Jarosław J. Szczepański: Czym była operacja „rozszerzenie” – w jaki sposób udało nam się wejść do NATO

Dziś trudno jest powiedzieć, ile akcji przeciwko wejściu Polski do NATO udało się zdusić w zarodku. Trudno jest powiedzieć, ile nieprzychylnych Polsce artykułów nie ukazało się dzięki skutecznym i wyprzedzającym interwencjom.

Publikacja: 12.03.2024 18:08

25 lat temu Bronisław Geremek złożył podpis na dokumencie potwierdzającym rozszerzenie paktu północn

25 lat temu Bronisław Geremek złożył podpis na dokumencie potwierdzającym rozszerzenie paktu północnoatlantyckiego.

Foto: PAP/EPA

25 lat temu w Independence w stanie Missouri w bibliotece amerykańskiego prezydenta Harry’ego Trumana, twórcy NATO, 12 marca 1999 roku ministrowie spraw zagranicznych Polski (Bronisław Geremek), Węgier, Czech i USA (Madelaine Albright) złożyli podpisy na dokumencie potwierdzającym rozszerzenie paktu północnoatlantyckiego. Ten symboliczny akt zamknął ponad sześcioletnią wielką kampanię prowadzoną przez dyplomację tych trzech krajów, a także Amerykanów, szczególnie polskiego pochodzenia. To jednak niewiele by dało, gdyby nie wielka akacja lobbingowa prowadzona przez polskich dyplomatów.

Lobbing za przyjęciem Polski do NATO

Czy lobbing za rozszerzeniem NATO, szczególnie o Polskę, był niezbędny? Czy wystarczyłoby może jedynie działanie stricte dyplomatyczne? Czy niezbędne było jedno i drugie?

Czytaj więcej

Bogusław Chrabota: 25 lat Polski w NATO. Jak wykorzystujemy szansę

W drugiej połowie lat 90. w  Waszyngtonie opinie na ten temat były jednoznaczne. Wszyscy ludzie prowadzący operację „rozszerzenie” uważali, że działania lobbingowe były niezbędne. Musiały być prowadzone bardzo delikatnie, w białych rękawiczkach i w iście precyzyjnym zegarmistrzowskim stylu. Bez nich Polska nie stałaby się członkiem NATO.

Pierwszy widocznym znakiem były wyniki głosowania w amerykańskim Senacie. Odbyło się ono późnym wieczorem 30 kwietnia 1998 roku. Przeprowadzone było wedle formuły bardzo rzadko stosowanej na Kapitolu: było niezwykle uroczyste. Za rozszerzeniem NATO o Polskę Węgry i Czechy było 82 spośród 100 senatorów. Niezbędne minimum to było 67 głosów, czyli dwie trzecie. Za rozszerzeniem było więc 15 senatorów ponad minimum. Jednak jeszcze pół roku wcześniej niewiele osób było przekonanych o szansach na uzyskanie tak korzystnego dla Polski wyniku.

Proces dochodzenia do finału ratyfikacji przebiegał różnymi etapami. W każdym okresie polscy dyplomaci oraz ludzie zaangażowani w tę operację, szczególnie spośród Polonii amerykańskiej, musieli działać inaczej. Odmienne działania podejmowano w stosunku do różnych grup – celem było wywarcie presji lobbingowej. Okresów tych było kilka. Zdaniem ówczesnego polskiego ambasadora w Waszyngtonie, Jerzego Koźmińskiego, było to siedem etapów.

Czytaj więcej

Jerzy Koźmiński: Historyczna decyzja USA w sprawie poszerzenia NATO

Siedem etapów operacji „rozszerzenie”

Okres pierwszy: lata 1993–1994. Polska chce być członkiem NATO. Stany Zjednoczone i zachodnioeuropejscy członkowie NATO robią unik: jesienią 1993 powstaje Partnerstwo dla Pokoju. W swym pierwotnym założeniu ma ograniczyć nacisk krajów starających się o wejście do NATO. Ówczesny minister spraw zagranicznych Andrzej Olechowski oraz prezydent Lech Wałęsa rozpoczynają ostrą kampanię. W styczniu 1994 prezydent Bill Clinton zadeklarował w Brukseli, że nie należy prowadzić dyskusji o tym, „czy rozszerzać”, a jedynie nad tym „kiedy i jak”. To była ogólna deklaracja. Jednak do opracowania strategii i harmonogramu rozszerzenia droga była daleka.

