Czesław Bielecki: WSI bez tajemnic

Nie ma żartów: czy rządzą ci, czy tamci, Wielki Spowalniacz Inicjatyw działa niezawodnie. Nikt za niego nie bierze odpowiedzialności. Za trwanie WSI zawsze odpowiadają jacyś „oni”. Z rządu lub z opozycji – pisze architekt i publicysta.

Publikacja: 10.04.2023 07:00

Czesław Bielecki: WSI bez tajemnic

Foto: AdobeStock

Rozszyfrujmy tytułowy skrót: Wielki Spowalniacz Inicjatyw. WSI to sposób działania administracji naszego państwa. Samorządowej i rządowej. Z każdymi wyborami, zdawałoby się, przepoczwarza się ona na nowo. A jednak dla obywatela te zmiany okazują się nieistotne. Wchodząc do urzędów, zaczynamy jak zwykle grzęznąć, tracimy impet. Nie ma żartów: czy rządzą ci, czy tamci, Wielki Spowalniacz Inicjatyw działa niezawodnie. W sensie prawnym mówić trzeba o mechanizmie, w sensie kadrowym – o organizmie. Społeczności funkcjonariuszy nie chcą pracować dla obywateli, lecz na rzecz zabezpieczania sobie „tyłów”. To konstrukcja przaśna – ani RP, ani PRL, tylko rodzaj hybrydy – RPRL. Ci, którzy śledzą wielkie eksperymenty naukowe, wiedzą, że Szwajcarzy zaprojektowali i zbudowali podziemny Wielki Przyspieszacz Hadronów. My, na przekór ambicjom czasów transformacji i powszechnej informatyzacji, udoskonalamy WSI – Wielki Spowalniacz Inicjatyw.

Ten twór to wynik inercji kolejnych rządów. Nikt za niego nie brał i nie bierze odpowiedzialności. Za trwanie Wielkiego Spowalniacza Inicjatyw zawsze odpowiadają jacyś „oni”. Z rządu lub z opozycji. Spójrzmy prawdzie w oczy: WSI tworzymy sami tylko w zmieniających się rolach. To problem tyleż polityczny, co kulturowy. Magia zbiorowej nieodpowiedzialności. Jako wyborcy jesteśmy zbyt tolerancyjni dla rządzących różnych szczebli. Brak nam odwagi cywilnej i uporu, żeby przeciwstawić się pomiataniu obywatelem. Jakby to nie nasze rządy i samorządy lekceważyły swoich wyborców tuż po zakończeniu kampanii, które zapewniły im władzę.

Różnica między symulacją a sprawczością

Dopiero wojna tocząca się przy naszych granicach uświadomiła – wciąż jeszcze mniejszości z nas – że sprawność infrastruktury krytycznej i jej odporność na wyzwania bezpieczeństwa przekłada się na czas reakcji na zagrożenia. Wobec wyzwania wojny kompetencje urzędników muszą być faktycznymi umiejętnościami rozwiązywania problemów, a nie tylko zakresem władztwa nad obywatelem. Tzw. procedury nie mogą pozostać – jak dotychczas – uniwersalnym wykrętem od osobistej odpowiedzialności za fiasko spowodowane paraliżem decyzyjnym. Procedura ma wrócić do definicyjnego sensu, ma być sprawdzonym sposobem osiągania celu: na czas, w ramach prawa i założonych kosztów.

WSI polega na takiej interpretacji każdego przepisu, która zwalnia urzędnika z odpowiedzialności. Może bezkarnie blokować każdego aktywnego obywatela. WSI pozwala marnotrawić energię społeczną w aurze zbiorowej nieodpowiedzialności. Dopiero wojna w Ukrainie odsłoniła różnicę między symulacją działania i realną sprawczością. W Polsce i Europie spieramy się teraz o rzeczywistość. Żadne medialne narracje nie pomogą pozorantom kryjącym się za elokwentną retoryką. Liczą się fakty dokonane: prawdziwe rozwiązywanie prawdziwych problemów.

