Równowartość półtora, może dwóch baków paliwa – tyle, nawet po akcji rządowego cięcia cen diesla i benzyny pod hasłem „CPN”, wynosi miesięczna rata leasingowa trzyletniego elektryka popularnej marki. To niska stawka dla kogoś, kto ma na dachu fotowoltaikę i prąd „za darmo”, bo nie słucha absurdalnych podszeptów Przemysława „OZE-sroze” Czarnka.
Elektromobilność? Odwróć tabelę, Polska na czele
Może drogi diesel i benzyna zmienią porażającą dla nas statystykę nasycenia „elektrykami” Europy? Na razie można ją streścić tak: „odwróć tabelę, Polska na czele”.
Według Eurostatu najmniej e-pojazdów w całej UE jest w woj. mazowieckim (nie licząc Warszawy) – tylko 11 na 10 tys. zarejestrowanych aut osobowych i w warmińsko-mazurskim – tylko 12! Największe nasycenie jest w holenderskiej prowincji Flevoland – ponad 2,2 tys. e-aut na 10 tys. i Sztokholmie – 1,2 tys. na 10 tys. Zachodnia Europa nam uciekła.
Na czym polega suwerenność energetyczna
Gdy eksplodujące pociski ślą ceny ropy i gazu, a w konsekwencji paliwa na wysokość stratosfery, co grozi wystrzałem inflacji, wzrostem stóp procentowych i – w czarnym scenariuszu – zahamowaniem wzrostu gospodarki, pojawia się pytanie o suwerenność energetyczną. I to nie tylko w wymiarze indywidualnym. Na razie chodzimy tu na pasku globalnych rynków surowców energetycznych. Na własne życzenie.
W 2024 r. wydaliśmy na import paliw kopalnych 112 mld zł (dane Forum Energii), niemal tyle, co w dwa lata na program 800+. Albo inaczej – ponad 3 proc. PKB, więcej niż wyniósł realny wzrost gospodarki w 2024 r.
Wedle Międzynarodowej Agencji Energii, aż 33 proc. całej energii zużywanej przez polską gospodarkę pochodzi z ropy, a 18 proc. – z gazu. Zdajemy sobie sprawę z tego uzależnienia dopiero wtedy, gdy dopada nas kryzys energetyczny, a Donald Trump grozi sojusznikom z NATO odcięciem od amerykańskich dostaw LNG, jeśli nie wesprą go militarnie w Zatoce Perskiej.
Blokada wiatraków to sabotaż
A przecież nawet w spokojnych czasach każdy dolar zaoszczędzony na imporcie ropy czy gazu i zastąpieniu ich przez OZE, to dolar więcej w polskim PKB. Dostawy wiatru i słońca mamy przecież za darmo – w przeciwieństwie do węgla, którego teoretycznie mamy w bród, ale koszty jego wydobycia eksplodują. Nawet zakochany w węglu rząd PiS sprowadzał go z tego powodu z Kolumbii, co nie przeszkadzało mu blokować budowę dostarczających tani prąd lądowych farm wiatrowych, co zakrawa na gospodarczy sabotaż.
Owszem, mix energetyczny z dużym udziałem OZE wymaga „backupu” w postaci bloków gazowych lub atomu, bo nie zawsze wiatr wieje, a słońce świeci. Ale mimo tej wady energetyka odnawialna – i e-motoryzacja – ograniczają zapotrzebowanie na gaz czy ropę i wzmacniają suwerenność polskiej gospodarki. I to jest jej główna zaleta, zwłaszcza w spowodowanym przez wojnę w Zatoce światowym kryzysie energetycznym, w którym nam przyjdzie żyć przez długi czas.
Dlatego polscy politycy, którzy tak chętnie wycierają sobie tym słowem usta, powinni pamiętać, że suwerenność nie ogranicza się do budowy silnej armii i miliardowych wydatków na czołgi, pociski i myśliwce, ale ma znacznie szersze znaczenie. Niech powieszą sobie nad biurkiem sparafrazowane hasło Billa Clintona: „suwerenność energetyczna, głupcze”.