Okres drugi: do września 1994. Sprawa dojrzewała i rodziła się amerykańska koncepcja rozszerzenia, w czym Polska miała swój udział.

Okres trzeci: do września 1995. W tym czasie powstało w Brukseli studium „NATO Enlargement”, mające z jednej strony oswoić z tą możliwością sojuszników, z drugiej dać szanse oswojenia się z tym Rosji.

Okres czwarty: do przedwyborczego wystąpienia Billa Clintona w polskiej dzielnicy Hamtrack w Detroit 22 października 1996. Amerykański prezydent powiedział wówczas Polonii jasno i konkretnie: sojusz zaprosi Polskę w czasie najbliższego szczytu, czyli w lipcu 1997 roku, a rozszerzenie nastąpi za jego drugiej kadencji. W tym czasie jednak jego przeciwnik senator Bob Dole również  mówił w kampanii wyborczej o konkretach związanych z ewentualnym przyjęciem Polski do NATO.

Okres piąty: do szczytu NATO w lipcu 1997. Wtedy to wystosowano zaproszenie.

Okres szósty: do głosowania rozszerzenia NATO w amerykańskim Senacie. Odbyło się ono 30 kwietnia 1998.

Okres siódmy: do 12 marca 1999. Czyli oficjalnego i uroczystego parafowania dokumentów przez Polskę, Czechy i Węgry w Independence w stanie Missouri. Ten etap – niezwykle ważny – określał przyszłą pozycję Polski w sojuszu.

Konieczne było sprzęgnięcie wielu elementów

Poszerzenie było funkcją kilku elementów. Dlaczego tak ważne były Stany Zjednoczone? USA to lokomotywa NATO. Ale też i one były najbardziej zaangażowane w rozszerzenie. Z punktu widzenia Ameryki było to kluczowe. Stanowiska Francji, Niemiec czy Wielkiej Brytanii zmieniały się. Ale w Stanach niezwykle istotne było postrzeganie zmieniającej się sytuacji w Rosji, jej aktywność i zachodzące tam zmiany. Kolejnym problemem były stosunki Polski i NATO z Ukrainą oraz państwami bałtyckimi, a także innymi krajami aspirującymi do NATO.

Sukces wymagał odpowiadania na powtarzane w Stanach pytania o sytuację w Polsce: na ile dojrzała jest polska demokracja, na ile stabilne są polskie przemiany. Jak się patrzy na ten proces z perspektywy blisko 30 lat, ponad ćwierćwiecza, to stawiane wówczas pytania wydają się jeszcze bardziej zasadne. Skuteczna operacja wymagała nie tylko stałych i oficjalnych działań informacyjnych. Wymagała też działań i sygnałów wychodzących w kierunku amerykańskiej administracji i Kongresu spoza polskiej ambasady i polskiego rządu, a więc działań Polonii. Konieczne też było przyspieszanie pewnych zmian w Polsce – doprowadzenia do cywilnej kontroli nad armią, ale idącej też w kierunku takim, który odpowiadał sojusznikom z NATO, tak by zmiany te były postrzegane i uznawane przez Amerykanów za właściwe.

Czytaj więcej

Paweł Łepkowski: Czy Polska byłaby w NATO, gdyby nie determinacja amerykańskiej Polonii?

Konieczne było jasne określenie kierunków działania, wyznaczenie celów oddziaływania. A więc szczególnie na tych ludzi, którzy mieli znaczący wpływ na stu senatorów. Konieczne też było takie oddziaływanie na tych ludzi, by ich nie tylko przekonać, ale również skłonić do zaangażowania się w proces. To miało już bezpośrednie przełożenie na Senat.

