Pierwsza opiera się na wierze, że przewaga Ameryki to przejściowa anomalia: technologii, siły dolara i szczęścia. W końcu ją dogonimy, wystarczy kolejna strategia. Problem w tym, że strategie nie zamieniają się w rzeczywistość. Tak było ze Strategią Lizbońską z 2000 r., która miała uczynić Europę najbardziej konkurencyjną gospodarką świata do 2010 r. Dziś historia znów się powtarza – ambitna wizja raportu Draghiego z września 2024 r. zderza się z realiami słabnącego wzrostu.

Druga iluzja jest polityczna: że po obu stronach Atlantyku obowiązuje ten sam kanon wartości, oparty na ładzie i prawie międzynarodowym oraz multilateralizmie. Dziś obie iluzje kruszą się jednocześnie. Stany Zjednoczone nie tylko korzystały z globalizacji, były jej architektem i są jej największym beneficjentem. W porównaniu z Europą mają trwałe przewagi strukturalne: jednolity rynek, tańszą energię (w dużej mierze dzięki rewolucji łupkowej), zdolność przyciągania talentów oraz instytucje premiujące ryzyko.

Czytaj więcej

Bogusław Chrabota: USA się przeliczyły? Iran staje się silniejszy

W technologiach Europa wyraźnie przegrywa – zwłaszcza tam, gdzie liczy się skala. Raport Draghiego nie pozostawia złudzeń: luka rośnie głównie w sektorze cyfrowym, a dominacja USA w AI jest wyraźna. Europa pozostaje silna w przemyśle i części technologii przemysłowych, lecz słabsza w technologiach przekrojowych – w USA jest odwrotnie. Stary kontynent nadal inwestuje bardziej w auto-moto niż w technologie przekrojowe, bardziej w Mercedesa niż w Microsoft. I to jest problem. Bo dzisiaj to nie przemysł XX wieku wyznacza tempo, motorem są technologie XXI wieku.

Decyduje skala: Amerykanin buduje firmę na jednym rynku, który często staje się globalny, Europejczyk – na wielu, rozdrobnionych i regulacyjnie zróżnicowanych. Dlatego technologiczne start-upy uciekają za Atlantyk. Tam mogą się naprawdę skalować. Europejski jednolity rynek istnieje formalnie, ale w praktyce pozostaje fragmentaryczny, zwłaszcza w usługach, finansach i technologii.

Kolejną przewagą jest kapitał ludzki. Imigranci zakładają w USA około jednej czwartej firm. Europa tego mechanizmu nie ma. Ma natomiast wyższe koszty energii i większą awersję do ryzyka, ale to tylko część problemu – ekonomię domyka geopolityka. W logice ofensywnego realizmu Johna Mearsheimera państwa maksymalizują siłę, a reguły obowiązują tylko wtedy, gdy są wygodne dla największych. Tę logikę widać dziś w polityce USA coraz wyraźniej.

Ameryka odchodzi od języka zasad i gra twardo o interesy: cłami, reshoringiem i polityką przemysłową – wzmacnianymi przez napięcia geopolityczne i szoki energetyczne. W Europie wciąż pokutuje przekonanie, że polityka Trumpa uderzy głównie w samą Amerykę i że polaryzacja doprowadzi tam do implozji, a nawet impeachmentu prezydenta po listopadowych wyborach w USA. Być może. Ale równie możliwe – i historycznie częstsze – jest coś odwrotnego.

Gdy Ameryka kicha, Europa zwykle choruje ciężej. Tak było z kryzysem finansowym, który zaczął się w USA w 2007 r. i rok później uderzył globalnie. Ten sam mechanizm może zadziałać i dziś. Nie jest to tylko teoria, widać to już w prognozach. OECD wskazuje na asymetrię: wzrost gospodarczy w Europie spowolni z około 1,2 proc. do ok. 0,8 proc., podczas gdy w USA pozostanie blisko 2 proc. To różnica odporności.

Problem Europy jest podwójny. Jest słabsza materialnie: nie dysponuje światową walutą ani porównywalną siłą militarną. Ale też mentalnie tkwi w świecie, który się kończy. Tymczasem nowy porządek nie nagradza intencji, tylko zdolność działania.

Europa jest bardziej zależna, a więc bardziej podatna na wstrząsy. Nie powinna już zakładać, że dogoni Amerykę ani ignorować kichnięć zza oceanu. W świecie, w którym liczy się nie tylko bogactwo, ale także siła i szybkość reakcji, problemem nie jest to, że Ameryka znów kichnęła, tylko to, że Europa wciąż zachowuje się tak, jakby była na to odporna.

O autorze

Prof. Paweł Wojciechowski

Były minister finansów i były wiceminister spraw zagranicznych