Otóż jedną z pierwszych prac takich ludzi byłoby konstytucyjne (nie przez ustawę!) odizolowanie paru dziedzin funkcjonowania państwa od łapczywości polityków. Amerykanie, którzy borykali się z tym od początków swojej demokracji i zastosowali jakieś bezpieczniki, nazwali to regułą łupów. U nas zajadłe łupienie radia i telewizji, stanowisk państwowych i czego się da, trwa od lat, schodząc na coraz niższe szczeble. Należałoby więc raz na zawsze uniemożliwić rozszarpywanie mediów publicznych, spółek Skarbu Państwa, Trybunału Konstytucyjnego i w ogóle sądownictwa, banku centralnego i paru jeszcze dziedzin. No i służby cywilnej, po uprzednim jej odbudowaniu, bo obezwładniły ją poprzednie rządy, a obecny przebił truchło osinowym kołkiem.

Wierzę, że kiedyś tak się stanie, bo demokracja nie polega na tym, że raz na cztery lata naród wycina nielubianych władców, ale także na ochronie praw mniejszości, która po następnych wyborach może stać się większością. Także na zachowaniu niezależności instytucji, które rządzących kontrolują. Tego zdają się nie rozumieć nasi politycy, a stojący obecnie u steru – szczególnie. Powie ktoś, po co takie komplikacje, skoro w Londynie szefa BBC mianuje minister kultury, a Wielka Brytania nie posiada w ogóle konstytucji. Tak właśnie, jest to miara dystansu między polską kulturą polityczną a brytyjską: brytanom nie trzeba kagańca.

Niestety, ludzie, o których modlił się Tuwim, jeszcze w Polsce nie rządzili. Ale zaradni Amerykanie powiadają: „jeśli chcesz, aby Bóg ci pomógł, pomóż najpierw sam sobie". Tuwim pisał „Kwiaty polskie" na emigracji w 1940 roku na dnie rozpaczy. A więc jest nadzieja, trzeba tylko próbować.