A więc niezbędne było działanie na szczeblu federalnym. Czyli na centralne think tanki (instytuty naukowe, skupiające wielu wybitnych specjalistów, powołane po to, by politycy mogli korzystać z ich badawczego i eksperckiego zaplecza), które na Senat mają jednoznaczne oddziaływanie. Nie można było zostawiać na uboczu samych senatorów i członków Izby Reprezentantów. Mimo że jest to izba niższa amerykańskiego parlamentu, to de facto ma ona na Senat duży wpływ i oddziaływanie. To faktycznie ona decyduje o pieniądzach, które potrzebne były do poszerzenia NATO.

Kolejne grupy, które musiał objąć lobbing

Przyjęta we wrześniu 1994 poprawka senatora Brauna dawała nadzieję na rozwiązanie korzystne dla Polski, jednak przyspieszanie biegu wypadków było niezbędne. Skutecznym działaniem polskiej polityki było wygrywanie konkurencji, szczególnie przedwyborczej (lato i jesień 1996) między dwoma partiami – republikanami i demokratami. Pracowano więc nad ludźmi Boba Dole’a i Billa Clintona.

Druga grupa, na którą konieczne było oddziaływanie, prowadzenie lobbingu, to administracja. Do 22 października 1996 roku (Hamtrack) oddziaływanie na Kongres miało podwójne znaczenie – chodziło bowiem o to, by Kongres również wywierał nacisk i presję na administrację. Na nią również był więc skierowany lobbing. Oświadczenie Clintona sprecyzowało stanowisko administracji i zmieniło kierunki działania.

Te dwie grupy były ze sobą sprzężone – Kongres musiał naciskać na administrację. Ta zaś to konglomerat: Biały Dom, Pentagon, Departament Stanu, CIA.

Polonia była cały czas oddanym sojusznikiem, ale jej zaangażowanie i działania należało również dyskretnie pobudzać i stymulowa

Trzecia grupa, na która należało naciskać to amerykańskie media. Czwarta: ośrodki opiniotwórcze, czyli uniwersytety, think tanki, platformy prezentacyjne, jak np. Chicago Comite Formulation, czy inne tego typu miejsca spotkań z elitą polityczną. Następna to zorganizowane grupy nacisku, biznes, grupy etniczne, związki zawodowe.

Polonia była cały czas oddanym sojusznikiem, ale jej zaangażowanie i działania należało również dyskretnie pobudzać i stymulować. Jednak bezsprzecznie nacisk wywierany przez Polonię, tysiące listów pisanych do swoich senatorów, tysiące telefonów do senatorskich biur, miało siłę, której nie wolno lekceważyć. Pokazywało to bowiem, że wprawdzie nikt nie wie, ile naprawdę jest Polonii w Stanach, to jednak jest ona w wyborach za każdym razem na tyle silną grupą nacisku, że warto uwzględniać składane przez nią postulaty.

Trzeba było pozyskać gubernatorów

Sam więc lobbing wobec Senatu, to byłoby zdecydowanie za mało. Po szczycie NATO w Madrycie było już jasne, że administracja USA będzie w tej operacji pomocna. W Departamencie Stanu powstało biuro ds. rozszerzenia NATO kierowane przez Jeremiego Rosnera.

Kolejnym miejscem pozyskiwania były konferencje gubernatorów. W Delawere pozyskano wszystkich. Ale był to efekt docierania do konkretnych osób. Często udawało się pozyskać jedną osobę, za to niezwykle ważną i mądrą. Były też rezolucje podjęte w hrabstwach i miastach, np. Pulasky County. Podejmowały je związki zawodowe, organizacje biznesu, kobiece, grupy weteranów, a to było bardziej słyszalne na dole w poszczególnych stanach niż bezpośrednio w Waszyngtonie.

