Z tego artykułu dowiesz się:
- Co sprawiło, że dotychczasowa narracja polityczna na Węgrzech straciła na sile i doprowadziła do zjednoczenia opozycji.
- Dlaczego decentralizacja jest kluczowym wyzwaniem dla nowego rządu i jaką rolę w odbudowie państwa odegrają samorządy.
- Jaka jest stawka w debacie o polityce spójności i dlaczego jej przyszłość ma fundamentalne znaczenie dla Europy regionów.
- Na czym polega konflikt między unijnymi priorytetami odporności a dążeniem do konkurencyjności i efektywności.
Zacznijmy od wyborów na Węgrzech. Co tak naprawdę się wydarzyło? To pytanie jest tylko teoretycznie banalne.
Kata Tüttő, przewodnicząca Europejskiego Komitetu Regionów: Nie ma jednej odpowiedzi. Jestem politykiem, nie analitykiem politycznym. Prowadzę kampanie od 1998 r. i wiem, że po fakcie wszystko wygląda jasno. To trochę jak z liczbami w loterii. Dopiero po losowaniu wszyscy mówią, że były oczywiste. Mogę jednak powiedzieć jedno. Od dawna wiedzieliśmy, że na Węgrzech jest więcej osób, którym nie podoba się opowieść Viktora Orbána o kraju. Problem polegał na tym, że wcześniej nie było przekonującej alternatywnej opowieści. Teraz ta alternatywa się pojawiła. Węgrzy pokazali, że mają dość tej drogi i tej historii, którą Orbán pisał dla Węgier. To był jeden z głównych czynników tej zmiany.
Czytaj więcej
Węgierski parlament rozpoczął proces likwidacji budzącego kontrowersje Urzędu Ochrony Suwerenności. Instytucja, która według krytyków służyła do wa...
Co to znaczy dla spraw polityków i polityczek progresywnych na Węgrzech i w regionie? Pani wywodzi się właśnie z progresywnego środowiska. Wiele osób w Polsce też zadaje sobie teraz pytanie o progresywne postulaty i ich realizację ponad dwa lata po zwycięstwie obecnej koalicji.
Nie chcę analizować całego regionu, bo nie mam takiej wiedzy. Wiele osób w Europie Środkowej próbuje dziś odpowiedzieć na to pytanie i nie ma jednej odpowiedzi. Na Węgrzech proces nie zaczął się w 2024 czy 2026 r.. Już wcześniej było jasne, że jeśli opozycja chce pokazać, że więcej ludzi chce bardziej europejskiej opowieści o Węgrzech, musi się zjednoczyć. To wynikało również z systemu wyborczego stworzonego przez Viktora Orbána. W 2022 r. partie od liberałów, przez zielonych i lewicę, po bardziej centrowe i nawet dawne partie prawicowe próbowały stworzyć wspólną opowieść. Wtedy powstała nowa kategoria wyborcy. To nie był już wyborca lewicowy, liberalny czy umiarkowanie konserwatywny. To był wyborca opozycyjny. Wspólnym mianownikiem był sprzeciw wobec systemowej korupcji, wobec budowy autorytarnego państwa i wobec antyunijnych narracji. Ta tożsamość stopiła wcześniejsze podziały. W ostatnich wyborach szczególnie widać to było wśród młodych wyborców. Na koncertach i wydarzeniach powtarzano jedno hasło, które stało się spoiwem: „brudny Fidesz”. To nie było hasło „idziemy do Europy”. To był sprzeciw wobec Fideszu. Dla partii progresywnych oznaczało to jednak ogromne poświęcenie. Już w 2022 r. musiały oddać część swojej tożsamości i części swoich prawd, żeby można było stworzyć wspólny front. Dlatego przyszłość ruchów progresywnych na Węgrzech jest dziś bardzo niepewna.
To droga bez powrotu?
Nie powiedziałabym, że nie ma dla nich powrotu. Świat zmienia się zbyt szybko, by stawiać takie tezy. Ale teraz na Węgrzech nie jesteśmy w momencie otwierania polityki na wiele kolorów. Mandat nowego premiera i większości polega przede wszystkim na tym, by cegła po cegle rozebrać autorytarne państwo Orbána i przywrócić demokrację. Dopiero gdy demokratyczne instytucje i cały ekosystem zostaną odbudowane, to otworzy się pytanie o polityczny pluralizm.
