W filmie „Powrót do przyszłości" główny bohater Marty McFly przenosi się w czasie do lat 50. XX wieku. Robi to przypadkiem, uciekając autem przed goniącymi go terrorystami. Mam nieodparte wrażenie, że także nas próbuje się ostatnio przenosić do przeszłości. Świadczą o tym serwowane pomysły rodem z PRL.

Oto kilka z nich. Niedawno poseł z Pomorza, i podobno prawnik, zapowiadał wprowadzenie cen regulowanych na artykuły żywnościowe: chleb, cukier, mąkę. „Jeżeli inflacja będzie wzrastała, to nawet takie rozwiązanie może zostać wprowadzone" – stwierdził. Brakuje tylko kartek na mięso, które swego czasu likwidowałem. Na szczęście do tego się nie posunął. Bajdurzenie to przebił jednak projekt nowej ustawy. Ale po kolei.

Zapominając, że mamy gospodarkę rynkową i to rynek, a nie rząd, określa ceny, zapowiada ona obniżenie podatku VAT. Na żywność ma być stawka 0, a na paliwo obniżona z 23 proc. do 8 proc. Z sugestią „wszyscy, którzy handlują tymi produktami, powinni obniżyć ceny na te artykuły". I to ma automatycznie zadziałać, tak jakby VAT był jedynym czynnikiem kosztotwórczym, a reszta, energia, transport czy bieżąca działalność firmy, się nie liczy. Autorzy tej ustawy zalecają także: „Dbajmy o to, żeby w naszych lokalnych sklepach, ale też w dużych sklepach, w których robimy zakupy, rzeczywiście do tego doszło. Pilnujmy tych cen, sprawdzajmy, jakie są one dzisiaj, jutro, pojutrze, i zobaczymy za trzy tygodnie, czy sklepikarze je obniżą". Im dłużej tego słucham, tym bardziej wciska mnie w fotel. Niczym Marty McFly wróciłem do przeszłości.

Czytaj więcej

Sklepy muszą chwalić rząd za obniżkę VAT

Po wojnie był taki minister Hilary Minc. W 1947 roku na jego wniosek Sejm powołał Społeczne Komisje Kontroli Cen oraz Obywatelskie Komisje Podatkowe. Nadzorowały one działalność prywatnych firm handlowych. Aparat ten miał „zwalczać drożyznę i nadmierne zyski w obrocie handlowym". W praktyce zajmował się zwalczaniem prywatnego handlu. Dwa lata po wprowadzeniu tych przepisów władza ludowa przejęła kontrolę nad 93 proc. handlu w hurcie i 56 proc. w detalu. Czy serwowany nam dziś plan nie jest do tego podobny? Tego nie wiem. Wiem za to, że myślenie o rozwiązaniach rodem z PRL ciągle jest w grze.

Polacy to przekorny naród. Jeśli ktoś im wydaje polecenia, lubią robić wszystko na odwrót. Istnieje więc realna obawa, że sklepikarze nie zastosują się do tego. I co wtedy? Projekt ustawy obniżającej VAT ma na to receptę. Zapisano w nim, że sklepikarz „zamieszcza przy kasie rejestrującej w lokalu przedsiębiorstwa, w którym dokonywana jest sprzedaż tych towarów, czytelną informację, że od dnia 1 lutego 2022 r. do dnia 31 lipca 2022 r. dla towarów spożywczych obowiązuje stawka podatku od towarów i usług obniżona do wysokości 0 proc.".

Suweren przestaje już wierzyć w bajki opowiadane na konferencjach prasowych. Zorientował się i wie, że te obniżki VAT to nic innego jak PR. „Rzeczpospolita" wyliczyła, że konsumenci na takich posunięciach zyskają grosze. Autorzy ustawy zaś wiedzą, że przespali walkę z inflacją, że zawalili sprawę z gazem i prądem. I dlatego na siłę szukają „wroga ludu". To na niego będzie można zrzucić w razie czego swoje zaniedbania. A co jeśli takiego wroga się nie znajdzie?

Andrzej Malinowski, Przewodniczący Rady Pracodawców RP