Sukcesy na różnych etapach odnoszono różne. Ale ponieważ działania prowadzone były równolegle na szczeblu lokalnym i centralnym, to efekty były wymierne i widoczne wszędzie. Jednak nacisk lokalny był zauważany bardzo. Najlepszym przykładem jest Massachussets, gdzie udało się pozyskać pierwszą rezolucję w 1995 roku. Senator Ted Kennedy był przeciwny rozszerzeniu, jednak kiedy zobaczył, że nie jest to dobrze odbierane przez lokalną społeczność – zmienił zdanie.

Czytaj więcej

Jerzy Haszczyński: Wciąż czekamy na prawdziwą maturę w NATO

Oddziaływanie na polityków było konieczne, ponieważ wymagało stałego odpowiadania na pytanie, czy rozszerzenie NATO nie zagraża interesom i bezpieczeństwu Stanów, czy nie popsuje kontaktów z Rosją. Zdaniem specjalistów to jest proste, dopóki trwa dyskusja. Proste, jeśli nie jest to sprzeczne z interesami USA. Tej sprzeczności w tym przypadku nie było, konieczne było jednak przekonywanie o tym, że nie ucierpią na rozszerzeniu amerykańskie stosunki z Rosją.

W stosunkach z Senatem stosowano działania pośrednie i bezpośrednie. Rola senatorskich doradców – staffersów jest ogromna. Wielu z senatorów całą swoją wiedzę w poszczególnych sprawach czerpie tylko i wyłącznie z tego, co przekażą im ich staffersi.  Konieczne było więc docieranie do właściwych i skuteczne na nich oddziaływanie. W tym celu co roku organizowane było przez polską ambasadę zgromadzenie „właściwych” staffersów. Później, kiedy już było wiadomo, że będą kolejni przekonani, pracowano „na rozgrywających”. To – jak uczy doświadczenie – jest najlepsza metoda oddziaływania na senatorów.

Dlaczego w USA rola lobbingu jest tak ogromna

Każde z wielu dziesiątków spotkań polskiego ambasadora z senatorami było  wykorzystywane do lobbowania na rzecz rozszerzenia NATO. Do tego celu, można powiedzieć, służyły też wszystkie delegacje przyjeżdżające z Polski. Jednak, by to było możliwe, każda musiała przejść pewnego rodzaju doszkalanie przed spotkaniami. Musiała wiedzieć, o czym z kim należy rozmawiać, jakich należy używać argumentów, czego unikać w rozmowie, by nie zasiać ziarna niepokoju. Władze w Polsce się zmieniały, intencje były mniej więcej jednakowe. Konieczne więc było również pilnowanie, by – mimo zmiany rozmówców ze strony polskiej, a co najważniejsze zmiany ich politycznego usytuowania – argumenty były jednakowe.

Nie można było zapominać o amerykańskiej specyfice. Trzeba ją dobrze znać, żeby wiedzieć, jak wielka jest w Stanach rola lobbingu. Ogromnej wagi Kongresu i jego wpływu na bieżącą politykę amerykańską nie podważy nikt, ale właśnie ta świadomość wymaga prowadzenia działań mających dopomóc w przekonaniu Kongresu, by zaangażował się w jakąś konkretną sprawę. Zdaniem specjalistów nie ma na świecie takiego drugiego parlamentu, który tak mocno oddziaływał na bieżącą politykę państwa i prezydenta. W Stanach nie wystarczą więc dobre kontakty z rządem. Niezbędne jest prowadzenie intensywnej pracy z Kongresem i to z obu jego izbami. Jest to więc działanie obliczone na wielką skalę, idące w tysiące ludzi, których trzeba obserwować, do których trzeba wiedzieć, jak można dotrzeć w każdej chwili. Kongres jest opleciony doradcami, zawodowymi lobbystami, a wszyscy mają swoje i interesy. Ale nie można się było ograniczać tylko do Waszyngtonu. Polityka lokalna ma w Stanach ogromne znaczenie, a to wymusza ciągłe wyjazdy również nie tylko poza ten „wielki Waszyngton”, czyli poza Beltway, a więc obwodnicę Waszyngtonu DC, ale i do wielu amerykańskich stanów.