Wróćmy do Europy Środkowej. Co zmiana polityczna na Węgrzech oznacza dla regionów w Europie? Nie tylko w samych Węgrzech. W Polsce po 2023 roku też były duże oczekiwania wobec regionów i samorządów oraz wokół współpracy miedzy nimi a władzą centralną.
Po tak długim procesie centralizacji logicznym następnym krokiem powinna być decentralizacja. Jednym z problemów państwa węgierskiego była właśnie nadmierna centralizacja. Autonomia została utracona, władza i zasoby zostały przesunięte do centrum. To doprowadziło do dysfunkcji państwa i dużego deficytu demokracji. Zapowiedź nowego rządu jest taka, że partycypacja będzie ważnym sposobem myślenia. Przed najważniejszymi decyzjami mają pojawić się nowe narzędzia uczestnictwa obywateli. To dotyczy także dyskusji o konstytucji i o tym, jak państwo ma być zorganizowane.
Ma to przełożenie na Europę?
Tak. To dobra wiadomość dla miast i regionów w Europie. Samorządy są rezerwuarami demokracji. Demokrację trzeba zaś praktykować, bo można stracić te mięśnie. Jeśli ktoś przez całe życie nie widział demokratycznego przywództwa, trudno mu od razu zacząć je praktykować. W Budapeszcie naszą rolą było utrzymanie pamięci o tym, jak działają demokratyczne instytucje. Miasta i regiony są też miejscami, które utrzymują uwagę na sprawach codziennych i długoterminowych. W czasie kryzysów polityka koncentruje się na krótkoterminowych reakcjach. Tymczasem samorządy muszą jednocześnie zajmować się chlebem powszednim i projektami na lata.
Co pani zdaniem stanie się teraz w sprawach europejskich? Z jednej strony odbudowa demokratycznych „mięśni” i potencjalna decentralizacja na Węgrzech, z drugiej finalizacja dyskusji o funduszach spójności i nowym budżecie UE.
Tak, ale te dwa procesy mają różne kalendarze. Nowy parlament zebrał się po raz pierwszy 9 maja, w Dniu Europy. To symboliczne. Nowy rząd będzie też próbował odblokować fundusze dla Węgier z obecnej perspektywy budżetowej. Ale to są sprawy krótkoterminowe. Szczególnie ważne są środki z Funduszu Odbudowy, gdzie termin upływa pod koniec sierpnia. Do tego dochodzi przegląd śródokresowy polityki spójności, gdzie pole manewru jest ograniczone. Jednocześnie nowy rząd będzie musiał zająć stanowisko wobec nowej propozycji budżetu UE. Ten proces nie będzie czekał, aż Węgry przeprowadzą decentralizację. Jeśli przez 16 lat budowano scentralizowane państwo, nie da się go rozebrać z dnia na dzień. Decentralizacja wymaga odbudowy instytucji, ludzi, kompetencji i finansowych podstaw samorządu. Trzeba zdefiniować, czym ma być władza lokalna również pod względem finansowym. To zajmie lata, a nie tygodnie czy miesiące. Dlatego decentralizacja Węgier będzie procesem znacznie dłuższym niż negocjacje nowego budżetu UE.
Czytaj więcej
Jedną z dwóch największych polityk inwestycyjnych Unii Europejskiej czekają duże zmiany. Chodzi o centralizację i wrzucenie do jednego worka ze wsp...
Przejdźmy do debaty o funduszach UE. W mediach społecznościowych widać zdjęcia, na których przekazuje pani koszulkę z napisem „cohesion” komisarzowi Piotrowi Serafinowi. Jaki jest dziś status tej dyskusji?
Widzę bardzo sztywne stanowisko Komisji Europejskiej. Komisja położyła swoją propozycję na stole w lipcu. Później pojawiły się dwa listy, ale nie wiemy dokładnie, jakie mają znaczenie prawne. Ja buduję „drużynę spójności”. Dlatego przekazuję koszulkę Piotrowi Serafinowi. Ta drużyna składa się z liderów lokalnych z całej Europy, niezależnie od partii i państw. Są w niej niemieckie i austriackie landy, Włosi, Polacy, Hiszpanie, fińskie samorządy, małe i duże regiony. To wyjątkowe, że lokalni liderzy z całej Europy, niezależnie od barw partyjnych i geopolityki, zgadzają się w sprawie przyszłości polityki spójności.
