Zwolennicy odnawialnych źródeł energii od lat posługują się dwoma argumentami za dalszą rozbudową energetyki wiatrowej i fotowoltaicznej: OZE mają wspierać dekarbonizację kraju oraz prowadzić do obniżenia cen energii elektrycznej dla odbiorców końcowych. Problem w tym, że po latach intensywnej zielonej narracji pierwszy argument coraz silniej polaryzuje debatę publiczną, a drugi niestety mija się z prawdą. Jednocześnie istnieje trzeci argument za rozbudową OZE, znacznie rzadziej eksponowany, który może okazać się politycznie i społecznie nośny po obu stronach sporu politycznego.
W ciągu ostatniej dekady polski system elektroenergetyczny przeszedł jedną z największych zmian w swojej historii. Z kraju, w którym niemal cała produkcja energii elektrycznej opierała się na węglu kamiennym i brunatnym, Polska stała się systemem, w którym dziś około połowa mocy zainstalowanej pochodzi z OZE.
W tym czasie do systemu dołączono około 21 GW mocy fotowoltaicznych oraz blisko 4 GW lądowych farm wiatrowych. Transformacja ta była możliwa przede wszystkim dzięki gwałtownemu spadkowi kosztów tych technologii – w szczególności paneli fotowoltaicznych – oraz rozbudowanemu systemowi wsparcia publicznego, który ograniczał ryzyko inwestycyjne poprzez mechanizmy takie jak kontrakty różnicowe.
Celem tych działań była przede wszystkim redukcja emisji CO₂ i stopniowa zmiana miksu energetycznego. Równolegle budowano narrację, zgodnie z którą energia z OZE będzie nie tylko czysta, ale i tania.