Czytaj więcej

Paweł Łepkowski: NATO nie wymaga dofinansowania, tylko reorganizacji

To niezwykle ważne działanie miało na celu zainteresowanie problemem i ułatwienie zrozumienia tego, po co trzeba rozszerzyć NATO. Chodziło przede wszystkim o to, by mając ograniczone możliwości działania i ograniczone środki, wykorzystać wszystkie możliwości, tak by żaden ruch nie był strzałem w próżnię. Działania były więc prowadzone albo tam, gdzie trzeba było pozyskiwać, bo nie było dla sprawy wystarczającego zrozumienia, albo tam, gdzie trzeba było konsolidować, bowiem od przekonania kogoś o słuszności naszej sprawy do zaangażowania go w pozyskiwanie senatorów droga jest jeszcze daleka i wymagająca wielkiej pracy. Czyli niezbędna jest koncentracja i selektywność. Podobnie było w działaniach na szczeblu centralnym.

O tym, że polskie działania były skuteczne, świadczy liczba dziewiętnastu stanowych rezolucji na rzecz rozszerzenia NATO o Polskę. Takie rezolucje działały na władze stanowe, którym było łatwiej prowadzić kampanię na rzecz rozszerzenia NATO dalej.

Używano różnych argumentów

Zdaniem Jana Nowaka-Jeziorańskiego, byłego szefa Wolnej Europy, polska grupa etniczna powinna się uczyć od mniej licznej, ale jakże sprawniejszej (nie tylko z racji na posiadanie wielkich pieniędzy) etnicznej grupy Żydów amerykańskich czy nawet żyjących w Stanach Kubańczyków, którzy potrafią wywrzeć taki nacisk na Kongres, że nikt nie jest w stanie zmienić obowiązujących ustaw restrykcyjnych wobec komunistycznej Kuby.

Cały czas prowadzona była akcja wysyłania do poszczególnych senatorów dziesiątków listów z gratulacjami, z podziękowaniami za zainteresowanie polską sprawą. Chodziło o to, by wciąż im przypominać o deklaracji, o rozmowie, o sprawie. Jednocześnie w Stanach co dwa lata zmienia się jedna trzecia składu Senatu. To więc wymagało wnikliwego obserwowania kampanii wyborczej w 1996 roku i kształtowania odpowiadającego polskim interesom stanowiska nowych senatorów, a wcześniej kandydatów.

Używano różnych argumentów. Zawsze były wcześniej starannie przygotowane. I tak na przykład senator Hayek z Nebraski przypadkiem w czasie rozmowy odkrył, że jego babka była rodem z Poznańskiego. Tak go ta informacja uzyskana od polskiego ambasadora ucieszyła i zainteresowała, że stał się gorącym orędownikiem rozszerzenia.

Tworzone były mapy poparcia

Prowadzone były bardzo dokładne zapiski dotyczące mapy rozłożenia stanowisk związanych z senatorskim poparciem. Wciąż trzymano ręce na pulsie, tak by móc dopasować się do sytuacji. Czy to poprzez poszukiwanie znajomych wśród lokalnego biznesu, czy to stworzenie indywidualnych ścieżek tak, by mieć przed oczyma sylwetki, wiedzieć na co reagują pozytywnie, a co może być zagraniem niekorzystnym. Pierwsza taka mapa powstała w grudniu 1994 roku na zorganizowanej pół roku po przyjeździe ambasadora Jerzego Koźmińskiego naradzie konsularnej. Na tej mapie zmieniali się ludzie, ale też coraz bardziej na korzyść Polski zmieniała się sytuacja , czyli liczba pozyskanych. Na mapie było pięć grup:

  • Zaangażowani od  początku (Mikulski, Braun) - byli nie tylko za, ale też walczyli o sprawę i można było założyć, że nie przestaną być za.
  • Ci, którzy po prostu byli za.
  • Wahający się, ale bardziej na tak, szczególnie po przyparciu do muru.
  • Wahający się raczej na nie.
  • No, i ci, co chcieli głosować na nie.

