Śmierć pani Doroty, to najgłośniejszy przypadek tego rodzaju od czasu śmierci Izabeli z Pszczyny. Ale pojawiają się i inne alarmujące informacje. W klinice w Bydgoszczy lekarze kilkadziesiąt dni czekali na obumarcie płodu u pani Roksany, nie podejmując decyzji o zakończeniu ciąży zagrażającej życiu pacjentki. Przerażona kobieta zawiadomiła media. Dopiero wtedy wykonano cesarskie cięcie.
Ciężarna Milena z Łodzi trafiła do szpitala w 14 tygodniu ciąży, kiedy wody odpłynęły, a płód był już w kanale rodnym. Jak piszą działaczki Aborcji bez Granic „Gdy zapytała personel medyczny, czy mogą coś zrobić skoro jest w trakcie poronienia, usłyszała, że nie mogą »bo takie jest w Polsce prawo«”. Kobiecie dano leki na podtrzymanie ciąży i czekano aż płód obumrze. Dopiero kiedy to się stało, otrzymała leki na wywołanie skurczy. Działo się to tuż po śmierci Doroty w nowotarskim szpitalu.
Czytaj więcej
Ponad 70 procent badanych uważa, że przepisy aborcyjne w Polsce, zaostrzone wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego z października 2020 roku, są zagroże...
Polskie Towarzystwo Ginekologów i Położników wydało oświadczenie, w którym broni lekarzy i wskazuje na odpowiedzialność państwa. „W ostatnim czasie lekarze położnicy-ginekolodzy mierzą się z problemami wynikającymi z rozwiązań systemowych, które mogą oddziaływać zarówno w sferze psychologicznej, jak i prawnej na podejmowane decyzje i procesy lecznicze. Presja, którą odczuwa nasze środowisko specjalistyczne jest bardzo wysoka.” – pisze PTGiP.
Lekarze chcieliby więc, żeby każdy przypadek oceniali wyłącznie eksperci, by media i organizacje pozarządowe takimi sprawami się nie interesowały, a każdy ginekolog mógł powołać się na system i dokładnie umyć ręce od odpowiedzialności. Taki scenariusz jest jednak niemożliwy, bo sprawa wywołała społeczny wstrząs. Rzecznik Praw Pacjenta przyznał, że w przypadku pani Doroty "popełniono całą serię błędów".
Po wyroku Trybunału Konstytucyjnego z października 2020 roku, ograniczającym prawie do zera możliwość wykonania aborcji zgodnie z prawem (ze względu na nieuleczalną wadę płodu), ratowanie życia kobiet przestało być kwestią czysto medyczną. To polityka, która setki tysięcy osób wyprowadziła nie tak dawno na ulice polskich miast. Szpital w Nowym Targu nosi imię Jana Pawła II, przechowuje relikwie świętego i nie wykonuje aborcji. Kliniką w Bydgoszczy kieruje profesor znany z przekonań pro-life, który przegrał proces z pacjentką w podobnie niebezpiecznej sytuacji. To już nie jest kwestia indywidualnej klauzuli sumienia. To system i decyzje lekarzy mogące prowadzić do śmierci kobiet. Przy pełnej akceptacji państwa.
Rzecznik Praw Pacjenta przyznał, że w przypadku pani Doroty "popełniono całą serię błędów".
Po wyroku Trybunału prezydent Andrzej Duda skierował do Sejmu ustawę
precyzującą działania medyczne i procedury mające ratować życie kobiet w ciąży.
Ustawa została zamrożona, a prezydent o niej zapomniał. Zamiast tego powstał
zestaw zaleceń Ministerstwa Zdrowia, których waga jest – jak widać – znikoma. Minister zdrowia Andrzej Niedzielski zapowiedział wydanie "jeszcze bardziej szczegółowych zaleceń". Czy to wystarczy?
W opisywanych przypadkach ofiarami były kobiety, które zamierzały urodzić, ale u których wystąpiły problemy natury medycznej. Często będące już matkami, jak Dorota czy Izabela. To one płacą życiem lub zdrowiem za wyrok TK i bezduszną postawę obecnej władzy.