Pfeifer&Langen Polska rozpoczął wdrażanie radykalnych zmian w produkcji cukru. Skąd taki krok?

Dotarło do nas wszystkich, że mamy poważny problem związany z tym, że zmienia nam się klimat, że dzieje się tu coś niedobrego. Mamy świadomość, że trzeba coś zrobić żeby wyhamować te zmiany. To jedna strona medalu. Druga, to oczekiwania klienta. Świadomość konsumentów jest dziś zupełnie inna niż ta, którą mieli jeszcze 10, 20 czy 30 lat temu. Dzisiaj młode pokolenie, świadome zmian klimatycznych mówi, że chce innych produktów. Takich, których produkcja nie oddziałuje negatywnie na środowisko. Mało tego - chce, by były one wyprodukowane w warunkach, które nie naruszają równowagi środowiskowej i nie powodują cierpienia zwierząt. Wystarczy spojrzeć na liczbę restauracji eko, wege itd. To są trendy, których nie można nie zauważać.

To samo dotyczy cukru?

Tak. W zeszłym roku zastanawialiśmy się, co musimy zrobić, żeby zmieścić się w ramach czegoś, co określane jest jako zrównoważony rozwój. Rozumiemy przez to zaspokajanie potrzeb dzisiejszego pokolenia bez zagrażania możliwościom zaspokojenia potrzeb przyszłych pokoleń. Nie możemy powiedzieć: „po nas choćby potop". To byłaby polityka krótkowzroczna. Dlatego postanowiliśmy spojrzeć na nasze działania w perspektywie najbliższych 10 lat. Zadaliśmy sobie pytanie, co musimy zrobić, żeby w 2030 r. nasze przedsiębiorstwo mogło dalej korzystać z zasobów naturalnych, żeby tworzyło miejsca pracy, no i żeby konsument był pewny, że produkcja naszych wyrobów powoduje możliwie jak najmniejszy negatywny wpływ na otoczenie. Krótko mówiąc - chcemy dojść do sytuacji, w której nasz cukier, który nadal będzie biały, w rzeczywistości mógł być nazwany cukrem zielonym.

Gdy mówi się o zielonym ładzie, to często pojawiają się obawy, że dostosowanie się do niego może być trudne i nieopłacalne.

To prawda. Rolnicy boją się na przykład wyższych kosztów i ograniczenia plonów. Przemysł mówi, że musi więcej płacić za certyfikaty CO2, to też oznacza konieczność poniesienia dodatkowych nakładów. I bardzo często mamy rozdźwięk pomiędzy oczekiwaniami proekologicznymi i tymi dodatkowymi kosztami. Ale musimy mieć świadomość, że nie mamy wyjścia. Bo z jednej strony mamy środowisko, a z drugiej konsumenta, który chce oddychać czystym powietrzem, bez hałasu, chce mieć zdrową żywność, wyprodukowaną bez m.in. degradowania gleby. Musimy się do tego dostosować. I cała sztuka polega na tym żeby znaleźć takie rozwiązania, które dadzą nam możliwość kontynuowania produkcji i dostarczenia konsumentowi takiego cukru, który on będzie spożywał ze świadomością, że został wyprodukowany przy dotrzymaniu tych wszystkich zasad. Musimy być przy tym ekonomicznie efektywni. Nasi partnerzy, czyli rolnicy, muszą mieć korzyści finansowe, muszą zarabiać na uprawie buraka, nasi pracownicy muszą z tego żyć, no i firma musi zarobić, żeby dalej się rozwijać.

Macie strategię, chcecie produkować zielony cukier. Jak to zrobić?

