Rz: Odetchnął pan z ulgą, że sektor bankowy najprawdopodobniej ominą najbardziej radykalne rozwiązania dotyczące frankowiczów?

Zasadnicza rozmowa, ważna dla stabilności sektora bankowego i finansów państwa, nadal jest przed nami. Na pewno nowe podejście, wyrażone w stanowisku Kancelarii Prezydenta, jak i propozycja przedstawiona przez prezesa NBP Adama Glapińskiego są efektem analizy ekonomicznej i prawnej, która mogła być przeprowadzona przez profesjonalne gremia bez klimatu typowego dla kampanii wyborczych.

O czym chcecie dyskutować?

Przede wszystkim powinny być przedstawione i dogłębnie przeanalizowane w rzeczowej atmosferze powody i przesłanki ewentualnej rozległej interwencji ustawowej. Rzetelnej oceny wymagają zgłoszone istotne wątpliwości natury prawnej dotyczące rozwiązań zaproponowanych przez Kancelarię. Trzeba się z tym zmierzyć. Chcielibyśmy uczynić wszystko, aby w sytuacji niepewności na rynkach międzynarodowych i niepewności dotyczącej bezpieczeństwa obrotu gospodarczego w naszym kraju kolejne inicjatywy ingerujące w sektor bankowy nie stały się przyczyną obniżenia jego stabilności. Trzeba przecież pamiętać, że w sektorze doszło do drastycznego ograniczenia zdolności generowania wyniku i budowy funduszy własnych banków, co przekłada się wprost na ograniczenie zdolności finansowania rozwoju kraju. Stało się tak z powodu wielu obciążeń, ograniczeń i wymagań, jakie zostały nałożone na banki, co z kolei nie pozostaje bez wpływu na ofertę skierowaną do klientów banków.

W przypadku banków przytaczano prosty argument: olbrzymie zyski.

Prawda o polskim sektorze bankowym będzie prezentowana po raz kolejny przez nas podczas Forum Ekonomicznego w Krynicy. Z naszego raportu wynika, że Polska jest krajem niskiego ubankowienia, niskich funduszy własnych w relacji do PKB, niskich oszczędności w relacji do PKB oraz niskiego poziomu kredytu dla firm. Jeżeli myślimy o tym, żeby po 2020 r., kiedy spodziewamy się znacznie niższych transferów środków unijnych, utrzymać finansowanie rozwoju w oparciu o zasoby wewnętrzne, to nie możemy sobie pozwolić na destabilizację sektora. Nasza bankowość została potraktowana w wyjątkowo restrykcyjny sposób w porównaniu ze wszystkimi krajami europejskimi. Chodzi o wysokie wpłaty na Bankowy Fundusz Gwarancyjny: na banki przerzucono dramatycznie wysoki koszt restrukturyzacji SKOK. Podobnym obciążeniem jest dodatkowy, osobny podatek bankowy. Musimy się poruszać w tej ścieżce obciążeń tak, żeby nie przekroczyć właśnie granicy destabilizacji.

Gdzie jest ta granica?

Już jej dotknęliśmy. Stosunkowo dobre wyniki prezentowane przez banki w pierwszym półroczu były skutkiem jednorazowej transakcji. Natomiast w szerszej perspektywie to widać chociażby po bardzo istotnym obniżeniu zwrotu na kapitale w polskich bankach. Polska bankowość staje się sektorem mniej atrakcyjnym. Nie zdziwiłbym się, gdyby potencjalni inwestorzy bardziej chętnie spoglądali na inne sektory. Jednocześnie niektóre grupy lobbystyczne stale wywierają presję, żeby nakładać kolejne obciążenia na sektor bankowy. To powoduje ograniczenia zaufania do Polski i o wiele gorsze postrzeganie kraju nie tylko wśród inwestorów na rynku bankowym. Trzeba dodać – i robię to z wielką przykrością – że wysoki poziom niepewności prawnej obrotu gospodarczego negatywnie przekłada się na decyzje inwestycyjne i decyzje rozwojowe naszych klientów. Obserwujemy znacznie mniejszą liczbę dobrych projektów inwestycyjnych, rozwojowych wśród polskich klientów i znaczne ograniczenie zainteresowania także wśród klientów zewnętrznych. Do tego dochodzą trudne zmiany w procesie absorpcji środków unijnych, co również przekłada się na niższe tempo inwestycji. Gdyby ten proces był kontynuowany, to byłoby po prostu groźne.

To w jakiej kondycji są banki?

Przyjmując, że poprawi się bezpieczeństwo prawne obrotu gospodarczego, a postępowanie wobec sektora będzie odpowiedzialne i przewidywalne, jesteśmy w stanie bardzo dużo dobrego zrobić dla rozwoju gospodarczego. Natomiast gdyby się okazało, że wokół regulacji dotyczących sektora powstaje jakaś dalsza niepewność, to wtedy należy się liczyć z wyhamowaniem finansowania rozwoju z powodu różnych ograniczeń regulacyjnych i obniżenia apetytu na ryzyko. Zbytnia niepewność i wysokie koszty są wrogami inwestorów.

Czy inwestorzy zagraniczni wychodzą z polskich banków z powodu obciążeń i niepewności?

Wychodzenie inwestorów jest przede wszystkim związane z sytuacją w bankach za granicą. To pokazuje, jak inne kraje poprzez złą politykę gospodarczą, słaby nadzór i słabą dyscyplinę budżetową doprowadziły do trudnej sytuacji w sektorze. Spółki córki w Polsce są w dobrej sytuacji, są zdrowe i po prostu mogą zostać sprzedane przez przeżywających jakieś perturbacje właścicieli.

