsze briefingi w tymczasowej siedzibie Komisji Europejskiej w budynku Breydel. Ciasna, pełna szumu sala prasowa, w której prym wiedli francuscy dziennikarze starej daty: bardziej komentujący i pouczający niż zadający pytania. Rzecznicy prasowi komisarzy, owszem, mili, ale – poza rzecznikiem komisarza ds. rozszerzenia UE – nieuważający polskich dziennikarzy za interesujących rozmówców. Panowało przekonanie, że to nie w Warszawie dzieją się rzeczy istotne z unijnego punktu widzenia, że to nie Polska ma decydujący wpływ na kierunek rozwoju UE. Po co zatem tracić czas na zacieśnianie więzów z polskimi dziennikarzami?

Czytaj więcej

Michał Szułdrzyński: Co sprawiło, że jesteśmy Zachodem

Nie pamiętam, w którym momencie, ale dopiero po jakimś czasie zorientowałam się, że pod tymi oficjalnymi kanałami informacji istnieje typowa dla Brukseli podziemna sieć łącząca nieformalne grupy dziennikarzy z unijnymi źródłami informacji – wysokiej rangi urzędnikami, dyplomatami czy nawet komisarzami. Grupy takie są organizowane oddolnie, przez samych dziennikarzy, i gromadzą najważniejsze media. Tworzone są na zasadzie różnorodności geograficznej. Chodzi o to, żeby w jednej grupie było po jednym dziennikarzu na kraj – wtedy nie ma konkurencji – i żeby to były kraje interesujące z punktu widzenia rozmówcy. Żeby miał poczucie, że w jednej rozmowie przekazuje treści – zazwyczaj nieoficjalnie – które będą wpływały na rzeczywistość w ważnych dla UE krajach.

W tamtych czasach te interesujące kraje to były Niemcy, Francja, Wielka Brytania, Włochy, Hiszpania, a do tego czasem Holandia czy jakiś kraj skandynawski. Polskich dziennikarzy zwyczajowo do takiego grona nie dopraszano. Wtedy wydawało się to normalne: zarówno my, dziennikarze, jak i polscy decydenci godziliśmy się z tym, że należymy niejako do drugiej kategorii. Mimo że nasz kraj należy do największych w UE i traktatowo ma przecież przypisaną znaczącą wagę głosu.

Co Polacy wiedzą o Rosji?

Nie prowadzę pamiętnika, nie pamiętam więc dokładnie, kiedy to zaczęło się zmieniać. Ale pojawił się moment, gdy „Rzeczpospolita” została doproszona do takich nieformalnych kręgów informacyjnych, obok takich tytułów, jak „Financial Times”, „Le Monde”, „El País” czy „Süddeutsche Zeitung”. Zwykłam to przypisywać marce, jaką sobie wypracowałam w Brukseli, ale z pewnością ogromną rolę odegrał fakt, że głos Polski stał się ważny i interesujący dla decydentów. I działo się tak zarówno wtedy, gdy rządził PiS sprawiający kłopoty Brukseli, jak i wtedy, gdy u władzy była proeuropejska ekipa Donalda Tuska. Czy przeszkadzaliśmy, czy konstruktywnie współdecydowaliśmy – zawsze nasz głos był uważnie słuchany.

Czytaj więcej

Jerzy Surdykowski: Witajcie w innym kraju

Z pewnością można powiedzieć o dwóch symbolicznych momentach, gdy jako polska dziennikarka poczułam, że wchodzimy na inny poziom ważności w UE. Pierwszy nastąpił w 2009 roku, gdy przewodniczącym Parlamentu Europejskiego został Jerzy Buzek. Było to zresztą pierwsze wysokie stanowisko dla przedstawiciela państwa, które dołączyło do UE w czasie wielkiego rozszerzenia w 2004 roku. Drugi nastąpił w 2014 roku, gdy przewodniczącym Rady Europejskiej został Donald Tusk.

Pamiętam te pielgrzymki zachodnich dziennikarzy do polskich korespondentów. Najpierw, żeby się dowiedzieć więcej o Tusku, potem już, żeby dostać od nas jakieś przecieki ze specjalnych polskich kanałów informacji. Ta druga próba była zresztą zupełnie bezproduktywna, bo Donald Tusk nie tylko nie traktował polskich mediów preferencyjnie, ale początkowo nawet uważał – albo tak mu podpowiedziało jego najbliższe otoczenie – że ma się spotykać wyłączenie z mediami zachodnimi. Miał mieć wizerunek polityka europejskiego, któremu poszeptywania z polskimi dziennikarzami mogłyby zaszkodzić. Pamiętam, jak bardzo zdziwieni byli wtedy zachodni dziennikarze, przyzwyczajeni do tego, że poprzedni belgijski przewodniczący organizował specjalne briefingi dla belgijskich dziennikarzy i dla wszystkich było to naturalne.