Urzędnicy nie ryby

Argumenty, które przedstawiam, i diagnoza zjawiska określonego akronimem WSI skierowane są do milczącej większości w administracji. Do państwowców rozumiejących, że zmieniać się mogą rządy i samorządy, ale obywatele muszą mieć poczucie, że kraj nie stoi nierządem. Musi być utrzymana ciągłość ruchu. To nie urzędnicy są solą tej ziemi, lecz obywatele. Niestety, ta grupa państwowców jest zdominowana przez żelazny trójpodział pozostałych funkcjonariuszy WSI. Pierwsi nie ryby – więc biorą. Jeśli dużo, rzadko i na podstawione podmioty, w dodatku z przesunięciem w czasie w stosunku do zajmowanego stanowiska, jest to praktycznie bezkarne… Drudzy – blokują, nieważne czy przez literalną interpretację przepisów, czy przeciąganie terminów. Tak napędzają korupcję, obojętne – w pieniądzu, w naturze czy w kontaktach. Trzeci udają idiotów lub nimi są naprawdę i twierdzą, że nie ma dwóch pierwszych grup. Ale też nie mają odwagi, aby wejść do tej czwartej grupy – państwowców. Taka decyzja wymaga bowiem odwagi cywilnej, postawienia się szefowi, przeciwstawienia się solidarności korporacyjnej. WSI pracuje przecież na własny spokój i dla siebie.

Korupcja większości administracji jest bezgotówkowa i bezłapówkowa. Spływa z poziomu politycznego na stan urzędniczy. Polega na tym, że ten, kto decyduje o setkach milionów, a często i miliardach złotych, skręca się z bólu na samą myśl, że zleceniobiorca zależny od jego łaskawego podpisu wykona pracę za setki tysięcy (czy nawet parę milionów) złotych. Umiera z zawiści, wyobrażając sobie te krociowe sumy, pliki banknotów, który zależny od niego obywatel wkłada do własnej kieszeni. Nie rozumie, że nie płaci człowiekowi, lecz przedsiębiorcy, który za zarobione pieniądze musi utrzymać firmę, zapłacić swoim pracownikom i podwykonawcom, opłacić ZUS, leasingi sprzętu, koszty lokalu i podatki. I w odróżnieniu od urzędnika pracuje i działa na własne ryzyko, a często musi się ubezpieczyć od odpowiedzialności cywilnej. Korupcyjna jest już sama myśl decydenta, że jego partner zewnętrzny wkłada tę „kasę” do kieszeni tak, jak urzędnik wkłada tam swoją pensję.

Lata świetlne od Estonii

WSI jest profesjonalny i nie ma nic ze złogów przeszłości. Młodzi, eleganccy, urzędniczki i urzędnicy, pełna informatyzacja, sprawne surfowanie po ekranach smartfonów. Z drukarek szybko i cicho wychodzą kopie decyzji odmownych, informacje o przesunięciu terminu z przywołaniem stosownych artykułów i paragrafów, zapowiedzi rozpoczęcia procedury od nowa z powodu niedostarczenia brakujących załączników albo braku pieczątek. Lata świetlne dzielą nas od Estonii.

Jakim prawem żąda się od nas potwierdzenia dokumentu, który jakiś urząd za nasze podatki sam umieścił w sieci? WSI nie polega na procedurach, lecz nielegalnym procederze, w którym bez słów rozumieją się trzy władze: ustawodawcza, wykonawcza i sądownicza. Żadna z nich nie dąży do tego, by na czas podjąć jakąkolwiek decyzję. Sejm nie spieszy się z przygotowaniem ustaw, rząd z wydaniem rozporządzeń, a urząd miejski – zezwoleń. Sądy – z przeprowadzeniem postępowania i rozstrzygnięciem go wyrokiem sformułowanym w zrozumiałym języku, dającym obywatelom poczucie, że prawo chroni sprawiedliwość.