Na ile do trudnej sytuacji banków w Europie przyczynia się wizja Brexitu?

Najistotniejszą sprawą jest tempo rozwoju całej Europy, a Brexit może się przełożyć się na jego istotne obniżenie. W Polsce oznaczałoby to problemy m.in. klientów banków, którzy mają znaczące relacje gospodarcze z zagranicą. W szczególny sposób skutki tej złej dla Europy decyzji dotykać mogą klientów utrzymujących rozległe relacje z rynkiem brytyjskim. Zwiększenie niepewności na rynku europejskim nie służy budowie skłonności do inwestowania, nie mówiąc już o poważnych następstwach Brexitu dla kształtowania nowej perspektywy budżetowej UE. Nie jest tajemnicą, że dla Polski wielkość budżetu i jego możliwości są sprawą ważną.

Może zatem z tego powodu należy repolonizować banki – kapitału zagranicznego jest za dużo, co stwarza dodatkowe ryzyka.

Pamiętajmy, że nasz sektor bankowy przy obecnym poziomie kredytowania korzysta z ok. 150 mld zł kredytów i depozytów od banków-matek. Te pieniądze pracują na rzecz naszej gospodarki. A zaangażowanie kapitału krajowego w naszym sektorze bankowym wynosi już około 47–48 proc. To ogromna pozytywna zmiana w porównaniu z tym, co było np. dziesięć lat temu.

CV

Krzysztof Pietraszkiewicz jest prezesem ZBP od kwietnia 2003 r. Absolwent Wydziału Nauk Przyrodniczych Uniwersytetu Wrocławskiego i podyplomowych studiów na SGH. Od 1991 r. związany z ZBP. Członek Rady Bankowego Funduszu Gwarancyjnego, sekretarz rady nadzorczej Biura Informacji Kredytowej.

Będziemy kupować auta Apple'a?

Mariusz Przybylik, Partner w A.T. Kearney

Adam Wilkus, konsultant A.T. Kearney

Rynek pojazdów autonomicznych w 2035 r. będzie wart 560 mld dol. – prognozuje firma doradcza A.T. Kearney. Tradycyjnym koncernom motoryzacyjnym wyrosną nowi konkurenci.

Na potrzeby raportu „Jak producenci samochodów mogą przetrwać w epoce autonomicznych pojazdów?" eksperci firmy przeprowadzili rozmowy z ponad 150 kluczowymi menedżerami z branży motoryzacyjnej z całego świata. Na ich podstawie prognozują, że rozwinięty system jazdy autonomicznej pozwoli o 70 proc. zredukować liczbę wypadków drogowych i uratować życie tysiącom osób rocznie.

Koszty eksploatacji aut autonomicznych będą niższe o 35 proc. w porównaniu z tradycyjnymi, a konsumpcja energii – o 30 proc., m.in. z uwagi na fakt, że samochody będą komunikować się ze sobą i jeździć ekonomicznie (tzw. jazda konwojowa). Istotna będzie oszczędność czasu kierowców: globalne społeczeństwo będzie miało rocznie do dyspozycji 32 mld godzin wolnego czasu więcej.

A.T. Kearney prognozuje, że w 2035 r. 47 proc. wartości rynku motoryzacji autonomicznej stanowić będą auta, natomiast pozostałe 53 proc. – powiązane kategorie produktowe, np. aplikacje mobilne i specjalistyczne urządzenia cyfrowe zwiększające poziom automatyzacji i bezpieczeństwa lub dostarczające rozrywki. Zwłaszcza ta 53-proc. część rynku będzie budzić zainteresowanie firm, które nie były kojarzone z branżą motoryzacyjną. Tu tradycyjni producenci aut stoczą najostrzejszą walkę z nowymi konkurentami. Dla klienta bowiem ważne będzie nie tylko niezawodne auto, ale także cyfrowe dodatki i urządzenia. To one w znacznej mierze będą determinować, na jaki model i jaki pakiet usług dodatkowych się zdecyduje. Tradycyjne koncerny motoryzacyjne, takie jak BMW czy VW, będą więc walczyć o klientów i przychody z takimi markami, jak Google, Microsoft, Apple, a nawet Facebook lub Twitter.

Do tej pory sektor motoryzacyjny przypominał piramidę: na dole byli dostawcy podzespołów i materiałów, wyżej – dostawcy kompletnych systemów i technologii, a na samej górze – firma motoryzacyjna składająca te elementy w całość i sprzedająca gotowy pojazd. W 2035 r. struktura rynku mogłaby być opisana jako okrąg, w którego środku będzie produkt bazowy, czyli autonomiczny pojazd, a wokół dostawcy systemów IT, aplikacji mobilnych, urządzeń cyfrowych czy firmy telekomunikacyjne zapewniające dostęp do mobilnego internetu. Model ten, zwany schematem „osi i szprych", zakłada duży stopień współpracy pomiędzy uczestnikami w celu dostarczenia konsumentowi zintegrowanego produktu i usługi. Firma konstruująca auto będzie jednym z wielu uczestników ekosystemu i w wyścigu o przychody niekoniecznie stanie na „pole position". Kluczowe będą umiejętności zawarcia strategicznych aliansów z partnerami i wypracowanie atrakcyjnej oferty.

Obecnie największą barierą dla rozwoju koncepcji autonomicznej jazdy są uwarunkowania prawne i kwestia odpowiedzialności za wypadki. A.T. Kearney ocenia, że prognozowane korzyści społeczne i ekonomiczne będą pobudzały twórców rozwiązań legislacyjnych do stworzenia nowego porządku prawnego, który w optymalny sposób ureguluje kwestie autonomicznej jazdy.