Proszę wyjaśnić naszemu czytelnikowi: co jest dziś Pani zdaniem stawką w sporze między samorządowcami a Komisją o politykę spójności UE?
Stawką jest centralizacja albo decentralizacja. Pytanie brzmi: czy Europa ma być budowana w wielu miejscach, czy w kilku centrach? I jaka jest rola publicznych pieniędzy, które wydajemy wspólnie? Podstawowa umowa europejska opiera się na jednolitym rynku. Ale jeśli jednolity rynek nie ma zdecentralizowanego mechanizmu reinwestowania, czyli polityki spójności, to integracja zaczyna przypominać ekstrakcję. Kiedy Polska, Węgry i inne kraje dołączały do jednolitego rynku, wiedzieliśmy, że rynek sam z siebie koncentruje zyski w niektórych miejscach. Dlatego potrzebny był mechanizm reinwestowania nadwyżki we wszystkie terytoria. Tym właśnie jest polityka spójności. W propozycji Komisji jednolity rynek i konkurencyjność zostały odłączone od polityki spójności. To jak lobotomia. Komisja odłącza spójność od regionów i mówi: to już nie jest europejska polityka, tylko jeden z priorytetów, o którym państwa członkowskie zdecydują same.
Jaki jest więc kalendarz? Kiedy zapadnie ostateczna decyzja?
Przewodniczący Rady Europejskiej otwarcie mówi o zamknięciu rozmów do końca roku. To bardzo napięty kalendarz. Uzgodnienie budżetu między 27 państwami zawsze zajmuje czas. W praktyce oznacza to, że najbliższe miesiące będą kluczowe.
Ostatnie moje pytanie dotyczy odporności. To dziś bardzo popularne słowo, także wśród samorządowców w Polsce. Odbywają się konferencje i debaty o tym, jak odporne powinny być gminy i miasta wobec różnych zagrożeń. Czy nie obawia się pani, że „odporność” znaczy wszystko naraz, a jednocześnie realizacja i celów odporności i zmian w unijnym budżecie jest sprzeczna?
Tak, to nowe unijne modne słowo. I ma pan też rację, są w tym sprzeczności. Dziś w Europie bardzo dużo mówi się jednocześnie o konkurencyjności, efektywności i odporności. A między tymi pojęciami są realne napięcia. Odporność oznacza zdolność do przyjęcia i zamortyzowania szoków. Żeby ją mieć, potrzebne są systemy zapasowe, rezerwy, dodatkowe połączenia, alternatywne kanały działania. Tymczasem konkurencyjność i efektywność często oznaczają działanie po bardzo wąskiej ścieżce: bez buforów, bez zapasowych systemów, z większym ryzykiem. Odporność to logika niskiego ryzyka, bo zakłada istnienie zabezpieczeń. Efektywność bywa logiką wysokiego ryzyka, bo usuwa wszystko, co wydaje się nadmiarowe. Dlatego mówię, że lokalni liderzy sami są narzędziem odporności. Są systemem zapasowym w każdym państwie członkowskim.
Widzieliśmy to podczas wielu kryzysów, choćby pandemii. Samorządowcy byli i są na pierwszej linii. Jeśli jednak chcemy, żeby lokalni liderzy byli odporni, trzeba – tak sobie myślę - dać im narzędzia i elastyczność. Oddanie decyzji o funduszach lokalnych w ręce Brukseli albo rządów centralnych w Warszawie czy Budapeszcie brzmi więc jak sprzeczność.
Dokładnie. Odporność oznacza bufory, większą decentralizację i wiele różnych ośrodków innowacji. Lokalne wspólnoty są laboratoriami innowacji. Z biologii można wyciągnąć prostą lekcję: kiedy przyszłość jest niepewna, im więcej różnych rozwiązań powstaje, tym większa szansa, że któreś z nich zadziała. A my mamy dziś bardzo niepewną przyszłość i mierzymy się z kryzysami, których wcześniej nie znaliśmy. Im bardziej centralizujemy działania wokół jednej ścieżki, tym większe ryzyko, że ta ścieżka nie zadziała. Dlatego potrzebujemy zdecentralizowanych inwestycji, różnych lokalnych polityk.