Przekaz WSI jest jasny. Każda władza ma czas, terminy są dla obywateli. Tylko my, przedsiębiorcy, twórcy i zwykli pracownicy, nie możemy pomylić się z przekroczeniem daty złożenia pisma, obliczeniem wymiaru podatku i terminem jego zapłacenia.

Tymczasem każdy szczebel władzy – samorządowej i rządowej – ma swój aparat urzędniczy podległy uniwersalnej zasadzie spowalniania obwarowanej „prawem powielaczowym”. Każdy urząd sam sobie drukuje wewnętrzne procedury. Radcy prawni, gdy powołujemy się na unijne przepisy, pokazują nam własne – resortowe lub gminne. Cóż, że WSI ozdabia się imitacjami różnych europejskich instytucji? Pozostaje bagnem rodzimej niemożności. Więcej, wciąga w swoją topiel kolejne już pokolenie, dla którego rok 1989 i polska transformacja to opowiadanie paleontologów o dinozaurach.

Bezczynność od zarania III RP

Dlaczego wokół przełamania oporu WSI nie udało się w ciągu ponad trzech dekad III RP zbudować społecznego konsensu? Dlaczego idea silnego, sprawnego państwa nie zakorzeniła się w świadomości polityków, elit, obywateli?

Maciej Strzembosz w jednym z ostatnich tekstów przypomniał projekt Silnego Państwa Minimum („Szok systemowy” z wydania „Rzeczpospolitej” na 8 lutego), który trzy dekady temu opracowaliśmy w Porozumieniu Ponad Podziałami. W tej radykalnej reformie administracji publicznej skupiliśmy się przede wszystkim na zmianach sposobów działania.

Czytaj więcej

Maciej Strzembosz: Szok systemowy

Chcieliśmy u zarania III RP spowodować przyspieszenie decyzji administracyjnych, aby prowadzić politykę na miarę energii i kreatywności Polaków. Projekt opracowaliśmy dla kancelarii prezydenta Lecha Wałęsy, którą kierował wówczas Jarosław Kaczyński. Niestety, po jego odejściu, prezydenta sprawa w ogóle nie interesowała. Podobnie zresztą jak wszystkich kolejnych reformatorów naszej biurokracji: Jana Marii Rokity, Leszka Balcerowicza, Jerzego Buzka czy Mateusz Morawieckiego. Nie odnieśli się do idei Silnego Państwa Minimum, które ogranicza liczbę podejmowanych decyzji administracyjnych do tych najważniejszych i żąda tylko zgłoszenia pozostałych działań obywateli, aby milcząca zgoda po upływie określonego terminu oznaczała akceptację.

W poniedziałki nieczynne

Co jest źródłem oporu? Bałwochwalcze przekonanie administracji, że to ona jest kreatorem wydarzeń. Rzadko widzimy ministrów, którzy rządzą ministerstwami (częściej jest odwrotnie). Równie rzadko – prezydentów, którzy rządzą urzędami miast. Ale tak samo lubią z wysokości swoich chmur wyrażać „wolę polityczną”. A ta, schodząc na poziom sporów między folwarkami – obojętnie czy samorządowymi, czy rządowymi – zamienia się w nieuchronny imposybilizm.

Tu wypada uprzedzić Czytelnika, że próbka statystyczna, na której sprawdzam obiektywizm i prawdziwość moich rozważań o WSI, jest większa niż niejedno badanie opinii publicznej. Szczeble administracji samorządowej, z którą się konfrontuję, obejmują prezydentów i wiceprezydentów, burmistrzów, wójtów i naczelników, szeregowych urzędników architektury, środowiska, infrastruktury… W administracji rządowej od naczelników i dyrektorów departamentów, po doradców, sekretarzy stanu, ministrów, aż do premiera. A że znałem osobiście przynajmniej kilku z urzędujących prezesów Rady Ministrów i kilkunastu wicepremierów, więc moje badanie statystyczne pozwoliło mi na przykład stwierdzić, że nie można umawiać się z żadnym urzędnikiem wyższym rangą w poniedziałek, uzgadniając termin przed weekendem. Mamy bowiem 70–80 proc. pewność, że spotkanie będzie odwołane. Dlaczego? To już sprawa kulturowa. Polski dygnitarz – statystycznie, oczywiście, nie generalizuję – nie czyści biurka i nie porządkuje agendy przed weekendem. Poniedziałek go zawsze zaskakuje, więc odwołuje spotkania z kim może, a ze mną, jako przedmiotem, bo nie podmiotem przecież swoich operacji, może to zrobić zawsze.

