Rządząca na Węgrzech partia Tisza skierowała do parlamentu oficjalny projekt ustawy całkowicie rozwiązującej Urząd Ochrony Suwerenności. Jak poinformowała agencja Reuters, dokument opublikowany na oficjalnych stronach internetowych Zgromadzenia Narodowego jednoznacznie definiuje tę instytucję jako narzędzie nacisku politycznego. W projekcie przepisów zaznaczono, że urząd w rzeczywistości „nie realizuje żadnych publicznych zadań”, a motywacją do jego stworzenia były „czysto polityczne intencje i interesy”.

Czym zajmował się Urząd Ochrony Suwerenności? 

Urząd Ochrony Suwerenności został powołany do życia przez Fidesz pod koniec 2023 r. Oficjalnym celem, jak przypomina Reuters, miało być kontrolowanie i przeciwdziałanie domniemanej zewnętrznej, nieuzasadnionej ingerencji politycznej w sprawy Węgier. Szybko jednak okazało się, że ramy prawne działania urzędu sformułowano bardzo szeroko.

Czytaj więcej

Prof. Jacek Czaputowicz: Po porażce Orbána Bruksela cofa słowo dane Ukrainie

Jak donosił dziennik „The Guardian”, przepisy pozwalały interpretować jako zagrożenie dla suwerenności m.in. działania uderzające w kulturową tożsamość chrześcijańską państwa czy kwestionujące konstytucyjny model rodziny, małżeństwa i płci biologicznej. Rzecznik ówczesnego rządu Zoltán Kovács argumentował w mediach społecznościowych, że restrykcje wprowadzono z powodu obaw przed „milionami dolarów z podmiotów amerykańskich i brukselskich”, które miały trafiać do węgierskich organizacji pozarządowych i redakcji realizujących „jasne agendy ideologiczne”.

Z perspektywy opozycji i niezależnych analityków przepisy te stanowiły poważne zagrożenie. Dziennik „The Guardian” zwracał uwagę, że uprawnienia urzędu miały zostać drastycznie rozszerzone. Planowano m.in. możliwość rekomendowania blokady działalności organizacji pozarządowych, kontrolowania ich wykazów finansowych, dokumentów, a nawet urządzeń elektronicznych. Podmiotom naruszającym prawo groziły kary finansowe równe 25-krotności pozyskanych środków, a w skrajnych przypadkach – likwidacja. Márton Tompos z partii Momentum ostrzegał wówczas publicznie, że nowe prawo pozwoli „zamknąć każde niezależne węgierskie media i każdą organizację pozarządową”. Wielu polityków, w tym burmistrz Budapesztu Gergely Karácsony, pisało wprost o wdrażaniu „rosyjskiego scenariusza” i „putinizacji” kraju, nawiązując do moskiewskiej ustawy o „zagranicznych agentach” z 2012 r.

Czytaj więcej

Péter Magyar: 100 tys. Węgrów żyjących na Zakarpaciu bez podstawowych praw człowieka

Urząd Ochrony Suwerenności nie pomógł Orbánowi wygrać wyborów

Przełom przyniosły wybory parlamentarne. Po 16 latach nieprzerwanej władzy, rządy na Węgrzech objęła centroprawicowa partia Tisza, a na czele nowego rządu stanął jej lider Péter Magyar. Urząd Ochrony Suwerenności zaprzestał publikowania swoich dotychczasowych analiz, ostro atakujących opozycję czy naukowców, już na początku kwietnia – na kilka dni przed wyborczą porażką ekipy poprzedniego szefa rządu.

Nowy premier natychmiast przystąpił do realizacji obietnic wyborczych dotyczących przywracania standardów demokratycznych. Jak informowała Polska Agencja Prasowa, Magyar otworzył posiedzenie parlamentu, na którym zaplanowano powołanie pięciu komisji śledczych do zbadania korupcji i nadużyć poprzedników. Szef rządu uderzył w likwidowaną instytucję, stwierdzając w parlamencie, że „utrzymywany za miliardy (forintów) Urząd chronił i służył interesom Rosji, a nie Węgier”. Magyar podkreślił również, że podstawowym zadaniem jednostki było wyłącznie karanie osób wykazujących krytyczną postawę wobec poprzedniej władzy.