Każdą grupę trzeba było podchodzić inaczej. Cały czas trzeba było pracować nad piątą, by się nie powiększała przez ściąganie zdecydowanych czy też niezdecydowanych. Jednak czasami lepiej było poświęcać więcej energii ludziom z trzeciej i czwartej grupy niż tym z piątej. To nie było tak, że był przepływ senatorów tylko na tak, zdarzało się odwrotnie. A zaczęło się wcale nie od 67 jednoznacznie zdeklarowanych senatorów. Wprawdzie poprawka Brauna miała 82 „za”, ale mówiła ona poparciu rozszerzenia, ale nie o konkretach.

Metody działania były różne: od wywierania presji, poprzez przypominanie, naciskanie. Korzystano z kolejnych kampanii wyborczych (które mają miejsce co dwa lata), wychwytywano elementy dobrych koncepcji, starano się ukręcać złe, niekorzystne dla polskiej racji stanu w zarodku. Zrodził się bowiem pomysł, żeby przyjęcie do NATO połączyć z wejściem państwa kandydującego do Unii Europejskiej. O tym nowym pomyśle strona polska dowiedziała się w czasie... meczu piłkarskiego rozgrywanego między młodymi pracownikami Departamentu Stanu, Pentagonu i ich znajomymi. Dzięki wcześniejszej wiedzy o tej inicjatywie udało się przedsięwziąć akcję uprzedzającą, tak by nie dopuścić do realizacji tego niekorzystnego dla Polski zamierzenia. Mecze były zresztą niezłym źródłem wielu interesujących informacji. Uczestniczyli w nich praktycznie wszyscy młodzi dyplomaci z ambasad, a ich zadania były jasno i konkretnie precyzowane. Chwytano się wszelakich najbardziej nawet egzotycznych sposobów.

Polski wkład w doprowadzenie do rozszerzenia NATO był ogromny

Przekształcono Partnerstwa dla Pokoju w organizację aktywną. Koncepcja byłego doradcy prezydenta Cartera Zbigniewa Brzezińskiego (luty 1994), żeby ustalić stosunki z Rosją na innej płaszczyźnie niż dyskusja na temat rozszerzenia NATO, była bardzo pomocna. Wystąpienie Andrzeja Olechowskiego w Stambule z zaprezentowaniem koncepcji strategicznych, to były filary nowej struktury bezpieczeństwa i rozszerzania NATO.

Nie wszystkim się podobało podnoszenie zagrożenia ze strony Rosji, bo powiększało jedynie liczbę punktów zapalnych w kontaktach z nią. NATO jednak było cały czas postrzegane jako wehikuł integracji z Zachodem. W styczniu 1995 ogłoszono 10 punktów – poszerzenie NATO stwarza szansę ułożenia nowych stosunków z Rosją. Nowych również i dla Polski. Specjalne stosunki NATO –Ukraina ogłoszono w marcu 1995.

Nie wszystko było poukładane jak w szwajcarskim zegarku. Większość spraw dojrzewała na bieżąco. Ciągła presja, zmieniające się elementy koncepcji amerykańskich, stały udział w debatach, kształtowanie opinii publicznej i politycznej, jednocześnie dbałość o wizerunek Polski. To wymagało działań prewencyjnych, reaktywnych, kiedy działo się coś złego, aktywnych na co dzień. Dziś trudno jest powiedzieć, ile akcji przeciwko wejściu Polski do NATO udało się zdusić w zarodku. Trudno jest powiedzieć, ile nieprzychylnych Polsce artykułów nie ukazało się dzięki skutecznym i wyprzedzającym interwencjom.