Utracona godność

Dlatego pytany w dowolnym ministerstwie: „Pana godność?”, odpowiadam rutynowo: „Godność straciłem w urzędach Rzeczypospolitej, mam tylko nazwisko. Bielecki jestem”. Fakt, że nie wszyscy podzielają moje poczucie humoru. Wielki Spowalniacz Inicjatyw działa namaszczająco: tu się celebruje decyzje, nawet wejścia do urzędów, a nie podejmuje je od ręki po sprawdzeniu dokumentów – mówią mi kolejne szczeble systemu już przy wejściu.

Zrozumieć zatem WSI można, dopiero gdy ujrzy się w nim ekosystem. Trudno jest uchronić III Rzeczpospolitą przed upadkiem, gdy słowo „wolny” znaczy w naszym języku zarówno ślamazarny i leniwy, jak i swobodny i niezależny. Tym bardziej musimy chronić ten 1 proc. naszych obywateli, którzy są drożdżami rozwoju, aby mogli ożywiać następne 20 proc. aktywnych. Inaczej Wielki Spowalniacz Inicjatyw reprezentujący 80-proc. większość postawi na swoim. Wtedy – biada Polsce!

O autorze

Czesław Bielecki

Architekt i publicysta, prezes Fundacji Konsens. W 2021 r. ukazały się jego dwie książki: „Tak i nie” oraz „ArchiKod”

Rozszyfrujmy tytułowy skrót: Wielki Spowalniacz Inicjatyw. WSI to sposób działania administracji naszego państwa. Samorządowej i rządowej. Z każdymi wyborami, zdawałoby się, przepoczwarza się ona na nowo. A jednak dla obywatela te zmiany okazują się nieistotne. Wchodząc do urzędów, zaczynamy jak zwykle grzęznąć, tracimy impet. Nie ma żartów: czy rządzą ci, czy tamci, Wielki Spowalniacz Inicjatyw działa niezawodnie. W sensie prawnym mówić trzeba o mechanizmie, w sensie kadrowym – o organizmie. Społeczności funkcjonariuszy nie chcą pracować dla obywateli, lecz na rzecz zabezpieczania sobie „tyłów”. To konstrukcja przaśna – ani RP, ani PRL, tylko rodzaj hybrydy – RPRL. Ci, którzy śledzą wielkie eksperymenty naukowe, wiedzą, że Szwajcarzy zaprojektowali i zbudowali podziemny Wielki Przyspieszacz Hadronów. My, na przekór ambicjom czasów transformacji i powszechnej informatyzacji, udoskonalamy WSI – Wielki Spowalniacz Inicjatyw.

Pozostało 92% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Opinie polityczno - społeczne
Michał Szułdrzyński: Taśmy Mraza, afery w Funduszu Sprawiedliwości i sędziego Szmydta. Co je łączy?
Opinie polityczno - społeczne
Przemysław Prekiel: Lewica na pasku Tuska
Opinie polityczno - społeczne
Co prezes PiS wie w sprawie Funduszu Sprawiedliwości i wyborów kopertowych
Opinie polityczno - społeczne
Jerzy Haszczyński: Beniamin Netanjahu ważniejszy dla Ameryki niż Winston Churchill
Opinie polityczno - społeczne
Jacek Nizinkiewicz: Fundusz Sprawiedliwości pogrzebie Suwerenną Polskę i może pogrążyć PiS
Materiał Promocyjny
CERT Orange Polska: internauci korzystają z naszej wiedzy