Wszystko zaczyna się na polu. To tam powstaje cukier. W fabrykach tylko go wydobywamy. Ewentualnie uszlachetniamy. Natomiast cała produkcja odbywa się na polu. Zmiana podejścia do produkcji to dla nas trudny temat, bo pracujemy z ośmioma tysiącami partnerów - rolników, którzy dostarczają nam buraki. Trzeba do nich dotrzeć i przekonać do zmian. A te zmiany polegają na takich metodach uprawy gleby, które wymagają znacznego ograniczenia zabiegów uprawowych. W starej technologii rolnik po żniwach robił podorywkę czy jakąś inną uprawkę pożniwną, później to powtarzał, a na jesieni orał pole, przewracał glebę. Wiosną wyrównywał, przejeżdżał pługiem, rozsiewał obornik, nawozy sztuczne. To wymagało ogromnej ilości paliwa i czasu. Odchodzimy od tego. Wprowadzamy metody uproszczonej uprawy w tym technologię strip-till, która polega na tym, że uprawiamy glebę tylko w tych rzędach, w których siejemy buraki. Odległość między nimi to 45 cm i dlatego w nich spulchniamy glebę. Co więcej - nie odwracamy tej gleby. Uznaliśmy, że orka powinna być wyeliminowana, bo wymaga dużego nakładu energii a dodatkowo wprowadza do gleby duże ilości tlenu co w konsekwencji powoduje zmniejszenie ilości próchnicy, która wiąże dwutlenek węgla. W jednym przejeździe wykonujemy spulchnienie, uprawkę przedsiewną, dostarczamy nawozy mineralne i siejemy. Oszczędzamy czas i energię, której ilość potrzebna na jeden hektar buraka zmniejsza się o 50 proc. A robimy to na kilkudziesięciu tysiącach hektarów. I co bardzo ważne - doprowadzamy do podniesienia plonów i ich stabilizacji. Pozwalamy żyć drobnoustrojom, faunie, florze, która powinna pracować w glebie. Bardzo precyzyjnie dawkujemy nawozy mineralne, ich wykorzystanie jest dużo lepsze, możemy obniżyć dawkę na hektar. Mamy zupełnie inną gospodarkę wodną, o wiele większą retencję, czyli o wiele więcej wody, która spadnie z deszczem, magazynuje się w glebie. Jesteśmy bardziej odporni na suszę. Powodujemy też, że zwiększa nam się ilość próchnicy i węgla w glebie. Dzięki temu wszystkiemu obniżamy nasz negatywny wpływ na środowisko, przy jednoczesnym obniżeniu kosztów i podniesieniu plonów.

Rolnicy dali się do tego przekonać?

Oczywiście w różnych regionach mamy różne rodzaje gleby, one wymagają troszeczkę innych metod. Sztuka polega na tym żeby dobrać do poszczególnych pól odpowiednie rozwiązania. Rolnicy, którzy z nami współpracują widzą korzyści. W tym sezonie np. w technologii bezorkowej uprawiana jest już jedna trzecia areału.

No dobrze, mamy zieloną produkcję buraka. Co zrobić żeby proces wydobywania z niego cukru w fabryce też był zielony?

Przywozimy buraki z pola do cukrowni. I tu doprowadziliśmy do tego, żeby w procesie wydobywania z nich cukru praktycznie nie pobierać wody gruntowej. To już robią wszyscy. Burak ma ok. 25 proc. suchej masy. Reszta to woda. I fabryki w zasadzie ograniczają wykorzystanie wody do tej, która zostaje przywieziona z pola z burakami. Kupujemy 4,5 mln ton buraków rocznie, można więc sobie wyobrazić jakie ilości wody przywozimy wraz z nimi do cukrowni. Gdybyśmy ją wylewali do ścieków i pobierali wodę głębinową do produkcji, byłoby to straszliwe marnotrawstwo. Tego absolutnie nie można robić.

Druga rzecz to emisja hałasu. Cukrownie są często zlokalizowane w miastach, jak cukrownia Środa czy Gostyń i oczywiście musieliśmy emisję hałasu ograniczyć do obowiązujących wymogów. Prowadzimy też cały szereg działań zmierzających do zmniejszenia energochłonności, a przez to obniżenia emisji dwutlenku węgla, pyłów i innych szkodliwych substancji. Jest też kwestia opakowań, tego co zrobić, żeby było ich mniej. Klientom przemysłowym możemy sprzedawać cukier luzem. Natomiast jeśli chodzi o gospodarstwa domowe, to musimy się zastanowić czy możliwie jest dostarczanie naszych produktów w torebkach biodegradowalnych. To przed nami.