Rola kontaktów osobistych jest ogromna – w Stanach nie do przecenienia. Mają dużo większe znaczenie niż w Europie

Działano zadaniowo, obserwując i pracując z różnymi grupami – z prasą, notabene nie tylko waszyngtońską, ale i nowojorską, co było dużo trudniejsze; ze środowiskami żydowskimi, z Pentagonem. Pracowali po kolei wszyscy. Dysponowano małymi pieniędzmi, ale udawało się pozyskiwać niezbędne środki spoza budżetu MSZ-owskiego. Najważniejsze, zdaniem moich rozmówców, nie tylko wśród pracowników polskiej ambasady w Waszyngtonie, to konieczność chęci uporządkowania wszystkiego, nie bycie leniwym, a współpraca z kilkoma osobami, które nie przekładały czasu wolnego nad nie najlepiej opłacaną pracę.

A pamiętać trzeba, że sytuacja w kraju przez te lata nie była pomocna. Sprawa premiera Józefa Oleksego zamroziła posuwanie się rozszerzenia o pół roku. „Byliśmy zdani na siebie, a nie na instrukcje z kraju” – wspominał lata temu jeden z rozgrywających pracowników polskiej ambasady, dodając, że na szczęście opinia z Waszyngtonu była wysłuchiwana w Warszawie. To zaś ułatwiało działania w Waszyngtonie. Najbardziej stresowały w tym czasie: „Poza stosunkami polonijno-żydowskimi, drugi nerwowy obszar, to właśnie współpraca z krajem, ciągły lęk, żeby ktoś czegoś świadomie, czy nieświadomie nie zepsuł” – wspominał ambasador Jerzy Koźmiński, który kierował nie tylko pracą ambasady, ale też całą operacją lobbingową. Najbardziej zaangażowani w te działania byli Mariusz Handzlik (zginął w katastrofie smoleńskiej), Bogusław Winid, pracownik ONZ, Jarosław Kurek – obecnie w OSCE, czy Dariusz Wiśniewski.

Niezbędne więc było posiadanie krytycznych ścieżek dojścia do ludzi zajmujących się poszczególnymi sprawami i tematami. Rola kontaktów osobistych jest ogromna – w Stanach nie do przecenienia. Mają dużo większe znaczenie niż w Europie. Partner musi mieć zaufanie, trzeba je więc wzbudzić, zazwyczaj można to zrobić tylko poprzez kontakty osobiste. Później już wystarczy czasem wysłanie krótkiego faksu, żeby móc jakąś sprawę załatwić.

Ważne jest wiele z pozoru mało istotnych spraw. Konstrukcja przekazywanego komunikatu: musi być tak przygotowany w kształcie, treści i formie, by był nie tylko zrozumiały, ale i odpowiadający amerykańskiemu odbiorcy. Konieczne jest więc zaapelowanie do amerykańskich wartości oraz amerykańskich interesów. Treść komunikatu musi być spójna i zwarta, konieczne jest ostrożne wyważanie każdego zdania i wypracowanie doskonałej formy. W Stanach mówi się krócej niż w Europie, używa się skrótów i tak musi być skonstruowane przesłanie.

Jest to szczególnie ważne dla polityków przyjeżdżających z Polski. Umiejętność powiedzenia wszystkiego co trzeba i co się chce w trzyminutowym wystąpieniu, przekazanie przed lub po spotkaniu pisemnego równie skondensowanego memo jest sumą działań niezbyt często stosowanych w Europie, ale niezbędnych w Stanach. 

Autor

Jarosław J. Szczepański

W latach 1997-2000 pracował jako korespondent freelancer dla polskich mediów w Waszyngtonie

Opinie polityczno - społeczne
Michał Szułdrzyński: Rada Ministrów Plus, czyli „Bezpieczeństwo, głupcze”
Opinie polityczno - społeczne
Jędrzej Bielecki: Pan Trump staje przed sądem. Pokaz siły państwa prawa
Opinie polityczno - społeczne
Mariusz Janik: Twarz, mobilizacja, legitymacja, eskalacja
Opinie polityczno - społeczne
Bogusław Chrabota: Śląsk najskuteczniej walczy ze smogiem
Opinie polityczno - społeczne
Jerzy Surdykowski: My, stare solidaruchy