Zwrotnym momentem w postrzeganiu Polski w UE, który miał też wpływ na stosunek do polskich dziennikarzy, była agresja Rosji na Ukrainę w lutym 2022 roku. Polacy stali się nagle depozytariuszami tajemnej wiedzy o Rosji, z której – podkreślmy – nikt wcześniej nie chciał korzystać. Od tego momentu przestałam już słyszeć protekcjonalne tyrady moich niemieckich i francuskich kolegów, którzy wcześniej przekonywali, że przecież Nord Stream to projekt czysto biznesowy, a Putin to facet, z którym można robić interesy. Tylko ta Polska, no i jacyś Bałtowie, ma obsesję na punkcie Rosji. Nagle moje zdanie na temat Rosji zaczęło interesować innych. Stałam się także odbiorcą wielkich wyrazów sympatii dla Polaków, którzy ruszyli z masową pomocą dla Ukrainy.

Język polski łamany na etyce

Życie w Brukseli jest też poza unijnymi instytucjami, choć przyznajmy, że zagraniczni korespondenci obracają się głównie w międzynarodowej bańce. Gdy poza nią wychodziłam, przez pierwsze lata w reakcji na informacje o moim pochodzeniu słyszałam najczęściej: „Mam sprzątaczkę z Polski, jest świetna” albo „Polacy to najlepsi budowlańcy”. Oczywiście lepsze to, niż gdybym miała słyszeć narzekania na talerze potłuczone przez polską pomoc domową czy glazurę źle ułożoną przez polskiego majstra. Ale szczerze mówiąc, trochę zazdrościłam moim kolegom z Europy Zachodniej, że nie muszą wysłuchiwać takich uwag.

Czytaj więcej

Jacek Czaputowicz: Zmiana unijnego paradygmatu

Teraz coraz częściej spotykam się z entuzjastycznymi reakcjami tych, którzy Polskę odwiedzili. – Spędziłam w Polsce miesiąc wakacji, w życiu tak dobrze nie jadłam – powiedziała mi doradczyni belgijskiego ministra pracy. A stażystka w jednej z organizacji pozarządowych pochwaliła się minimalną znajomością polskiego. Na pytanie, skąd ją ma, powiedziała, że była na wymianie w ramach programu Erasmus we Wrocławiu. – To wspaniałe miasto, Polacy są super, chcę tam wrócić – mówiła mi rozentuzjazmowana.

A gdy ostatnio nauczycielka etyki w szkole mojego dziesięcioletniego syna zaproponowała rodzicom, żeby przychodzili opowiadać o swoim zawodzie, pomyślałam: „Dlaczego nie? Niech wiedzą, że w Polsce są też dziennikarze, a nie tylko budowlańcy i sprzątaczki”. I z radością patrzyłam, jak łamią sobie języki, próbując powiedzieć „Rzeczpospolita”.

Jest 31 sierpnia 2003 roku. Małym oplem agilą jadę z Warszawy do Brukseli objąć placówkę „Rzeczpospolitej”. Negocjacje już się skończyły, traktat akcesyjny został podpisany, ale Polska jeszcze przez kilka miesięcy będzie poza Unią Europejską. I jeszcze przez ponad cztery lata poza strefą Schengen, co odczuwam, zatrzymując się do kontroli na przejściu w Świecku. Wtedy nie budzi to we mnie żadnych emocji – to przecież normalne, że na granicy musimy stanąć w kolejce i pokazać paszport. Gdy w 2020 roku, po wybuchu pandemii, wracają kontrole na granicach wewnątrz UE, wszyscy dziwią się, jakby to był koniec świata.

Pozostało 93% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Opinie polityczno - społeczne
Arkadiusz Stempin: Niemiecka demokracja w kryzysie. Czy Niemcy uchronią ją przed erozją od środka?
Opinie polityczno - społeczne
Jacek Nizinkiewicz: Dlaczego PiS chce ukryć problemy, których lawinowo przybywa
Opinie polityczno - społeczne
Zuzanna Dąbrowska: Odwołana rewolucja w KRS
Opinie polityczno - społeczne
Łukasz Warzecha: Kto tu jest populistą?
Opinie polityczno - społeczne
Ks. Mirosław Tykfer: Na granicy z Białorusią wciąż umierają ludzie