Gdy w śnieżny poranek wyszedłem z psem na spacer, zagadnął mnie sąsiad: „Wszystkiego najlepszego w nowym roku! I oby ten świat nie był tak zwariowany jak w poprzednim!”. No właśnie… Ale czy świat może oszaleć? Raczej niekiedy wariują ludzie, w tym wpływowi politycy, szkodząc przy okazji sobie i innym.
Niektórzy niekoniecznie wariują, ale niejeden postępuje nieracjonalnie. Nie tylko z punktu widzenia troski o interesy swoich państw – ich gospodarek i społeczeństw, a także międzynarodowej pozycji – lecz również z krzywdą dla milionów ludzi żyjących bliżej czy dalej za granicami. Jeśli takie pożałowania godne przypadki zdarzają się w krajach małych, w gospodarkach o znikomym wpływie na bieg światowych spraw, też niedobrze, ale niepokoić muszą postępki przywódców państw wielkich.
Globalne gry
Jeśli konsekwentnie definiować racjonalność jako działania na własną korzyść – w tym przypadku narodową i państwową – nie sposób przypisać tę cechę zarówno autokratycznemu prezydentowi Rosji Władimirowi Putinowi, jak i demokratycznemu (acz nie wolnemu od autokratycznych zapędów) prezydentowi USA Donaldowi Trumpowi.
Temu pierwszemu przede wszystkim w związku z karygodną agresją na Ukrainę, co Rosji też bardzo szkodzi – jej międzynarodowej reputacji, własnej gospodarce, standardowi życia ludności. Temu drugiemu z powodu awanturnictwa celnego i protekcjonistycznej polityki de facto osłabiającej konkurencyjność amerykańskiej gospodarki oraz rozmaitych poważnych ekscesów – intencji przyłączania do USA Kanady, Grenlandii i Kanału Panamskiego, łamania zasad postępowania w stosunkach międzynarodowych, zrażania sobie zagranicznych sojuszników, wycofania się z frontu walki z ocieplaniem klimatu, radykalnych cięć pomocy dla biednych krajów – czy też licznych błahych, ale żałosnych fanaberii. Obu zaś z powodu negatywnego wpływu podkręcania spirali militaryzacji, co musi obrócić się przeciwko zrównoważonemu rozwojowi światowej gospodarki.