Nie należę do osób specjalnie emocjonalnych. Rzekłbym, że wręcz przeciwnie. Są jednak obrazy, które i we mnie emocje wywołują. Coś takiego zobaczyłem w sieci w poniedziałek – w dniu, gdy największa jak dotąd grupa migrantów usiłowała przekroczyć nielegalnie polską granicę.

Była to kilkuminutowa transmisja z granicy, nadawana na Facebooku przez pana Ahmada Hardy, Kurda z Iraku. Po białoruskiej stronie kłębił się tłum, który wcześniej zdołał rozwalić kilkanaście metrów ogrodzenia z drutu kolczastego. Tłum skandował „dzierman, dzierman", sygnalizując swoją chęć dostania się do Niemiec. W kadrze, oprócz kilkorga dzieci, widać było jedynie mężczyzn w sile wieku. Naprzeciwko nich, blokując wyrwę w ogrodzeniu, stał zwarty szpaler polskich funkcjonariuszy i żołnierzy, trzymając przed sobą tarcze. Później nad ich głowami zawisł jeszcze helikopter.

Czytaj więcej

Na granicy z Białorusią. „Ludzie wożą termosy z herbatą, nigdy nie wiesz kiedy spotkasz migranta”

Można, a nawet trzeba na sytuację na granicy patrzeć na zimno, analitycznie – wszystko to prawda. Ale są momenty, które grają na uczuciach. To był właśnie taki moment, kiedy dotarło do mnie z całą ostrością, że ci ludzie w mundurach, z orłem na czapkach, bronią mojego kraju i mnie przed inwazją. Owszem, hybrydową, specyficzną, ale przecież ewidentnie inwazją.

Sądzę, że nie tylko ja czułem coś takiego i dlatego wszystkie siły polityczne, które będą próbowały podążać śladem pani Kurdej-Szatan, są skazane na przegranie tej sprawy. Rozumie to zresztą Donald Tusk, który w żadnym momencie nie zaatakował polskich funkcjonariuszy ani żołnierzy. Można się spierać o to, jak najskuteczniej polską granicę chronić, ale atakowanie ludzi, którzy jej fizycznie bronią, to polityczne samobójstwo.

Lecz wróćmy do pana Ahmada, który zafundował mi – niezamierzenie zapewne – tę chwilę wzruszenia. Pan Ahmad ma na swoim profilu mnóstwo zdjęć, z których nijak nie wynika, żeby musiał walczyć o każdy kęs chleba. Dobrze ubrany, zadowolony, na fotkach z przyjaciółmi, z dziećmi, podczas wyjazdów, podróży po Iraku, na koniu, przy taksówce (chyba jego własnej?), z karabinem gdzieś w górach. Kończą tę serię zdjęcia z Mińska, również bardzo wesołe: spacery po mieście, synek z człowiekiem w stroju Spidermana – jakby to był wyjazd turystyczny.

Pan Ahmad zaiste nie wygląda na kogoś kompletnie nieobytego z internetem ani oderwanego od rzeczywistości, nie bardzo zatem wiadomo, jak to możliwe, że dał się komuś przekonać, że z Białorusi do Niemiec są dwa kroki. Tylko ktoś kompletnie odcięty od jakichkolwiek źródeł informacji mógłby uznać, że bezproblemowo przejedzie sobie z Białorusi do Polski. Kto więc zaryzykował, wydając na to niemałe pieniądze – zrobił to na własne ryzyko. I nie ma żadnego powodu, dla którego Polska miałaby za to płacić.

Autor jest publicystą „Do Rzeczy"