Wszystko to wymaga chyba sporych nakładów?

W strategii do 2030 r. przewidzieliśmy szereg inwestycji. Jeśli chodzi o pole, o uprawy, bardzo dużo inwestujemy w nowoczesne maszyny, w nowe technologie, które następnie sprzedajemy bądź leasingujemy naszym partnerom, czyli rolnikom. Prowadzimy dla nich szeroką akcję edukacyjną. Przekonujemy ich do nowych technologii, uczymy ich jak je stosować.

W cukrowniach cały szereg inwestycji związanych jest z redukcją energii cieplnej i elektrycznej potrzebnych w procesie produkcji. Sięgamy po nowoczesne rozwiązania technologiczne. Wymieniamy stare urządzenia na nowe, o wiele sprawniejsze. Przechodzimy z energetyki opartej na węglu na opartą na gazie. Mobilizuje nas oczywiście także to, że Polska w 2025 r. będzie musiała spełniać bardziej wyśrubowane normy szczególnie jeśli chodzi o emisję związków siarki i pyłów. I dziś mamy projekty, które idą w kierunku zastąpienia kotłów węglowych - gazowymi. Do tego dochodzą odnawialne źródła energii. Myślimy o biogazowni pracującej w oparciu o pozostałości z przerobu buraka, czyli o wysłodki. Budujemy oczyszczalnie ścieków, mamy tu rozpoczęte dwie inwestycje.

Ale nawet jeśli przejdziemy na gaz, to pewną ilość CO2 będziemy nadal emitować. I w związku z tym zastanawiamy się, czy będziemy w stanie tę ilość dwutlenku węgla związać w próchnicy glebowej na polach u naszych partnerów - rolników. Jeśli to się uda, to będziemy mogli powiedzieć, że w całym łańcuchu produkcji cukru, z pola do klienta, jesteśmy zeroemisyjni. To nasz cel. Jeśli go osiągniemy, to w 2030 r. będziemy mogli powiedzieć, że nasz cukier jest zielony.

Oczywiście mamy tu jeszcze szereg innych ogniw, jak transport czy logistyka, ale to też będziemy dopracowywać.

Wszystko pięknie, ale produkcja zielonego cukru wymaga sporych inwestycji i nakładów. To zapewne przełoży się na wzrost ceny cukru. Ma pan pewność, że konsument po niego sięgnie?

To co zaczęliśmy teraz bardzo intensywnie robić, będą też musieli robić inni producenci cukru i w ogóle żywności. Albo dlatego, że będą tego oczekiwać klienci, albo dlatego, że zmuszą ich wymogi prawne. Tak, to jest związane z podniesieniem ceny, ale klienci coraz częściej zdają sobie sprawę, że tanie to nie zawsze znaczy dobre. I dodają, że są gotowi zapłacić nieco więcej za produkty, co do których mają pewność, że zostały wyprodukowane w szczególnych warunkach i są po prostu lepsze. Liczymy na premię z tytułu zaoferowania klientowi zielonego cukru, czyli produktu, który będzie wyprodukowany przy zachowaniu neutralności dla środowiska.

CV

Roman Kubiak, prezes zarządu Pfeifer & Langen Polska SA. Związany z rolnictwem od dziecka. Zdobył wykształcenie rolnicze, przez osiem lat był pracownikiem naukowym w poznańskiej Akademii Rolniczej (dziś Uniwersytet Przyrodniczy). Od 1996 r. związany z przemysłem cukierniczym. Od 2014 r. w zarządzie Pfeifer & Langen Polska, od 2017 r. jest prezesem tej firmy. ?