W 2010 roku wartość bitcoina wynosiła 5 centów, teraz zaś przekroczyła z impetem 100 tys. dolarów. Jeśli ktoś kupił wówczas jednego bitcoina i chciałby wypłacić swoje tysiące procent zysku, dostanie z grubsza 8 mln zł, czyli równowartość dziesięciu dużych mieszkań w Warszawie. Robi wrażenie? Zdecydowanie.
Czytaj więcej
Notowania bitcoina przekroczyły poziom 100 tys. dolarów. W ciągu miesiąca od wyborów prezydenckich w USA wzrosły one o blisko połowę. Analitycy twi...
Dlaczego bitcoin rośnie? To ryzykowna spekulacyjna gra
Dlatego trudno się dziwić, że kolejni inwestorzy dołączają do tej spekulacyjnej gry, jakby to miało być jakieś finansowe perpetuum mobile. Ostatnio wzrost kursu napędzało zwycięstwo wyborcze Donalda Trumpa, który zapowiadał nawet stworzenie strategicznej rezerwy z bitcoinów. Najnowszym impulsem stała się nominacja Paula Atkinsa na przewodniczącego Komisji Papierów Wartościowych i Giełd (SEC). Atkins jest postrzegany jako osoba przychylnie nastawiona do branży kryptowalutowej.
Coraz więcej firm akceptuje płatności bitcoinem, który jest najbardziej rozpowszechnioną kryptowalutą, można już zań kupić samochód czy pralkę. A w niektórych krajach, jak np. Salwadorze, praktycznie wszystko. Być może zbliża się czas jego masowej adopcji na świecie i traktowania na równi z dolarem. Problem w tym, że bitcoin, ethereum czy kryptowaluty memiczne, jak dogecoin wspierany przez Elona Muska, nie są żadnym pieniądzem, nie stoi za nimi żaden bank centralny, żadna władza, żadna realna wartość. Bitcoina stworzył człowiek lub grupa ludzi ukrywająca się pod pseudonimem Satoshi Nakamoto i pewnie liczy teraz kosmiczne zyski. Czy to znaczy, że czeka nas wkrótce krach? Niekoniecznie, kursy takiej „nibywaluty” mogą jeszcze długo rosnąć. Tak długo, jak znajdą się na nią chętni.
Eksperci ostrzegają przed kryptowalutami
Tym bardziej że świat ignoruje ostrzeżenia. Prof. Nouriel Roubini, zwany Doktorem Zagładą, który przewidział poprzedni kryzys finansowy z lat 2008–2010, już kilka lat temu przekonywał, że „kryptołajdacy naiwnie wierzą w magiczną moc nowej technologii, a cyfrowe waluty są matką wszystkich baniek”. „Bitcoin to swoiste połączenie bańki, piramidy finansowej i katastrofy ekologicznej” – to z kolei słowa Benoît Coeurégo, członka Rady Europejskiego Banku Centralnego.
Czytaj więcej
Notowania bitcoina po raz pierwszy w historii przekroczyły w czwartek poziom 100 tys. dolarów. Do tak imponującego wzrostu kursu najpopularniejszej...
Dlaczego katastrofy ekologicznej? Bo tzw. wykopywanie kryptowalut wymaga ogromnych ilości energii. „Bitcoina czeka totalne załamanie, a gwałtowny wzrost wartości tej kryptowaluty przypomina tulipomanię w XVII wieku w Holandii” – mówił z kolei laureat Nagrody Nobla Robert Schiller. Jego zdaniem to „diabelskie potomstwo kryzysu finansowego”. Nawet Trump w 2019 r. pisał na Twitterze: „Nie jestem fanem bitcoina i innych kryptowalut, które nie są pieniędzmi, a których wartość jest bardzo zmienna i oparta na niczym”. A w telewizji Fox News wprost mówił, że bitcoin „wygląda jak przekręt” (teraz jakby zmienił zdanie, w czwartek napisał na Truth Social: „GRATULUJĘ BITCOINARZE!!! $100,000!!! NIE MA ZA CO!!! Razem Stworzymy Amerykę Znów Wielką”).
I co? I nic. Kryptowaluty dalej rosną. Problem w tym, że o ile długo była to finansowa ciekawostka, o tyle teraz ich kapitalizacja wynosi prawie 4 bln dol., czyli pięciokrotność polskiego PKB. I szybko rośnie. To już przestaje być zabawne.